Home / Wywiad  / Zarażać pasją na co dzień – Anna Trzebiatowska

Zarażać pasją na co dzień – Anna Trzebiatowska

Anna Trzebiatowska

Dyrektor Artystyczny Krakowskiego Festiwalu Filmowego Off Plus Camera. W 2014 roku pełniła funkcję jurora konkursów filmowych festiwali Sundance i Rome Independent Film Festival. Absolwentka Filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim i Digital Culture and Technology King’s College w Londynie. W przeszłości związana zawodowo m. in. z BBC.

***

Off Plus Camera to jeden z najbardziej prestiżowych festiwali filmowych w Polsce. Rozmowa z jego współtwórczynią – Anną Trzebiatowską – pokazuje jak można zarażać innych własną pasją i z jakimi pułapkami się to wiąże. Jest to lektura-wskazówka dla przyszłych liderów pozarządowych i biznesowych chcących realizować inicjatywy o dużej skali.

***

Jagoda Komusińska: Jak zaczęła się Twoja kariera? Czy od zawsze chciałaś stworzyć swój festiwal filmowy i dążyłaś do tego, czy zdobywałaś najpierw inne doświadczenia?

Anna Trzebiatowska: Zawsze, kiedy ktoś mnie pyta, czy to jest praca moich marzeń odpowiadam, że nie, bo nawet nie przypuszczałam, że można pracować w ten sposób. Robię coś, co kocham i mogę nazywać to swoją pracą. Mam szczęście. Ale faktem jest, że już w pierwszej klasie liceum wiedziałam, że chcę studiować filmoznawstwo. Większość moich rówieśników wybierała się na prawo, medycynę czy filologię, w związku z czym mój plan był, łagodnie rzecz ujmując, mało popularny. Nauczyciele pytali, co zamierzam po takich studiach robić, a ja nie potrafiłam im na to pytanie odpowiedzieć, bo tak daleko mój plan nie sięgał. Na szczęście moi rodzice odnieśli się do tego pomysłu z dużym zrozumieniem i zawsze mnie w moich wysiłkach wspierali. Udało mi się dostać na wymarzone krakowskie filmoznawstwo i trafiłam na fantastycznych ludzi. Tak poznałam kolegów, którzy później wymyślili festiwal: Michała Oleszczyka i Szymka Miszczaka.

Angażowałaś się w projekty poza tokiem studiów?
Mniej więcej na trzecim roku studiów zauważyłam, że ludzie zaczynają szukać miejsc pracy, pomysłów na siebie. Jedni stwierdzili, że chcą pracować w telewizji, inni, że chcą robić filmy, a nie o nich rozmawiać. Ja chciałam pisać, jako że w liceum recenzowałam filmy dla lokalnej gazety. Miałam nadzieję, że studia mnie do tego zmobilizują, ale tak się nie stało. Postanowiłam więc wyjechać i spróbować czegoś nowego. Dostałam się na Erasmusa do Londynu, a że zajęć nie mieliśmy tam zbyt wiele, zaaplikowałam na kurs dziennikarstwa filmowego, Postgraduate Certificate in Film Journalism, organizowany przez moją mekkę, British Film Institute oraz magazyn “Sight&Sound”. Zostałam przyjęta i nie mam wątpliwości, że był to jeden z momentów zwrotnych w moim życiu. Musiałam udowodnić, że potrafię pisać o filmie na konkretnym poziomie, a do tego, że pod względem możliwości językowych w niczym nie ustępuję pozostałych uczestnikom kursu, native speakerom. Nie trudno się domyślić, że byłam przerażona. Ale też podekscytowana nowymi możliwościami i ludźmi, od których miałam okazję się uczyć. Uznałam, że więcej nauczę się w praktyce, niż tylko zaliczając kolokwia. W tym czasie dowiedziałam się też, że zostałam przyjęta na praktyki do BBC, więc pomyślałam, że jeśli uda mi się dostać indywidualny tok nauczania w Polsce, to zostanę na dłużej. I zostałam prawie siedem lat. Skończyłam magisterium w Polsce, zrobiłam też kolejne w Anglii. Tym razem postanowiłam spróbować kierunku, o którym mówiło się, że jest „przyszłościowy” i wybrałam Digital Culture and Technology na King’s College. Wiedziałam, że chcę pracować w branży filmowej, ale nie wiedziałam jeszcze w jakiej roli.

