Home / Wywiad  / Wykorzystaj czas rozwoju – Wojciech Florczyk

Wykorzystaj czas rozwoju – Wojciech Florczyk

Wojciech Florczyk

Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zawodowo od 1998 roku tworzy projekty interaktywne. W 2002 roku współtworzył software-house Softhis, a od 2006 studio postprodukcji i animacji No Label. Prowadził projekty informatyczne dla rynku mobilnego, farmaceutycznego, a także projektował i tworzył ekspozycje w Rynku Podziemnym, Hali Stulecia, Hydropolis we Wrocławiu, Wzgórzu Zamkowym oraz Muzeum Narodowym w Kielcach, Muzeum Historycznym Miasta Krakowa, Muzeum Historycznym Miasta Stołecznego Warszawy. Od 2009 roku prowadzi firmę New Amsterdam. Aktywnie promuje ideę muzeów narracyjnych tworzonych w oparciu o nowe technologie, w tym koncepcje wirtualnych instytucji kultury.

***

Rozmowa z Wojciechem Florczykiem to rozmowa o tym, że wyuczony i zdobyty w szkole czy na studiach zawód nie jest ostatecznie wiążący, jeśli chodzi o karierę na rynku pracy. Dla jej zapoczątkowania i rozwoju zdecydowanie ważniejsze jest, aby jak najwcześniej zacząć próbować swoich sił w różnych dziedzinach, aby nieustannie zdobywać możliwie jak najwięcej doświadczenia. Jest to zatem rozmowa o celowym stwarzaniu sobie możliwości i ułatwieniu późniejszej konieczności podejmowania decyzji. Jednocześnie – w myśl zasady, że człowiek uczy się na błędach i przez całe życie – jest ona dowodem na to, że droga, którą pokonujemy w życiu zawodowym nie prowadzi na szczyt czy do mety, ale że ciągle trzeba iść naprzód, że istotne jest nieustanne samozaparcie i podejmowanie wysiłku.

***

Paulina Simonides: Od ponad 10 lat prowadzi Pan dwie firmy bezpośrednio związane z grafiką i multimedialni – najpierw było to Nolabel, później także New Amsterdam. Skąd Pana zainteresowanie tą dziedziną? Skąd pomysł na to, żeby właśnie na multimediach oprzeć swoją karierę zawodową? Od czego się zaczęło?

Wojciech Florczyk: Wszystko zaczęło się bardzo prosto – od komputerów. Jeszcze we wczesnych latach mojej nauki w szkole podstawowej w domu pojawił się komputer klasy PC. Poprzedni był sprzętem wykorzystywanym wyłącznie do gier komputerowych, a ten nowszy dawał również inne możliwości zwłaszcza w połączeniu z drukarką. I tak, dla zabawy, zacząłem przygotowywać różnego typu gazetki. Najpierw były tylko takie naścienne, później w formie składanej i dystrybuowane w bibliotece lub w szkolnym sklepiku. W międzyczasie namówiłem jeszcze dyrektor szkoły podstawowej do naprawy radiowęzła. I jak dzisiaj sobie o tym myślę, to na początku wydawało mi się, że chcę być dziennikarzem. Chodziłem nawet na kółko dziennikarskie do domu kultury. Jednak teraz mam wrażenie, że w tym wszystkim bardziej interesowała mnie sama aktywność związana z tworzeniem gazetek, ich składanie.

Rozumiem, że początkowo przygotowywał Pan wszystko? Łącznie z pisaniem tekstów i późniejszym składem?
Nie pamiętam już dokładnie, czy sam je pisałem czy po prostu przepisywałem. Ale zajmowałem się tym przez całą szkołę podstawową i w liceum, w którym tworzyłem artykuły na podstawie tekstów m.in. z „Młodego Technika”, ale też pisałem np. recenzje filmów. Oczywiście nie tylko ja – byli też inni autorzy. Jednak dokładnie pamiętam, że najbardziej podobała mi się właśnie praca nad składem tych gazetek. Kupiłem sobie wtedy nawet książkę o zasadach składu tekstu. I stopniowo przeszedłem od tego do samej grafiki i zacząłem projektować strony internetowe. Pierwszą zaprojektowałem już w trzeciej klasie liceum swojemu nauczycielowi filozofii, który prowadził instytucję naukową i potrzebował dla niej witrynę. Później, jeszcze jako 18-latek, dzięki temu, że mój brat pracował w Radiu Plus Kraków, miałem możliwość zrobienia im strony. Zaprojektowałem i wykonałem ją od podstaw. Można więc powiedzieć, że byłem webmasterem. Wszystko to tak mi się podobało, że co chwilę uczyłem się czegoś nowego i wpadałem na kolejne pomysły, w związku z czym mniej więcej co trzy miesiące strona radia się zmieniała. Dziś jest to przecież niewyobrażalne, żeby jakaś poważna firma pozwalała webmasterowi na takie rzeczy, a ja miałem wtedy pełną swobodę działania.

