Home / Wywiad  / Wierz w ideały i wytrwale zmierzaj do celu – Stanisław Kracik

Wierz w ideały i wytrwale zmierzaj do celu – Stanisław Kracik

Stanisław Kracik

Dyrektor Szpitala Specjalistycznego im J. Babińskiego w Krakowie. Prezes Polskiego Czerwonego Krzyża. W latach 1990 – 2009 pełnił funkcję burmistrza Niepołomic, miasta leżącego w województwie małopolskim. W trakcie trwającej nieprzerwanie 19 lat pracy na tym stanowisku z sukcesem zabiegał o inwestycje największych firm i przyczynił się do rewitalizacji i dynamicznego rozwoju tego miasta. Był posłem na Sejm II i III kadencji. Od 2009 roku przez dwa lata był wojewodą województwa małopolskiego. W 2015 został uhonorowany Odznaką Honorową za Zasługi dla Samorządu Terytorialnego.

***
Stanisław Kracik mówi o tym dlaczego warto być optymistą, wierzyć w ideały, dążyć do wyznaczonego celów i nie żałować podjętych decyzji. Warto również patrzeć na to co się robi z szerszej perspektywy nieustannie uczyć się i wyciągać wnioski. Aby być skutecznym samorządowcem i liderem trzeba wykształcić w sobie wrażliwość na potrzeby innych Kluczem do sukcesu jest umiejętność rozmawiania z ludźmi, dialogu, przekonywania do idei i zapalania do wspólnego działania. Wywiad to skarbnica inspirujących historii i wskazówek dla liderów, społeczników i samorządowców.
***

Wojciech Kowalik: Naszą rozmowę chciałbym zacząć od pytania, jak to się wszystko zaczęło? Jak rozpoczęła się Pana kariera?

Stanisław Kracik: Ja bym raczej wolał mówić o przebiegu pracy, ponieważ w przypadku kariery, jako pojęcia, mogą pojawić się różne odczucia i sposoby jego rozumienia. Osobiście nie mam wrażenia „zrobienia” czy kształtowania kariery. Nie mam poczucia, że programowałem własną przyszłość. Nie wymyślałem sobie kim chciałbym być. Właściwie jedynym momentem myślenia o przyszłości, jeszcze wtedy maturalnym czy pomaturalnym, była chęć podjęcia studiów medycznych. Doszedłem jednak do wniosku, że pewnie kończąc liceum w maleńkim Jordanowie nie będę miał szans się dostać na medycynę. Rozpocząłem więc studia na Wydziale Elektrotechniki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Moja późniejsza praca inżyniera elektronika, praca z komputerami, choć związana z wieloma wyjazdami do Kijowa, Moskwy, Lipska czy Paryża to było doświadczenie, które przynosiło mi ograniczoną satysfakcję. Ważny moment nastąpił, kiedy się pojawiła Solidarność, rok 1980. i krakowski początek tworzenia międzyzakładowego komitetu założycielskiego Solidarności. W ośrodku badawczo-rozwojowym, w którym pracowałem jako szef konstruktorów, byłem inicjatorem a potem przewodniczącym tegoż komitetu. Na początku w samym ośrodku badawczo-rozwojowym, potem w całej fabryce. I wtedy, przełamując wrodzoną nieśmiałość, współtworzyłem ten Związek Zawodowy zakładów w Zjednoczeniu „Mera” (Zjednoczenie Przemysłu Automatyki i Aparatury Pomiarowej „Mera”).

Potem nastąpił stan wojenny. Na szczęście nie mam styropianowych doświadczeń. Kombatanctwo różnie jest przyjmowane, niemniej jednak był taki okres po 5 latach od 1980 roku, gdy w czasie gdy byłem ciągle szefem tej tzw. „Solidarności” nielegalnej, zdelegalizowanej, trwała ogromna nagonka w fabryce. Ja byłem głównym konstruktorem i widziałem, że im tak naprawdę zależy na tym, żeby mnie złapać a nie na tym, co się będzie działo w fabryce. Po paradoksalnej sytuacji, kiedy mi kazano jako szefowi zwolnić jedynego członka PZPRu jakiego miałem w zespole powiedziałem „nie”. Niech sobie swoje brudne interesy załatwiają swoimi rękami nie moimi. Odszedłem stamtąd.