Wtedy zrezygnowałaś z pisania?
Nigdy świadomie nie zrezygnowałam z pisania o filmie, ale krytyka jest bardzo specyficznym zajęciem i być może nie był to dla mnie odpowiedni moment żeby się na niej skupić. Chciałam spróbować czegoś nowego, więc po BBC przyszedł czas na post-produkcję, zafascynował mnie montażem. To był bardzo ciekawy i pouczający czas, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że nie wyobrażam sobie pracy w tym zawodzie przez resztę życia. Szukałam więc dalej.

A dla wielu osób zupełnie wystarczającym sukcesem byłoby dostanie się do BBC…
Jeśli chodzi o moją „karierę” w Anglii, to myślę, że to jest trochę kwestia szczęścia i tzw. „timingu”: trzeba być we właściwym miejscu, we właściwym czasie i z właściwymi ludźmi. Miałam sporo szczęścia zwłaszcza podczas mojej przygody z BBC. Trafiłam do fantastycznych działów tej stacji, Arena i Storyville, które specjalizują się w realizacji dokumentów na najwyższym poziomie. Spotkałam mądrych ludzi, którzy kochali swoją pracę, prawdziwie oryginalne osobowości, których nigdy się nie zapomina. Do tego byłam w mieście, w którym nieustannie coś się działo. W Krakowie czasem brakowało mi zróżnicowanej oferty kulturalnej, to były inne czasy, więc nierzadko naprawdę nie było z czego wybierać. A w Londynie oferta ta była niemal zbyt bogata, tam co chwilę coś się działo. Musiałam wręcz oswoić się z faktem, że mogłam pójść na projekcję filmu Francois Ozona, z udziałem reżysera, i że w żadnym wypadku nie była to ekstrawagancja… I choć to pewnie zabrzmi banalnie to wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że znani ludzie kina tak naprawdę w niczym się od zwykłych śmiertelników nie różnią i tak też trzeba ich traktować.

A jednak zdecydowałaś się wrócić do Polski?
W połowie 2008 roku Michał Oleszczyk, który właśnie założył z Szymkiem Miszczakiem festiwal Off Camera, zapytał czy nie chciałabym pojechać na festiwal do Edynburga i poszukać dla nich filmów na październikową, inauguracyjną edycję imprezy. Zgodziłam się oczywiście, a potem przyjechałam na Off Camerę do Krakowa. Po festiwalu Michał postanowił wyjechać na stypendium naukowe do Nowego Jorku, a że nie był w stanie pogodzić wyjazdu z pracą dla festiwalu, zasugerował kilka osób, które mogłyby go zastąpić, w tym mnie. I jakimś cudem zostałam przyjęta. To był splot okoliczności, ale na pewno bardzo ważny był fakt, że znamy się z Michałem i Szymonem od lat. A ludzie i znajomości to podstawa, bo tego typu praca opiera się na wzajemnym zaufaniu. Od zawsze wychodzę z założenia, że jeśli spotykamy na swojej drodze kogoś, z kim znajdujemy wspólny język, to trzeba taką relację szanować i o nią dbać.

Po pierwszej edycji stwierdziłaś, że warto porzucić BBC, Londyn, i zająć się tylko festiwalem?
Nie chciałam się przeprowadzić na stałe do Polski, bo miałam w Londynie całe swoje życie, ale też nie było takiej potrzeby. Musiałam być w Polsce parę miesięcy przed festiwalem, ale poza tym mogłam mieszkać i pracować z Londynu. Druga edycja była szalona, bo z października została przesunięta na kwiecień…kiedy o tym teraz myślę, to włos mi się jeży na głowie, to było czyste szaleństwo! Ale od początku wierzyłam, że to ma sens i że inicjatywa jest godna zachodu– więc nie mogło się nie udać. Ale działaliśmy metodą prób i błędów. Pierwsze dwa festiwale były dla mnie prawdziwą szkołą życia. Organizacja tak dużej imprezy to ogromna odpowiedzialność, o której nie miałam tak naprawdę pojęcia. Dobór filmów to jedno, ale do tego dochodzi wiele innych obowiązków. Wydaje mi się, że gdyby nie ten naturalny rozwój wypadków, to sama nie wpadłabym na to, że można wykonywać taką pracę. Zajęcie programera festiwalowego w Polsce w ogóle wtedy nie funkcjonowało. Myślałam, że festiwale programują ich szefowie, osoby takie jak Roman Gutek czy Krzysztof Gierat. Na studiach nikt nas o tym nie uczył, sama bym się na coś takiego nie porywała. To by dopiero była szkoda… ta praca to najlepsze co mnie w moim profesjonalnym życiu spotkało.