Widocznie podobało im się to, co Pan robił.
To były też początki Internetu w Polsce, więc wyglądało to zupełnie inaczej. Pamiętam, że za pierwszą wykonaną dla nich stronę dostałem modem i mogłem pracować w domu, z czym wiązały się oczywiście wydatki na Internet. Następnie, z racji tego, że radio Plus należało do Archidiecezji Krakowskiej, zrobiłem także stronę Archidiecezji właśnie, a podczas pielgrzymki papieża do Polski, przygotowałem specjalny serwis jej poświęcony – redagowałem newsy, pisałem teksty. Ale największym osiągnieciem było to, że wspólnie z providerem, który dostarczał do radia Internet, zrobiliśmy transmisję wideo. Może nie jedną z pierwszych w Polsce, ale opierała się ona jeszcze na technologii real player, czyli trzeba było mieć specjalny program do jej obejrzenia, nie wystarczała sama przeglądarka internetowa. Kamera była skierowana wyłącznie na okno papieskie, a dostęp do transmisji mogło mieć tylko 50 osób jednocześnie. Oczywiście trzeba było mieć dużo szczęścia, żeby udało się połączyć.

Myślałam, że pierwsze tego typu relacje internetowe pojawiły się zaledwie kilka lat temu…
Nie, jednak trzeba pamiętać o tym, że to, co jest dostępne dziś, generalnie jest dużo łatwiejsze i przede wszystkim powszechnie dostępne. Wtedy z jednej strony ta technologia była bardzo prymitywna, ale z drugiej bardzo zaawansowana i skomplikowana dla zwykłego użytkownika. Ale jak widać – było i działało. A o samej relacji wideo pojawiły się nawet informacje w prasie. I wtedy już, po tych doświadczeniach, wiedziałem, że bardziej chcę być grafikiem niż webmasterem. Tylko to też były czasy, kiedy to się o wiele bardziej ze sobą wiązało, ale ogólnie rzecz ujmując właśnie w tym widziałem swoją przyszłość. Mimo to poszedłem jeszcze na studia dziennikarskie, bo ciągle myślałem, że zostanę dziennikarzem i dopiero na samych studiach doszedłem do wniosku, że praca dziennikarza, wiążąca się często z wielogodzinnym wyczekiwaniem pod czyimś drzwiami, to nie jest coś co chciałbym robić. Stwierdziłem też, że w mojej naturze nie leży zadawanie komuś pytań i bycie dociekliwym. Wolałem zostać grafikiem i zatrudniłem się w portalu Interia.pl tuż przed jego uruchomieniem. Spędziłem tam dwa lata. Potem przyszedł kryzys dotcomowy, który w Stanach Zjednoczonych wymiótł połowę tych firm, jakie opierały się na internetowej ekonomii. Przerzuciło się to oczywiście na Polskę, Interia.pl ogłosiła zwolnienia. Ja również zostałem wtedy zwolniony. Przy czym to był też moment, w którym miałem poczucie, że nie nauczę się tam już niczego nowego, że przestałem się rozwijać. A z racji tego, że byłem studentem i nie musiałem martwić się utrzymaniem, odebrałem to jako pewną ulgę, ale też impuls, żeby zacząć coś swojego.

Pan w tym czasie ciągle studiował?
Tak, tak. Najpierw to były wieczorowe studia, a potem już zaocznie.

Można więc powiedzieć, że jeśli chodzi o grafikę i bycie webmasterem był Pan samoukiem?
Tak, ale proszę pamiętać, że wtedy to naprawdę było dużo prostsze. Żeby stworzyć stronę internetową nie trzeba było wiedzieć tak dużo jak dzisiaj. Dziś przecież całe firmy istnieją tylko po to, żeby się tym zająć. Wtedy, przynajmniej w Polsce, bo na Zachodzie już powstawały pierwsze profesjonalne firmy, wystarczyło wiedzieć, jak zaprojektować, jak zakodować w HTML-u i jak wgrać na serwer. Nie było też dużej konkurencji ani wielu internautów, więc całą ta wiedza traktowana była jeszcze jako ciekawostka. Stąd też pewnie brak oporów przed powierzaniem różnych takich rzeczy dość młodym osobom, które wtedy dopiero zaczynały swoje kariery. Internet z góry traktowany był jako coś, czym zajmują się wyłącznie młodzi ludzie. Obecnie jest źródłem wszystkiego, robi się w nim duże interesy, nieraz większe niż w offline, więc jest to traktowane o wiele bardziej poważnie. Jak dziś patrzę na osoby w takim wieku, w jakim ja wtedy byłem, to trochę się dziwię, jak można było z nimi prowadzić tak poważne rozmowy i negocjacje.