Przeszedłem do prywatnego biznesu. Miałem spółkę komputerową, która pozwoliła mi na wybudowanie domu, kupno samochodu – ogólnie stanięcie na nogi. Dzięki wykształceniu i doświadczeniu w pracy inżynierskiej i konstruktorskiej przygotowywałem do matury i na studia wielu młodych ludzi z Krakowa. Na tym zarabiałem więcej niż jako inżynier. A potem, kiedy powstawały Komitety1 Obywatelskie „Solidarność”, przeniosłem się do Niepołomic i już tam włączyłem się w zakładanie takiego komitetu, którego byłem sekretarzem.

I tym momencie rozpoczęła się Pana przygoda z działalnością obywatelską i społeczną?
Miałem już za sobą pewne „ćwiczenia” z pracy społecznej. One dały mi dobre przygotowanie. Gdy trafiłem do Niepołomic to było to miasteczko brudne, zapyziałe. Razem z kolegami założyliśmy spółkę „Niepołomicka Ekologia” i zawarliśmy z miastem umowę, że ta spółka będzie sprzątać ulice, zamiatać rynek i tym podobne. Zasada była taka, że zatrudniamy tam wyłącznie młodzież, głównie licealistów. Myśmy ich umundurowali, dali niezbędne narzędzia. To trwało przez rok, może półtora. To była postawa buntu wobec dziadostwa i obecnego tam marazmu. Przyjeżdżały do nas ekipy telewizyjne z całej Polski kręcić reportaże o tym jak to jest możliwe, że syn dyrektora szkoły zamiata ulice po południu. Do sprzątania zgłaszało się zazwyczaj około stu osób, a co miesiąc losowane było 25 ludzi. Wydaje mi się, że przyzwoicie im płaciliśmy, bo była to nasza działalność non profit. Jak nasz Komitet Obywatelski wygrał wybory to pojawił się problem kto zostanie burmistrzem. Nikt nie chciał. Wszyscy się baliśmy, jak to będzie. Ostatecznie ja nim zostałem. Założona przez nas spółka w pewnym sensie przetrwała mimo tego, że ją rozwiązaliśmy. Ja jako udziałowiec nie mogłem jednocześnie pełnić funkcji publicznej w samorządzie. Ale zasada sprzątania miasta przez młodzież obowiązywała jeszcze prawie 10 lat.

W moim odczuciu to był właśnie ten płynny, fajny moment uczenia się, wchodzenia w problematykę społeczną, oddziaływania na otoczenie. Tak z nieśmiałego inżyniera zostałem samorządowcem.