Jak Twoje doświadczenie zagraniczne wpłynęło na rozwój festiwalu?
Myślę, że wyjście poza kontekst polski na pewno dodaje pewności siebie, co nie jest bez znaczenia w wypadku tego typu pracy. Za granicą musiałam wejść do środowiska, które jest dość trudne, hermetyczne, a na dodatek zrobiłam to bez przygotowania. Chociaż akurat to mnie jakoś nigdy nie przerażało.

Zawsze wiedziałam, że jeśli będę robić coś, co lubię z przekonaniem, i będę robić to najlepiej jak potrafię, to prędzej czy później coś z tego wyniknie.

Przywykłam też do myśli, że wszystkich zadowolić się nie da. A doświadczenia zagraniczne ułatwiły mi późniejsze kontakty z branżą, sprawiły, że pewne rzeczy nie były już problemem. Do biura BBC, w którym pracowałam przychodzili różni fantastyczni filmowcy, wielkie sławy, które dotychczas widziałam tylko w telewizji. Często okazywało się, że to bardzo otwarci, mili ludzie, żadne gwiazdy. Myślę, że to dla mnie była ważna lekcja. Dzięki temu nie miałam już tremy, kiedy podczas mojej pierwszej edycji do Krakowa przyjechała Anna Karina. Ikona kina, która zgodziła się przyjechać do Krakowa, i z którą miałam szansę porozmawiać, wypić kawę. Niesamowite, ale to nie jest aż takie skomplikowane, jakby się mogło wydawać. Oczywiście potrzebna jest determinacja i nierzadko zaplecze finansowe. Ale nie jest to niewykonalne.

W miarę jak festiwal się rozwijał, zauważyłaś jakiś kluczowy czynnik, który można wyróżnić, bez którego by Wam się nie udało?
Myślę, że są dwa czynniki: determinacja i ludzie.

Najważniejsze było to, że my sami uwierzyliśmy w to, że może się udać.

Na pewno niezwykle ważna była determinacja Szymona, który od początku walczył o dofinansowanie festiwalu, a mnie powierzył kwestie programowe i obdarzył dużą dozą zaufania. Wierzył, że uda mi się realizować ten specyficzny plan festiwalu, który polega na przywożeniu do Krakowa znanych twórców kina niezależnego. Nam od samego początku chodziło o kino autorskie. W Polsce mówi się „offowe”, ale to pojęcie nie jest kojarzone we właściwy sposób. My przez kino niezależne rozumieliśmy filmy autorskie, czyli takie które rzadko gościły na ekranach polskich kin, albo stanowiły wyzwanie dla dystrybutorów.Tu nie chodzi o kino amatorskie, to coś zupełnie innego. Ale tego typu wątpliwości oznaczały też trudności w znalezieniu partnerów i sponsorów. Szymonowi należą się wielkie brawa za to, że wytrwał w tym wszystkim, bo na pewno nie było to łatwe. Ale pomógł znakomity zespół. Zawsze mieliśmy szczęście do ludzi i bardzo to doceniam. Świadomość, że członkowie festiwalowej ekipy znają się na swojej pracy, że nie trzeba im niczego tłumaczyć, ponieważ jest to ich kolejny festiwal, bardzo pomaga. Mamy mocno nienormowane godziny pracy i styl życia, który jest czasami trudny, więc ludzie, na których można polegać to podstawa. Inną kwestią kluczową dla rozwoju festiwalu była bez wątpienia nagroda w konkursie głównym. Tego typu pieniędzy nie sposób zignorować, a fakt, że jest to nagroda przeznaczona na kolejne produkcje laureatów sprawiła, że zaczęto nas traktować poważnie.