Zapewne uczy to też jakiegoś samozaparcia na przyszłość i wydaje mi się, że można powiedzieć, że jest to jak najbardziej na plus.
W pewnym sensie tak. Ale najważniejsze wydaje mi się przede wszystkim właśnie to, że zacząłem wszystko już w liceum, że zdobyłem zawód jeszcze przed studiami, dzięki temu, że robiłem dużo zleceń i projektowałem dla różnych firm, że zbierałem doświadczenie.

I uważam, że to jest bardzo ważne, żeby myśleć o tym, co się chce robić po studiach jeszcze w ich trakcie albo nawet przed, żeby nie odkładać tej decyzji o tym, czym się będzie człowiek zajmował w życiu do napisania pracy magisterskiej.

Skąd w Panu taka motywacja do pracy, do samorozwoju? Czy było coś lub ktoś, co Pan najbardziej inspirowało, motywowało? Zwykła ciekawość, a może jakaś smykałka majsterkowicza? Właśnie z taką postawą najbardziej kojarzy mi się budowanie stron internetowych i grafika.
Po prostu chciałem coś tworzyć. Zawsze miałem taką wewnętrzną potrzebę tworzenia. Na początku były to właśnie gazetki, a potem już strony internetowe i grafiki. Zawsze żałowałem, że nie potrafię rysować. Mój tata bardzo ładnie rysował. Był inżynierem, skończył politechnikę. A ja od dziecka podziwiałem kronikę jego klasy ze szkoły podstawowej, w której opowiadali o tym, co robili i wszystko to było okraszone przepięknymi rysunkami. Bardzo mi się to podobało i też chciałem tak rysować, ale niestety zabrakło mi tutaj talentu. Grafika sprawiła, że za pomocą komputera, nie umiejąc rysować, mimo wszystko mogłem coś robić. I ta możliwość tworzenia najbardziej mnie pasjonowała. Jednocześnie cały czas chciałem się uczyć, polepszać, próbować innych, coraz to nowszych sposobów. Poza tym jako młody człowiek, szybko się nudziłem, więc coś, co zrobiłem od razu przestało mi się podobać i trzeba było to zmienić. A przy okazji złożyło się tak, że trafiło to na podatny grunt i początki Internetu w Polsce, dzięki czemu mogłem nie tylko w jakiś sposób wyżywać się artystycznie, ale też przy okazji zarabiać na tym pieniądze.

Wróćmy zatem do samej kariery. Czy zaraz po czasie spędzonym w Interii.pl postanowił Pan założyć swoją firmę?
Wtedy chciałem pracować jako freelancer, czyli osoba utrzymująca się ze zleceń. Ciągle byłem studentem, na utrzymaniu rodziców, więc nie miałem dużego nacisku na to, żeby zarabiać pieniądze, a tym samym wszystkie zlecenia taktowałem jako coś dodatkowego, coś dla siebie. Ale po jakimś czasie wspólnie z kolegami z Interii.pl, którzy byli mniej więcej w moim wieku, założyliśmy taką małą firmę, jaka miała się zajmować tworzeniem stron internetowych. Na początku nazywało się to L-Design, a potem przekształciło się w Softhis. To była pierwsza moja firma, w której biznes zaczął się na poważnie. Jeszcze w trakcie pracy w Sothis, które poszło bardziej w kierunku firmy informatycznej, poznałem wspólników z No Label. Marka najpierw działała z ramienia Sothis, zajmując się animacjami. Prężnie się rozwijała, dzięki czemu po roku się usamodzielniła. Podobnie wyglądało to z New Amsterdam, które wyodrębniło się z No Label, żeby tworzyć ekspozycje multimedialne. Był to zatem pewien ciąg związany też z tym, co w danym momencie uważałem za ważne i ciekawe

Mały krokami od jednej firmy do drugiej?
Tak. Można nawet powiedzieć, że mniej więcej co 5 lat wykonuję inny zawód – na początku strony internetowe, potem animacje w No Label, a teraz tworzę przestrzenie multimedialne dla muzeów, centrów nauki, sieci handlowych i biur. Przy czym, co jest zabawne, to wciąż nawiązuje do tej komunikacji, do dziennikarstwa, które studiowałem. Wszystko to, czego się wtedy dowiedziałem, właśnie pod kątem procesów komunikacji i komunikacji społecznej, jak ludzie się komunikują, odbierają komunikaty itd., bardzo się przydaje.