A co zdecydowało o sukcesie? O tym, że to wszystko się jakoś powiodło, złożyło w całość?
Zastanawiałem się nad tym kilka razy. Mimo tego, że w późniejszym okresie miałem jeszcze za sobą doświadczenie parlamentarne czy w administracji rządowej, studia menadżerskie MBA z semestrem w Kopenhadze, to najważniejsze chyba było to, że nie stchórzyłem w tym kluczowym momencie. Była potrzeba, że trzeba się włączyć w ruch „Solidarności” to mimo próśb o charakterze towarzysko-politycznym powiedziałem: „Nie, nie mogę się cofnąć”. Były brudne Niepołomice – zareagowaliśmy. Oczywiście ryzyko z tym związane było niewielkie, ale już po wygranych wyborach ktoś to ryzyko podjęcia się zmiany mentalności Niepołomic i 12 wiosek wokół musiał podjąć. A to już nie było takie łatwe. Później, gdy pojawiło się wyzwanie, żeby przejść z samorządu do parlamentu, również je podjąłem. Myślę więc, że chyba tak bym to najkrócej ujął – jeżeli do czegoś istotnego byłem przekonany to właśnie do tego, że nie mogę stchórzyć. Może taka postawa wzięła się z doświadczeń związanych z duszpasterstwem akademickim przy św. Annie w Krakowie. Wraz z żoną bardzo zaangażowaliśmy się w ruch pomocy ludziom chorym w ich domach, organizację wczasów dla nich, wsparcie przy pielęgnacji oraz inne prace powiedziałbym „małych Samarytan”. Dodatkowo, duży wpływ miał na mnie także dom rodzinny. Mój tata był bardzo aktywnym organizatorem i pracował w Ochotniczych Strażach Pożarnych. Mama z kolei działała na niwie kultury. Do dzisiaj w Spytkowicach jest organizowany festiwal poezji jej imienia i bardzo ładnie się rozwija. Nie był to więc taki dom typu „nasza chata z kraja i odtąd dotąd mnie interesuje”.

Jak więc rozumiem, kluczem do sukcesu są na pewno wytrwałość, wrażliwość na potrzeby innych ludzi i wiara w ideały.
Można tak powiedzieć. W trakcie swojego inżynierskiego doświadczenia miałem bardzo wiele pouczających rozmów i sytuacji. Dla przykładu – dyrektor techniczny wielokrotnie naciskał na mnie, żebym się zapisał do partii. A ja nie mogłem swojemu tacie robić kłopotu. Mam brata księdza, więc nie będę się do partii zapisywał. Potem przysyłali takiego robotnika, tokarza, którego lubiłem. I on mówiąc, że dostał takie zadanie partyjne, namawiał mnie abym się zapisał na przewodniczącego Związku Młodzieży Socjalistycznej. W konsekwencji było wiadomo, że ja powyżej głównego konstruktora w tej fabryce nie awansuję, bo jako osoba nie zapisana do partii nie spełniałem pewnych kryteriów. Mimo to nie mam prawa mówić, że coś mnie w życiu ciekawego ominęło z tego powodu, że się poświęciłem i nie zapisałem do partii. Na szczęście dane mi było dużo ciekawsze rzeczy robić.

A czy w takim razie zdarzały się na tej ścieżce kariery jakieś problemy lub wyzwania, z którymi musiał Pan się mierzyć w związku ze swoimi wyborami?
Na szczęście nie. Myślę, że heroizm to jest ostatnia rzecz, o jaką mógłbym się posądzić. Jednak to jest tak, że jak się pewne zasady i pewien zespół wartości, jakąś aksjologię przyjmie to człowiek nie ma powodów do rozterek. Poza tym ja nie zabiegałem o wiele rzeczy i sytuacji, ale gdy się już zdarzały po prostu je przyjmowałem.

Można więc powiedzieć, że jest Pan urodzonym optymistą.
Jeżeli jest w człowieku świadomość celów, to determinacja się znajdzie. Dla przykładu, gdy zacząłem być burmistrzem wyznaczyłem sobie trzy cele. Po pierwsze, mamy w Niepołomicach puszczę zasypaną cementem z cementowni i trutą przez hutę, ale mimo wszystko mamy jakiś ekologiczny depozyt, którym się trzeba zająć. Po drugie, mamy zrujnowany zamek i zabytkowy kościół, więc był również depozyt historii. Po trzecie, choć niekoniecznie w tej kolejności, mamy ludzi. Osoby aktywne są zorientowane zawodowo na Krakowie, bo w tamtym okresie spora część mieszkańców Niepołomic dojeżdżała do pracy do Krakowa – głównie do huty. Jednocześnie, starsze pokolenie jest świadome i pamięta o królewskiej przeszłości Niepołomic, natomiast już niekoniecznie widzi te pokrzywy rosnące na dziedzińcu zamku.