Czy zauważyłaś, że większym stresem były dla Ciebie pierwsze edycje, czy raczej z czasem rosną oczekiwania, wyzwania, i presja?
Jeśli chodzi o stres to zdecydowanie początki były najgorsze. Mogę mówić tylko za siebie – ale ja nie wiedziałam, czego się tak naprawdę spodziewać, wszystko było nowe. Oczywiście, ignorancja bywa zbawienna, ale w tym przypadku nie uchroniła mnie przed stresem. Teraz stres też jest, to nie ulega wątpliwości, ale już wiem, jak sobie z nim radzić, próbuję też przewidywać jego źródła i im zapobiegać. Cóż, presja rośnie. Szymek odczuwa ją w związku z finansami, ja muszę dostarczyć publiczności atrakcji na konkretnym poziomie. Na pewne czynniki nie mam wpływu, ale wychodzę z założenia, że najważniejsze jest to, żeby tak dobrać program i gości, żeby wszystko było spójne i uzasadnione.

Kiedy nastąpił przełom w rozwoju festiwalu? Czy teraz macie innego rodzaju problemy niż na początku?
Po raz pierwszy pomyślałam, że jest dobrze, że coś się zmienia, kiedy zobaczyłam różnicę w kinowej frekwencji, seanse zaczęły się zapełniać. Wcześniej najbardziej martwiło mnie to, że trzeba było przekonać do siebie widownię. To jest największy test, który chyba zdałam i miałam poczucie, że zdobyliśmy czyjeś zaufanie. Teraz jest coraz lepiej. Przede wszystkim stajemy się bardziej rozpoznawalni jako marka. Myślę, że to się zmieniło po tej nieszczęsnej edycji, która odbyła się w cieniu wybuchu wulkanu. Wtedy była z nami Jane Campion, rok później przyjechał Tim Roth i wtedy zaczęło być o nas głośniej. Co nie oznacza, że o sponsorów nadal nie jest trudno. Nawet jeśli sponsorzy są zadowoleni, to w wypadku niepowodzenia w biznesie to jest pierwszy wydatek, z którego się rezygnuje, bo to nie jest konieczne dla funkcjonowania ich firmy. Smuci mnie to, ale oczywiście rozumiem. Podtrzymywanie relacji sponsorskich jest bardzo trudne. Jeśli chodzi o obecne wyzwania…utrzymanie poziomu nie jest takie proste jak to się może wydawać. Ja chciałabym przywozić do Krakowa więcej twórców, którzy mają w Polsce publiczność, ale nie są zbyt medialni, a to jest problematyczne. Wierzę jednak, że wszystko można ze sobą pogodzić, jeśli tylko robi się to dobrze i w sposób wiarygodny.

Może warto zacząć od przedsięwzięcia na mniejszą skalę, wyspecjalizować się w czymś i robić to dobrze, a tym samym przybliżyć nowe zjawiska lokalnej społeczności.


Jeśli miałabyś ocenić swój wkład w rozwój festiwalu, powiedziałabyś, że liczą się tylko kompetencje? Jak istotne były umiejętności miękkie, czy jakieś cechy Twojego charakteru, bez których nie dałabyś rady postawić tak dużej imprezy na nogi?
Przypomina mi się, jak jeździliśmy na studiach na Camerimage, który do tej pory jest jednym z moich ulubionych festiwali, bo tam zjeżdżają się ludzie z pasją. To nie jest festiwal, na który ludzie przyjeżdżają się pokazać, tylko dlatego, że mogą spotkać tam ludzi, z którymi normalnie nie mieliby kontaktu, mogą podziwiać prace niezwykłych operatorów, dyskutować. Pamiętam, że moi znajomi patrzyli na mnie zawsze z lekkim zdziwieniem, bo siedziałam w kinie od 9 rano do północy, i oglądałam po pięć czy sześć filmów dziennie. Oni wychodzili po dwóch czy trzech , namawiali żebym poszła z nimi, ale dla mnie to była jedyna w swoim rodzaju okazja do zobaczenia filmów, do których nie miałam wcześniej dostępu. Myślę, że to jest jakaś ważna umiejętność, żeby umieć pracować w tych specyficznych warunkach i na konkretnych zasadach. To nie jest praca od 9 do 5, bo festiwale (również te, na które jeździmy) to jest niezwykle wytężony okres pracy, gdzie trzeba być nie tylko na pokazach, ale przede wszystkim na spotkaniach. Nie można się nie integrować. To jest bardzo konkretny styl życia, który nie wszystkim by pasował. Ja mam zdolność do adaptacji do takich ekstremalnych różnic w tempie pracy. Jest mi łatwo się oswoić z nowymi miejscami, nie boję się, kiedy muszę jechać w nieznane, kiedy mam sobie radzić sama w nowym środowisku. Myślę, że cierpliwość też robi swoje. Pomogło mi, że trochę pojeździłam po świecie. Uważam, że umiejętności takiego brytyjskiego small talk są nieocenione. Jak się okazuje, to bardzo pomaga. Nie da się tej pracy wykonywać, jeśli się nie lubi ludzi.