Rozumiem, że teraz przydaje się to w ramach projektowania samych ekspozycji multimedialnych, ale czy też jeśli chodzi o zarządzanie zespołem?
Oczywiście.

Jedną z podstawowych rzeczy, jakiej się nauczyłem jeśli chodzi o zarządzanie zespołem, to że „komunikat nadany” nie oznacza „komunikat odebrany”.

Dla mnie to jest najważniejsze – czy ja jestem dobrze zrozumiany? Robię wszystko, żeby moi pracownicy zrozumieli mnie tak jak ja chcę, żeby mnie zrozumieli. Tak samo dzieje się jeśli chodzi o klientów.

Jest coś jeszcze oprócz komunikacji, co należy robić, co u mieć, żeby być dobrym liderem? Przecież tutaj pracuje bardzo dużo osób.
W dwóch firmach, No Label i New Amsterdam pracuje mniej więcej 70 osób, z tym, że pojedynczo, na każdą z firm jest to około 30. W jednej jest trochę więcej, w jednej trochę mniej. Przede wszystkim ja jestem zwolennikiem delegowania zadań. Jak popatrzę na to, co robiłem w firmie od początku, a co robię dzisiaj, to co jakiś czas pączkuje ze mnie jakaś kompetencja, którą przekazuję innej osobie. Na początku było to zarządzanie projektami. Potem niestety musiałem się rozstać z byciem grafikiem, co zawsze jest dla grafika trudne, bo było bardzo dużo innych obowiązków i kompetencji, jakie trzeba było posiąść – techniczne, finansowe, sprzedażowe itd. Kiedyś zajmowałem się w firmie naprawdę wszystkim, od przyjmowania faktur, pozyskiwania klientów po rozliczanie projektów unijnych.

I znów wszystkiego uczył się Pan sam, żeby później móc przekazać daną kompetencję komuś innemu?
W momencie, w którym stwierdzałem, że dana rzecz mnie przerasta, zatrudniałem osobę do tego. To też chodzi o efekt skali. Kiedy tych faktur, płatności i różnych rozliczeń i decyzji, jakie trzeba było podjąć było już tak dużo, że nie byłem w stanie robić tego sam, nie było dla mnie problemem szukanie kogoś, kto zrobi to za mnie.

To też jest bardzo ważne, żeby umieć powiedzieć sobie, że się z czymś nie daje rady, że potrzebuje się pomocy. A niestety wydaje mi się, że młodzi ludzie trochę się tego obawiają, może nawet wstydzą i za wszelką cenę chcą być samodzielni.
Tak, jest to ważne. Przecież nie każdy musi umieć i robić wszystko. Ale niestety zwłaszcza osoby związane z twórczymi zawodami mają problem z tym, żeby oddać komuś część zadania. Ja sam ciągle łapię się na tym, że chcę brać udział w każdym etapie procesu projektowego, ale już na tyle się kontroluję, że ograniczam to do minimum. Daję raczej dobre rady niż narzucam moją wizję innym.

O czymś jeszcze warto tutaj pamiętać?
Przede wszystkim nie należy się bać podejmowania decyzji. Moja praca polega teraz głównie na tym, że podejmuję decyzje. Jestem taką ostatnią instancją w tej firmie, która jak ktoś się waha i nie wie, co zrobić, to odpowiada, gdy się ją o to pyta. I wiem, że ludzie sobie to cenią, że jestem cały czas dostępny, że nawet jak nie ma mnie w biurze, to mogą mnie złapać, bo siedzę przy telefonie i odpisuję na maile, mogąc im coś zasugerować. Ważne jest też to, żeby w momencie, w którym firma rośnie, zachować wiedzę, jaką się w zgromadziło firmie. Ja jako osoba, która pracowała na każdym szczeblu w tej firmie i zrobiła wszystko, wiem bardzo dużo na temat procesu powstawania tego, co teraz robimy. Nie jestem oczywiście specjalistą z każdej dziedziny, ale jestem w stanie porozmawiać na każdy temat i rozumiem to, o czym się do mnie mówi czy o IT, czy o finansach, czy o sprawach kreatywnych. W firmie ludzie się zmieniają, są zwalniani, sami się zwalniają, przychodzą nowi. A firma to jest przede wszystkim wiedza o tym, jak robić pewne rzeczy. I to dzięki tej wiedzy firma może zarabiać, ponieważ może zoptymalizować swoje procesy i nie wydaje zbędnych pieniędzy, tak jak robiłaby to inna instytucja, która jeszcze nie do końca wie, jak funkcjonować. Zatem ta wiedza musi zostać w firmie. W związku z tym należy stworzyć mechanizmy, które spowodują, że te wszystkie informacje, np. o podwykonawcach, o metodach pracy, zostaną w firmie i będą przekazywane dalej. I ja właśnie dążę cały czas do tego, żeby tę wiedzę systematyzować, żeby ustalić w oparciu o nią procedury i je udoskonalać.