Pomyślałem wtedy, że jeżeli chodzi o ludzi, to nie ma sensu się w tej chwili brać za pouczanie kogokolwiek. Chodziło raczej o pracę nad zmianą mentalności, zmianą sposobu myślenia. Dlatego też pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było wręczenie wszystkim pracownikom urzędu i jednostek pomocniczych wypowiedzenia z pracy na pierwszym spotkaniu po objęciu funkcji burmistrza. Wszyscy dostali wypowiedzenie, nikogo nie pominąłem. I powiedziałem: „Jeżeli przez trzy miesiące zrozumiecie co się w Polsce stało, że skończyła się władza publiczna i zaczynamy służbę publiczną , to zostajecie”. Spora część osób została i z tego co wiem do dzisiaj pracują. Więc to zadziałało. Uważałem, że jeżeli ja nie zmienię zachowań urzędników to ludzie nie zrozumieją, że coś się stało w Polsce ważnego.

Druga kwestia, która wtedy była dla mnie ważna, to młodzież. Zaproponowałem radzie miejskiej pierwszą kadencję bez asfaltu. W zamian za to zainwestowaliśmy pieniądze budżetowe w remontowanie, rozbudowywanie i doposażanie szkół. W tamtym czasie w Niepołomicach były prawie wyłącznie szkoły czteroklasowe z nauką na dwie zmiany. Wyjątkiem była jedna większa szkoła tysiąclatka (przyp. szkoła-pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego). Pieniądze zostały także zainwestowane w sale gimnastyczne i komputeryzację. Jeżeli chodzi o to ostatnie to uważałem, że my nie możemy tego pokolenia stracić. Oni już drugi raz nigdy nie będą chodzić do szkoły. Co prawda początkowo miałem ze strony nauczycieli duży opór jeżeli chodzi o komputery. Można powiedzieć, że pierwsze komputery przywieźliśmy do szkół na siłę. Z czasem widać było, że rodzice się przekonali i sami wychodzili z inicjatywną dokupowania kolejnych sprzętów. I ta idea zadziałała. Przez moją pierwszą i drugą kadencję udało się utrzymać zasadę, że na tzw. „cegłę” idzie nie więcej niż 75% wszystkich środków budżetowych przeznaczonych na edukację. Reszta jest inwestycją w sprzęt, w merytorykę, zajęcia dodatkowe czy naukę języków. Za szkoły trzeba zacząć odpowiadać a nie udawać, że to nie jest nasze – czyli samorządu – zadanie.

Pierwsze wybory odbyły się na początku czerwca, a już pod koniec miesiąca miałem przegłosowane decyzje przez rady pedagogiczne we wszystkich szkołach, że szkoły te chcą być samorządowe. Poza tym przejęliśmy także jako zadania własne szkołę zawodową, technikum oraz liceum. I tak jest do dzisiaj, szkoły te nie są zarządzane przez powiat a są zadaniem własnym gminy. W związku z tym mieliśmy podstawy, żeby tak w edukację inwestować. Uważałem, że tym się wygrywa. Muszę powiedzieć, że paru inwestorów udało mi się sprowadzić do Niepołomic właśnie dzięki temu. Po uzgodnieniu z firmą szczegółów nasza szkoła zawodowa w czasie tworzenia projektu i realizacji inwestycji kształciła kadry według ich programu. I tak też jest do dzisiaj. W Polsce trochę zatraciliśmy takie podejście, a świetnie to funkcjonuje chociażby w Niemczech.

W moim odczuciu ludzie będą mieli poczucie, że mają swoją małą ojczyznę, gdy będą mogli mieszkać i pracować w tym samym miejscu.

W przeciwnym razie Niepołomice zostałyby wyłącznie sypialnią Krakowa. Miejscem, gdzie właściwie nie do końca komukolwiek na czymkolwiek zależy.