Uzupełniacie się w zespole czy decyzje podejmujecie raczej kolegialnie?
Szymon i ja na pewne się uzupełniamy, inaczej nic by z tego nie wynikło dobrego. Szymek woli być w świecie finansowo-biznesowym, to jego mocna strona. Ja nie mam problemu z kontaktami z ludźmi, pewnych rzeczy po prostu się nauczyłam. Sposoby podejmowania decyzji są różne, w zależności od okoliczności. Ale pomaga fakt, że zespół jest bardzo kompatybilny i kompetentny. Znakomicie się uzupełniamy.

Czy gdyby Off Plus Camera nie było, byłoby Ci łatwiej zaczynać ją jeszcze raz? Czy myślisz, że osobom, które chcą teraz robić jakieś zupełnie nowe wydarzenie popularyzujące kulturę jest łatwiej, czy raczej trudniej?
Rozpoczynanie takiego przedsięwzięcia jest zawsze skomplikowane. Wydaje mi się, że to nie byłoby łatwe nawet teraz i nawet jeśli ktoś miałby pieniądze, co jest bardzo mało prawdopodobne. Na pewno są jeszcze nisze w rynku, ale szczerze mówiąc ja mam wrażenie, że festiwali jest już teraz trochę za dużo i chyba sama bym się teraz nie zdecydowała na rozkręcanie nowej imprezy. Chyba, że dalej nie byłoby filmów, które chciałabym oglądać! W ciągu ostatnich kilku lat pojawiło się w Polsce bodaj 5 nowych festiwali, takich o których wiem. Podziwiam determinację ich organizatorów, bo wiem, że to szczególnie na początku jest droga przez mękę. Ale powiem szczerze, przypuszczam, że gdyby nie Off, pewnie nie byłoby mnie w Polsce. Zostałabym w Londynie, gdzie tak jak wspominałam, działo się więcej i było stosunkowo łatwiej.

Czy od początku przykładaliście dużą wagę do promocji, do komunikacji ze społeczeństwem?
Na początku mieliśmy złą reklamę… Ludzie bardzo nas krytykowali, zresztą faktycznie organizacja dwóch pierwszych festiwali pozostawiała wiele do życzenia. Potem bardzo się napracowaliśmy, żeby wyrobić sobie dobrą markę, żeby zasłużyć na zaufanie widzów. Ale nie można zmusić dziennikarzy, żeby pisali, więc to oni sami musieli się nami zainteresować. To się zaczęło zmieniać przy 3-4 edycji i to była ogromna satysfakcja. Ale teraz w kwestii wydarzeń, którymi może zainteresować się prasa, jest ogromna konkurencja, ciągle się coś dzieje, a media mają ograniczoną przepustowość. Musiałam nauczyć się mówić w mediach o bardzo konkretnych sprawach i w określony sposób. Pogodziłam się z tym, że nie mogę wiecznie opowiadać o moim ukochanym filmie festiwalu, bo ludzie, którzy będą chcieli go zobaczyć na pewno go znajdą, a są inne tytuły, o których powinnam mówić, bo te będą kojarzone. Bardzo wiele się w tej kwestii nauczyłam, jeśli chodzi o marketing – co się sprzedaje, a co nie.

Mieliście od początku jakąś wieloletnią wizję rozwoju? Czy pracujecie w perspektywie rocznej, z edycji na edycję, próbując poprawić każdą kolejną?
Teraz już mamy długoterminowy plan. Kiedyś to była bardziej walka o przetrwanie. Mieliśmy tylko nadzieję, że będzie kolejna edycja, ale nie było to oczywiste. Mieliśmy oczywiście pomysły, co chcielibyśmy robić w przyszłości, ale trudno było o konkretne plany. Teraz już myślimy w kategoriach trzech kolejnych lat, żeby wiedzieć mniej więcej co mamy zrobić, bo wszelkie ambitne plany wymagają czasu.

Gdybyś zaczynała swoją karierę jeszcze raz, zrobiłabyś to samo? Było warto angażować się w promocję kultury autorskiej?