Chodzi więc po prostu o stałe usprawnianie działania firmy i zespołu?
Tak. Moją pracą jest głównie patrzenie na firmę i usprawnianie różnych rzeczy, kiedy widzę, że jakiś mechanizm nie działa, bo albo brakuje jeszcze jakiegoś trybiku, lub też coś jest robione niewłaściwymi narzędziami czy w niewłaściwy sposób. Wtedy staram się to korygować.

Wspomniał Pan przed chwilą o tym, że w firmie zmieniają się pracownicy, o ich zatrudnianiu. Na co najczęściej zwraca Pan uwagę u kandydatów na dane stanowiska? Co Pana najczęściej w danej osobie przekonuje, że Pan myśli, że będzie tą odpowiednią?
Pierwsze na co patrzę to doświadczenie, czyli co ta osoba wcześniej robiła. Często dostaję takie CV, w którym widzę, że ktoś skończył studia, ale ma zero doświadczenia albo ma to doświadczenie jako kelner za granicą. Wyraźnie wtedy widać, że ktoś w trakcie studiów skupiał się głównie na tym, żeby zarabiać. A dużo lepiej w CV wygląda to, że ktoś odbył staż, a najlepiej, że ten ktoś już pracuje, bo wtedy wiemy, że mamy do czynienia z osobą z doświadczeniem. To też trzeba od razu powiedzieć, że aby zdobyć to doświadczenie, niestety trzeba popracować na stażu albo za jakieś minimalne stawki. Lepszą zapłatą za to będzie później fakt, że ktoś da nam szansę do wykorzystania tego doświadczenia w innej pracy i oczywiście odpowiednio nas za to wynagrodzi. Zamiast tego młodzi ludzie często mają teraz bardzo wygórowane oczekiwania co do pensji, posiadając zerowe doświadczenie i w związku z tym istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, że dostaną pracę. W drugiej kolejności ważna jest dla mnie historia osoby, która ubiega się o pracę, dlatego czytam jej list motywacyjny. Często dobrze napisany list motywacyjny, w jakim widzę, że jest napisany specjalnie pod dane ogłoszenie, w którym ktoś rzeczywiście motywuje, dlaczego chce pracować na konkretnym stanowisku, potrafi bardzo dużo zdziałać. Ponadto zwracam uwagę na to, jak samo CV i list są przygotowane, sformatowane. Po tym od razu widać, czy dana osoba dobrze używa np. Worda czy Excela, czy wie, że ważne jest to jak się pisze i jakie są reguły języka polskiego. Niestety mnóstwo jest takich dokumentów, które zostały przygotowane w oparciu o jakiś szablon znaleziony w internecie. Często zrobione są one niechlujnie i świadczą przede wszystkim o tym, że ktoś się nie przyłożył do tego zadania.

A moim zdaniem, jeśli ktoś nie przywiązuje wagi do wyglądu swojego CV, to prawdopodobnie nie będzie przywiązywał wagi do wyglądu dokumentów, które będzie musiał tworzyć w firmie albo do tego jak pracuje. Mówiąc wprost – jak Cię widzą, tak Cię piszą.

Trudno jest znaleźć odpowiednią osobę?
Z racji tego, że nasza firma robi dość specyficzne rzeczy, jest interdyscyplinarna, rzeczywiście trudno jest trafić tutaj z branżą. Dlatego też tak ważne jest duże doświadczenie, o którym już wspomniałem. Przykładowo – firma budowlana będzie miała nieco ułatwioną sprawę, bo jeśli poszukuje kierownika projektu budowy mostu, to będzie to robić wśród project menagerów, którzy budowali mosty, więc wydaje mi się, że proces ten jest tutaj w miarę uniwersalny. Natomiast u nas jest tak, że tak naprawdę mógłby pracować u nas project menager z agencji reklamowej, z firmy eventowej czy nawet budowlany, bo budowanie ekspozycji, polega na przenikaniu się wielu branż. W związku z tym prócz samego doświadczenia ważne jest to, czy człowiek jest się w stanie nauczyć i zrozumieć to, co robi. Nie ma możliwości znalezienia osoby, która będzie w stanie zrobić idealnie wszystko, w każdym aspekcie, nie ważne czy zajmie się IT czy pracami budowlanymi – każdy ma swoje umiejętności. Dlatego struktura firmy powinna niwelować taką konieczność i pozwolić na to, aby ludzie wzajemnie uzupełniali się kompetencjami.