Także podsumowując, jeżeli się wie co chce się osiągnąć, to jest łatwiej uniknąć poważniejszych błędów, choć oczywiście błędy popełnia każdy, który coś robi. Może to dziwnie zabrzmi, ale czasami może nie warto wiedzieć jak wielkie jest wyzwanie, którego się podejmujemy. Taka wiedza może sprawić, że się tego wyzwania nie podejmiemy. Ja sobie wymyśliłem, że Niepołomice z wyremontowanym zamkiem będą zupełnie innym miejscem niż Niepołomice z ruinami zamku. W związku z tym złożyłem wniosek o jego komunalizację. Przy okazji jeszcze dostałem pięćdziesiąt parę hektarów z Państwowego Funduszu Ziemi. Tak więc było czym rozporządzać. Jak się jednak okazało, wyzwanie, jakim był remont zamku, to było 13 lat bardzo ciężkiej pracy.

Realizacja tak dużego przedsięwzięcia wymagała ogromnej determinacji.
Z punktu widzenia takiego wewnątrzgminnego PR-u, udało się to przeprowadzić podręcznikowo. Pomimo rozkopanego dziedzińca, wielometrowych dołów i kanałów, zawsze pomiędzy pierwszym a trzecim dniem maja organizowaliśmy targi krzewów i kwiatów. W tym czasie mieszkańcy byli wpuszczani na dziedziniec. Oczywiście to wszystko było zabezpieczone, a wykopy i inne ślady remontu zakrywane siatkami maskującymi. Mieszkańcy widzieli jednak proces postępującej rewitalizacji. Widzieli, że coś się dzieje. Mogli obejrzeć jak pod wpływem remontu zmieniają się poszczególne elementy zamku. Gdy została zrobiona brama wejściowa to było uroczyste otwarcie, aby wszyscy mogli wyrobić sobie wyobrażenie o tym, jak może wyglądać całość. Dzięki temu nie miałem w radzie oporów przez tymi wydatkami. Zasada była taka, że inwestujemy w szkoły, place zabaw itp. we wszystkich miejscowościach proporcjonalnie do wpływów podatkowych, ale zamek jest dla wszystkich i się nie wlicza do tej puli podziałowej. A on nas kosztował prawie 100mln złotych, z czego zewnętrznych pieniędzy dostaliśmy może 1,5mln. Remont był więc zrobiony własnymi siłami i środkami. Ale jednocześnie faktem jest, że gdy przyjechali do nas prezesi firmy Royal Canin z Montpellier to przyjmując ich w już wyremontowanym zamku jak tylko weszli na dziedziniec od razu stwierdzili: „To jest piękne miejsce, będziemy tutaj przyjmowali swoich partnerów biznesowych i klientów”. I tak się właśnie dzieje. Zamek się spłacił choćby poprzez to, że był jednym z czynników wizerunkowych przyciągających inwestorów.

Wygląda na to, że ważna jest również umiejętność przekonywania ludzi do idei, do własnych pomysłów.
To jest ważne, tak samo jak rozumienie mechanizmów związanych z public relations i konsultacjami społecznymi. Ważne jest to, żeby się komunikować. Mieszkańcy powinni wiedzieć, co się dzieje w ich gminie, powinni być tym zainteresowani. Wtedy łatwiej realizować ambitne plany.

A czy te 30-35 lat temu miał Pan wizję tego, którędy będą wiodły ścieżki Pana kariery? Wyobrażał Pan sobie, czym będzie się zajmował?
W tamtych czasach na pewno nie mogłem sobie wyobrazić świata, w którym żyjemy mimo, iż jakąś wiedzę na temat istoty samorządu już miałem. W okresie pomiędzy 1982 a 1989 rokiem starałem się zapraszać do Niepołomic ciekawych ludzi zajmujących się różnymi dziedzinami na spotkania w salce przy lokalnej parafii. Opowiadali oni o swoich projektach i przemyśleniach. Byli to ludzie związani między innymi z Tygodnikiem Powszechnym. Potem jeździłem również na wykłady do profesora Waleriana Pańki. On, podobnie jak profesor Jerzy Regulski, prowadził wykłady na temat samorządu z okresu II Rzeczypospolitej. Mówił też między innymi o tym, czym powinien być samorząd w myśl Europejskiej Karty Samorządu Lokalnego. Tak więc w kwestii samej idei samorządności miałem dość dobre przygotowanie. Wiedziałem, jak to wygląda i co to ma być.