Nie żałuję niczego, uważam, że wszystko dzieje się po coś. Jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się pracować w różnych dziedzinach filmu, poznać wiele jego aspektów.

Dzięki temu wiem, w czym jestem dobra, a czego powinnam unikać. Kilka lat temu spróbowałam produkcji, i choć to było fantastyczne doświadczenie, nie wiem, kiedy uda mi się je powtórzyć. Nie dlatego, że nie miałam z tego satysfakcji, ale dlatego, że bycie producentem to nie tyle praca, co sposób na życie. Musiałabym się temu w pełni poświęcić, a chwilowo nie jest to możliwe. Robię coś, co bardzo, bardzo kocham i chcę się skupić wyłącznie na tym.

Młodym, ambitnym osobom jest w Anglii łatwiej dzięki rozwiniętej gospodarce, czy też przez struktury nauczania?
Dla mnie dużym szokiem był mój pierwszy kontakt z systemem szkolnictwa wyższego w Anglii, tam studiowanie ma zupełnie inny charakter. Studenci nie są na bieżąco testowani czy odpytywani, ponieważ wykładowcy wychodzą z założenia, że indywidualna praca jest we własnym interesie studentów i podczas egzaminów końcowych okaże się, kto co sobą reprezentuje. Zajęcia były bardziej zróżnicowane, możliwości większe. Ale teraz te granice zacierają się, więc nie rozumiem dlaczego podobne mechanizmy organizacyjne nie mogłyby funkcjonować w Polsce. Ale chcę też podkreślić, że mam duży szacunek do tego, czego miałam okazję nauczyć się chodząc do polskich szkół. Uważam, że pod kątem poziomu nauczania w pierwszych latach edukacji na pewno przewyższamy większość krajów Europy. Widać to szczególnie wyraźnie w różnicach w tzw. wiedzy ogólnej. Ale w kwestii studiów, mam dużą słabość do zachodnich metod profilowania zajęć, tego, że można wybrać sobie tok studiów, żeby nie tracić czasu na te rzeczy, z których nigdy nie będziemy dobrzy, które nas nie interesują. Uważam, że lepiej, żeby wszyscy mieli solidne podstawy, ale potem wybierali tylko te przedmioty, z który czerpią korzyści, które najpewniej im się przydadzą. Na pewno nie ma powodu, żebyśmy mieli kompleksy. Uważam, że mamy świetnych wykładowców i dobrych studentów.

Młodzi ludzie wiedzą o tym, co można w Polsce poprawić? Korzystają z doświadczeń starszych?
W Off Plus Camera prowadzimy wolontariat, który traktujemy bardzo poważnie. Wolontariusze mają odpowiedzialne zajęcia, więc muszą najpierw udowodnić, że mają zapał i że coś potrafią. To są nieprawdopodobnie ambitni młodzi ludzie, którzy często znają kilka języków i mają wiele zainteresowań, jeżdżą na wymiany, sami tworzą kontakty międzynarodowe, pracują wieczorami. Jestem pod dużym wrażeniem ich zapału i energii. Wiele osób, które teraz pracują w biurze festiwalowym zaczynało właśnie jako wolontariusze. Korzystają z doświadczeń zdobywanych na świecie i nierzadko sugerują nowe rozwiązania. Jest dobrze i myślę, że będzie jeszcze lepiej.

Off Plus Camera ma lepszych wolontariuszy niż inne festiwale?
Nie mnie to oceniać, ale wielokrotnie spotkałam się z opiniami naszych gości, że wolontariusze OPC są fantastyczni. Wiedzą, że muszą się wykazać inicjatywą i zdrowym rozsądkiem i zawsze próbują pomóc. Brakuje mi natomiast czegoś, co obserwuję na zagranicznych festiwalach – zainteresowania wolontariatem ze strony nieco starszych niż zazwyczaj mieszkańców miasta. Sundance, Toronto czy Cannes zatrudniają ludzi 40+, bo mieszkają w tych miastach, interesują się kulturą, chcą zrobić coś nowego, poznać ludzi, zobaczyć dobre kino. W Polsce wolontariat kojarzy się wyłącznie z młodymi ludźmi, a szkoda. Myślę, że dojrzali wiekiem wolontariusze byliby fantastyczni. Ale nie narzekam, bo nasi wolontariusze są klasą samą w sobie, to bardzo budujące.