Chciałabym na chwilę wrócić do Pańskich kompetencji. Mówił Pan, że jeśli chodzi o pracę w firmie i zarządzanie nią każdej z kompetencji musiał się po prostu nauczyć. A co z kompetencjami czy cechami, które najbardziej pomogły Panu znaleźć się w tym miejscu, w którym jest Pan dzisiaj, które Pana tutaj doprowadziły? Moim zdaniem na pewno można mówić tutaj o wspomnianym już samozaparciu, ale czy jest coś jeszcze?
Nad wszystkim cechami cały czas się pracuje, wiele z nich przychodzi też z wiekiem. Niektórzy mają takie szczęście, że w wieku 20 lat mają już taką wiedzę, która pozwala im na prowadzenie biznesu – może są geniuszami albo zostali odpowiednio, w dogodnym środowisku wychowani. Inni muszą się tego nauczyć. Ja jestem właśnie taką osobą. Nie miałem w rodzinie żadnego przedsiębiorcy. Raczej panowało w niej przeświadczenie, że najlepiej jest pójść na bezpieczny etat i zostać na nim do emerytury. Ja, trochę na przekór temu wszystkiemu, chciałem coś zrobić sam. I rzeczywiście ważny był ten upór, bo jak sobie pomyślę, ile to kosztowało pracy, to trzeba się było takim uporem, ale też wytrwałością wykazać, zwłaszcza, że na początku nie zawsze wychodziło i też często nie było z tego żadnych pieniędzy. Zdarzały się takie miesiące, że nie wypłacałem sobie pensji, bo wszystko, co udało się zarobić, trzeba było zainwestować w firmę. Więc pojawiały się pytania takie jak „po co to robić, skoro można pójść na etat i zarobić więcej, a tutaj trzeba przecież zapłacić pracownikom i niekoniecznie sobie”? Ale tutaj chodziło o coś więcej – o chęć bycia samodzielnym i posiadania tej firmy. A dla niej byłem gotowy się poświęcić. Teraz, z pewnej perspektywy, wiem, że niektóre rzeczy mógłbym zrobić inaczej, lepiej. Że do poszczególnych powinienem przykładać większą wagę i może dzisiaj byłbym jeszcze dalej. Ale tylko pracując przez tyle lat człowiek nabiera doświadczenia, zdobywa pewność siebie. Za 20 lat na pewno będę dostrzegał błędy, które popełniam dzisiaj.

Niewykluczone przecież, że za jakiś czas będzie Pan dalej, bo tak jak Pan mówi chodzi też o uczenie się na błędach i wyciąganie wniosków.
Dokładnie. Trzeba się ciągle uczyć, bo im bardziej firma się rozrasta, tym większe problemy się pojawiają. Na początku ten biznes był mocno idealistyczny, robiliśmy przecież fajne rzeczy w kilka osób. Jednak im większe biznesy się robi, tym większe pieniądze wchodzą w grę, zwiększa się ryzyko, zwiększa się odpowiedzialność i związany z tym stres. A do tego wszystkiego

dobrze jest być optymistą, ta cecha naprawdę pomaga przedsiębiorcom.

Ale też nic się nie uda bez poczucia, że robi się ważne rzeczy, że nasza praca ma jakiś cel i że w jakiś sposób służy też innym. No i oczywiście pracowitość oraz wytrwałość są ważne.

Wytrwałość w pokonywaniu trudności? Wspomniał Pan, że zwłaszcza na początku działalności nie było łatwo. Stąd moje pytanie o trudności, z jakimi musiał się Pan zmierzyć?
Na pewno, jak w każdym biznesie, na początku największym problemem były pieniądze – ich brak i skąd je wziąć. Drugim był czas, jaki się poświęcało na firmę. Było go bardzo dużo, czasem siedziało się np. po 12 godzin dziennie i jeszcze w weekendy. Ale to było też związane z tym, że i ja i reszta wspólników po prostu to lubiliśmy. I dalej lubimy. Na początku było to jak odkrywanie czegoś nowego i niezwykle fascynujące, bo z jednej strony robiliśmy to, co lubiliśmy, a z drugiej ludzie byli gotowi nam za to zapłacić, więc wkładaliśmy w to bardzo dużo wysiłku. I może nie sama praca, ale jej wyniki sprawiały nam ogromną radość. Poza tym trzeba się było nauczyć wszystkiego tego, co w firmie jest ważne, czyli kwestie takie jak księgowość, podatki, finanse, przepływy finansowe, rozmowy z klientami, jak zdobywać tych klientów…