Z drugiej strony czasy zmieniły się tak bardzo, że niektórych rzeczy nie sposób było sobie wyobrazić. Gdy koncern Coca-Cola pojawił się w Niepołomicach i trwały rozmowy dotyczące inwestycji, po ponad 110 godzinach negocjacji przedstawiciele tej firmy zażądali przydzielenia pięciu numerów telefonicznych z numerem kierunkowym Krakowa. W tamtym czasie Niepołomice miały jako miasto jeden taki numer – na poczcie. Żeby ten warunek spełnić, musiałem kupić piętnastonumerową wojskową radiolinię. To pokazuje, jak trudno było wyobrazić sobie dzisiejszą Polskę z masztami GSM czy z Wi-Fi.

Nie chcę opowiadać, że byłem wielkim wizjonerem. Wiedziałem czego chcemy, ale jeżeli chodzi o szczegóły i to jakie możliwości się pojawią to nie miałem pojęcia. Kluczowe jest to, żeby mieć dobre przygotowanie, fundament.

W sferze zarządzania na pewno trzeba umieć angażować ludzi, nauczyć się delegowania uprawnień. Jeżeli właściwie się te uprawnienia i obowiązki dobrze deleguje, to można naprawdę dużo zrobić. Trzeba przy tym zarezerwować sobie możliwość zwracania uwagi czy wnikania w detale. Nie po to, żeby kontrolować a raczej wspierać. To jest też kwestia kontaktu z ludźmi i umiejętności prowadzenia dialogu. Grania w otwarte karty. To, czego staram się w obecnym miejscu pracy uczyć swoich pracowników, a co wdrażałem także na poprzednim stanowisku, to zasada, że jak są jakieś problemy to lepiej jest o nich powiedzieć i zastanowić się nad rozwiązaniami.

Czy z perspektywy tych kilkudziesięciu lat doświadczeń wydaje się Panu, że obecnie byłoby łatwiej dojść do tego punktu, w którym się Pan teraz znajduje? A może trudniej?
Teraz rzeczywistość wygląda na pewno inaczej. W momencie, gdy Polska „startowała” dopiero z ideą samorządności po 1989 roku to funkcjonowaliśmy bez wielu ram prawnych i instytucjonalnych. Nie było choćby ustawy o zamówieniach publicznych czy Regionalnej Izby Obrachunkowej. Obecnie to jest trudne do wyobrażenia, ale ja nigdy tyle publicznych pieniędzy nie oszczędziłem, co właśnie wtedy gdy nie było jeszcze ustawy o zamówieniach publicznych. Ona doprowadziła tylko do wzrostu cen. Jako poseł głosowałem świadomie przeciwko tej ustawie. Gdy jako burmistrz ogłaszałem przetarg na budowę odcinka kanalizacji to rozsyłałem zapytanie do wielu firm. Te firmy przysyłały mi oferty. Była wyznaczona godzina otwarcia wszystkich zgłoszeń, na którą przychodzili wszyscy zainteresowani. Po ogłoszeniu wyników prosiłem, aby każdy obecny w przeciągu następnej godziny zastanowił się nad tym, o ile jego firma jest jeszcze w stanie zejść z ceny w stosunku do najlepszej obecnie oferty. I muszę uczciwie powiedzieć, że nigdy tyle pieniędzy nie wynegocjowałem co właśnie przy tego typu okazjach. Obecnie takie działanie jest zabronione.