Czy w ciągu 10 lat Twojej kariery zauważyłaś jakieś istotne trendy w obszarze filmu, czy wydarzeń kulturalnych, które będą rozwijać się w przyszłości?
Studia w Londynie wybrałam pod kątem zdobycia większej wiedzy technologicznej i praktycznej, bo wydawało mi się to przyszłościowe…Kwestie związane z digitalizacją świata filmu już wtedy były powszechnie dyskutowane. Teraz wiem, że istotne jest ciągłe pogłębianie wiedzy na temat swojej dziedziny, nie można stać w miejscu. W kontekście festiwalu niezwykle istotne są nowe technologie i sposoby dystrybucji filmów oraz fakt, iż kina muszą się do nich dostosowywać. Pojawiło się przede wszystkim VoD, które jest coraz bardziej popularne, i bez którego trudno byłoby o dystrybucję niezależnych filmów na świecie.

Od początku rozwoju Twojej ścieżki jako programera, czy zaskoczyło Cię, że musiałaś się jeszcze doszkolić z czegoś niezwiązanego bezpośrednio z Twoim zajęciem?
Nie przypuszczałam, że dość nudna praca biurową, dzięki której utrzymywałam się na studiach w Londynie, kiedyś okaże się pomocna. Biuro projektowe, w którym wtedy pracowałam wymagało ode mnie dobrej znajomości Microsoft Office, całe dnie spędzałam w excelowskich arkuszach, co teraz procentuje. Większość nowych umiejętności zdobywam po prostu decydując się na coś, co mnie trochę przeraża, kiedy wychodzę poza swoją comfort zone. Dobrze działa na mnie motywujący stres i to, że okoliczności, a nie jakieś konkretne kursy, sprawiają, że muszę się czegoś nauczyć. Zwłaszcza, że ze względu na nienormowany tryb życia i pracy byłoby mi trudno zapisać się na jakieś dłuższe kursy.

Czy popełniłaś jakieś błędy, których wiesz, że dało się uniknąć? Mogłabyś ostrzec osoby rozpoczynające budowę nowatorskich organizacji przed jakimiś pułapkami, które gdzieś zauważyłaś?
Myślę, że na pewno dużym błędem, który obserwuję, jest chęć zrobienie wszystkie na raz, za dużo za szybko. Gdybym sama miała zacząć raz jeszcze, to chyba skupiłabym się na mniejszych rzeczach, a nie porywałabym się od razu na wielkie przedsięwzięcia, bo te początki są bardzo stresujące. Myślę, że na pewno błędem jest niedocenianie relacji międzyludzkich. Trzeba bardzo, bardzo szanować ludzi. Bez względu na to czy jest to wolontariusz, czy dozorca w centrum festiwalowym. Wychodzę z założenia, że nigdy nie wiadomo, co osoba, którą spotykam dzisiaj, będzie robić za 10 lat. I nigdy nie wiadomo, co z tej znajomości może wyniknąć. To w końcu procentuje, szczególnie w branży kultury, a często, zwłaszcza młodzi ludzie, o tym zapominają. Pułapką jest też liczenie na szybką karierę – jeśli ktoś chce zarobić szybko duże pieniądze, mieć od razu efekty, to raczej niech nie idzie w kierunku kultury.

Ja uważam, że pasja i zaangażowanie i wyszukanie sobie czegoś, w czym się jest dobrym i skupienie się na tej jednej działce jest bardzo ważne. Potem można zarażać swoją pasją, nie ma nic lepszego.

To działa, ludzie to widzą i doceniają. Nawet jeśli mnie coś nie interesuje, to mogę posłuchać, jak ktoś opowiada o tym, co kocha, bo tego się dobrze słucha. Nic tak nie cieszy jak to, że ktoś kocha to, co robi.

*

Z Bożeną Biskupską rozmawiała Jagoda Komusińska – Współpracownik Fundacji Warsztat Innowacji Społecznych, doktorantka Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Edukator w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau. Ukończyła Kulturoznawstwo; Filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim i Międzynarodowe Stosunki Gospodarcze na UEK. Dzięki stypendium Erasmus i Erasmus Practice część studiów odbyła we Włoszech. Autorka publikacji naukowych z zakresu filozofii ekonomii i ekonomii kultury.

NO COMMENTS

POST A COMMENT