Zatem było to takie formalne trudności?
Tak. I wydaje mi się, że im bardziej się firma rozrasta, tym tych formalizmów jest więcej. Firma co jakiś czas, co pewien pułap przychodów zaczyna funkcjonować w innej rzeczywistości, na innych zasadach. Takiego rodzaju problemy człowiek napotyka po drodze, ale to jest nieuniknione i naturalne z rozwojem firmy. Wszystkiego można nauczyć się w trakcie.

Wiedział Pan od samego początku, gdzie się znajdzie jeśli chodzi o karierę? Wizualizował Pan sobie swoją ścieżkę i zakładał, do którego momentu chce dojść?
Nie, jakoś nigdy takiego planu nie miałem, że chcę gdzieś konkretnie być i coś robić. Raczej po prostu chciałem mieć firmę, chciałem być samodzielny i robię wszystko, żeby ta firma dalej istniała i się rozwijała. Z każdym rokiem jest coraz lepiej. I to w tym kierunku nastawiony jest cel – żeby firma stawała się coraz lepszą organizacją i żeby świadczyła coraz lepiej swoje usługi. W rezultacie, żeby klienci byli zadowoleni.

Jak Pan myśli – czy gdyby dziś miał Pan te 18 lat i dopiero zaczynał swoją karierę zawodową, to byłoby łatwiej czy trudniej? Mówił Pan już o tym, że dziś te mechanizmy są bardziej skomplikowane i konkurencja jest dużo większa.
Dlatego wdaje mi się, że byłoby trudniej, ponieważ zdecydowanie więcej byłoby osób takich jak ja, które robiłyby dokładnie to samo. W momencie, w którym ja zaczynałem ludzi, którzy mieli dostęp do Internetu było naprawdę niewielu. A dziś mają go niemalże wszyscy. Poza tym dziś można zostać „twórcą” nie będąc nawet profesjonalnym użytkownikiem Photoshopa czy znawcą grafiki. Zatem kto wie, czy będąc dziś 18-latkiem i mając do dyspozycji wszystkie te narzędzia, które są dziś znane, moja potrzeba artystycznego wyżywania się nie zostałaby zaspokojona przez nagrywanie i edycję filmików na You Tube lub robienie zdjęć na Instagramie. A jeżeli chodzi o profesjonalny biznes, to dzisiejszy rynek jest naprawdę trudny i trzeba umieć się wybić. Aczkolwiek, moim zdaniem, dobry grafik czy uzdolniony projektant zawsze znajdzie pracę. Nawet jeżeli taka osoba jest bardzo młoda, ale ma doświadczenie i talent, znajdzie. To talent jest dziś i zawsze będzie w cenie. 90% sukcesu to praca, to prawda, ale jednak te 10% to talent, który jest konieczny do tego, żeby zostać zauważonym. Myślę, że może dzisiaj nie zostałbym przedsiębiorcą, ale zostałbym dobrze zapowiadającym się grafikiem w jakiejś firmie.

A za kolejne 20 lat? Jak Pan myśli, że będzie to wszystko wyglądało dla następnego pokolenia? Na ile ta rzeczywistość społeczna i ogólnie branża multimedialna, graficzna się zmieni? I co zmieni się w ścieżce kariery?
Teraz dużym problemem jest prawdopodobieństwo, że zastąpią nas roboty lub jakieś systemy informatyczne. Na pewno w takich prostych pracach, powtarzalnych. Pojawi się też dużo więcej systemów, które w prosty sposób będą usprawniać tworzenie stron internetowych. Jednak wszystkie one, dokładnie tak jak teraz, opierały się będą wyłącznie na z góry określonej liczbie kombinacji. Natomiast pojawia się pytanie, czy roboty i systemy zastąpią nas też w działaniach artystycznych? Pewnie nie, aczkolwiek ciężko mi to w tym momencie prognozować, bo wszystko ciągle się rozwija i być może rzeczywiście powstaną systemy, jakie będą cechowały się artystycznym podejściem. Wydaje mi się jednak, że jeśli ktoś będzie chciał mieć coś niepowtarzalnego, to zawsze będzie musiał zatrudnić prawdziwego artystę, który dla niego to opracuje. Tak jak dzisiaj ceni się produkty oznaczone „hand-made”, tak może w przyszłości cenić będziemy te „human-made”. Ale jak będzie w rzeczywistości? Przekonamy się za 20 lat.

Podsumowując, co mógłby Pan poradzić zarówno młodym, do których kierowane są te słowa, jak i osobom będącym poniekąd za nich odpowiedzialne? Jakie cechy, kompetencje, postawy powinno się w młodych najbardziej kształtować?
Należy wiedzieć, że nic w życiu samo się nie stanie. Na wszystko trzeba zapracować. Przede wszystkim w pewnym wieku, najlepiej jak najwcześniej, trzeba zacząć myśleć o tym, co by się chciało robić w życiu. Trzeba wykorzystać ten czas dorosłego życia, czyli jak już się kończy liceum, żeby rozwijać swoje kompetencje i starać się znaleźć to, co się lubi i potraktować go jako czas próby. Nie jest przecież powiedziane, że ten fakultet, który wybraliśmy w liceum jest wiążący. Ja wybrałem humanistyczny, a zajmuję się technologiami. Swoją drogą ten stereotyp w mojej opinii w ogóle sobie nie przeczy. Z kolei niedawno czytałem o lekarzu, który postanowił się przebranżowić i został programistą, zarabiającym nieporównywalnie więcej. Więc trzeba wykorzystać ten okres studiów do takiego próbowania. No i przede wszystkim trzeba podejmować mądre decyzje, bo to, co zrobimy jako młody człowiek zaważy o reszcie naszego życia. To jest niestety przykre, że w tak młodym wieku, bez żadnego doświadczenia, musimy podejmować takie decyzje, ale nikt tego za nas nie zrobi. I właśnie lepiej się te decyzje podejmuje, jak ma się więcej opcji do rozważenia i więcej się wie.

Takie próby, żeby raz zrobić to, a raz tamto, żeby się dowiedzieć, co się chcę robić, bardzo pomagają. Nie można bezczynnie siedzieć i czekać na szczęście.

Ono przychodzi, owszem, ale przychodzi z tego, że stwarza mu się do tego okazje, czyli w wyniku ciężkiej pracy. Ja czasem jestem zdzwiony podczas swojej pracy, że mam takie szczęście, że np. spotkałem daną osobę. Ale potem sobie myślę, że to, że spotykam te osoby wynika tylko z tego, że mam dużo spotkań, więc to nie jest tak, że mam szczęście, tylko odpowiednia liczba spotkań powoduje, że w pewnym momencie spotykam na swojej drodze odpowiednie osoby, czy to klientów, czy współpracowników, czy pracowników. I co jeszcze jest ważne – trzeba pamiętać, że nie ma czegoś takiego jak szczyt. Trzeba cały czas iść pod górę, bo jak się tylko człowiek na chwilę zatrzyma i pomyśli, że jest na szczycie, to wtedy zaczyna spadać w dół, więc lepiej cały czas iść pod górę niż po prostu dojść do szczytu.

To bardzo cenna uwaga. Wiąże się też z tym, o co pytałam wcześniej, czy widział Pan konkretny cel, do którego Pan dążył, a Pan mówi, że nie ma takich celów, że po prostu ciągle trzeba iść dalej.
Jeżeli tylko na chwilę sobie odpuścimy w tej drodze, to najczęściej kończy się to źle. Mówię to też na podstawie własnych doświadczeń – kiedy w pewnym momencie stwierdziłem, że mogę sobie na chwilę odpocząć, natychmiast spowodowało to duże problemy w firmie. Więc nie, nie zatrzymujemy się i idziemy cały czas do przodu, nie odpuszczamy. Niestety życie jest tak skonstruowane, że nie da się inaczej i to nie dotyczy tylko mojego pokolenia, ale wszystkich. Nie żyjemy w świecie, którego zasady diametralnie zmieniły się od tych, które możemy zobaczyć np. w filmie Andrzeja Wajdy Ziemia obiecana.

*

Rozmawiała Paulina Simonides – socjolog, absolwentka specjalizacji multimedia i komunikacja społeczna oraz e-gospodarka na Wydziale Humanistycznym Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Specjalista ds. badań i analiz w Wojewódzkim Urzędzie Pracy w Krakowie, współpracownik Fundacji Warsztat Innowacji Społecznych. Wcześniej pracowała dla jednej z krakowskich agencji badania rynku i opinii oraz agencji interaktywnej zajmującej się marketingiem internetowym. Interesuje się zagadnieniami związanymi z socjologią płci, socjologią rodziny oraz nowymi technologiami. Prywatnie miłośniczka literatury każdego gatunku.

NO COMMENTS

POST A COMMENT