Czy to znaczy, że te warunki pracy samorządowca są jednak obecnie trudniejsze?
Na pewno trudniejsze. Mógłbym podać liczne przykłady. Cały system skonstruowany jest niestety w oparciu o domniemanie powszechnej korupcji i różnego typu zmów. Jest więc trudniej, bo te dwadzieścia parę lat wcześniej kilka takich pionierskich rzeczy w swoich samorządach mogliśmy zrobić. Obecnie tego typu działania byłyby nie do pomyślenia. Choćby przywołany tutaj przykład wręczenia wszystkim w urzędzie wypowiedzenia z pracy. Mowy nie ma, żeby teraz ktokolwiek mógł taki manewr wykonać. Wtedy ramy prawne dopiero się tworzyły, więc to było możliwe. W podobny sposób powstawała tzw. gospodarka komunalna w Niepołomicach. Pewnego roku w listopadzie dostałem telefon, że mogę otrzymać jakieś pieniądze pod warunkiem, że wydam je do końca roku. I tak następnego ranka pojechałem do wojewody ówczesnego województwa krakowskiego po weksel. Chciałem zrobić kanalizację, ale nie było szans na zakup jakichkolwiek materiałów czy sprzętu. Nic się nie dało dostać od ręki. Zadzwoniłem więc do znajomego w Goeteborgu, że potrzebuję maszyn. Pojechałem tam i w przeciągu jednej nocy objechaliśmy trzy bazy. Zakupiłem wtedy dwa autobusy, trzy ciężarówki, spychacz gąsiennicowy itd. Tak właśnie udało się stworzyć zaplecze dla zakładu gospodarki komunalnej. W chwili obecnej byłoby to marzenie ściętej głowy.
Należy równocześnie powiedzieć, że są obecnie takie miejsca, gdzie na przykład ze względu na rozbudowę sieci autostrad i węzłów komunikacyjnych nagle otwierają się kolosalne możliwości inwestycyjnych. Tego typu prezentów nie mieliśmy.

Skoro świat tak bardzo się zmienił, to jakie kompetencje są obecnie Pana zdaniem kluczowe, aby działać w dziedzinie samorządu lokalnego? Czy obecnie potrzeba czegoś innego, czegoś więcej aby osiągnąć sukces?
Nie chcę używać górnolotnych sformułowań ale mam absolutne przekonanie, że jeżeli chodzi o działalność biznesowo-społeczną to trzeba zrozumieć, iż w samorządzie nie ma rzeczy nieważnych. A jak nie ma rzeczy nieważnych, to nie może nowy chodnik konkurować z domem kultury czy z miejscem, w którym ludzie się spotykają. Można powiedzieć, że jeżeli nie masz takiego holistycznego podejścia do tematyki, za którą się chcesz zabrać, to na czymś przegrasz. Wszystko jest ważne. Trzeba bezwzględnie uczyć się takiego podejścia.

A czy warto przestrzec młodych liderów przed jakimiś pułapkami, mieliznami czyhającymi na nich na tej ścieżce?
Patrząc z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że kto nie ryzykuje ten nie wygrywa. Jeżeli się chce, żeby wszystko było tak do końca pewne i przygotowane, to jest to niemożliwe. Zadania, projekty czy szeroko rozumiany rozwój realizuje się wspólnie z innymi ludźmi. Jeżeli nie posiadamy umiejętności przekonania ich, zapalenia do jakiejś idei, to oni nie pójdą za nami. Jeżeli coś przed nimi ukryjemy, jakieś ryzyka, to słusznie zrobią gdy nas wystawią gdy sprawa wyjdzie na jaw. Bo to było oszustwo. Warto o tych rzeczach pamiętać, bo tam właśnie czyhają pułapki oddalające nas od sukcesu.

Ważne jest również to, aby nie ulec chorobie ambicji. Jest ona niezbędna, ale musi być kontrolowana. Jeżeli nie będzie, to można się zatracić w dążeniu do sukcesu, wypalić, popaść we frustrację. Dobrze jest przejść pewne ścieżki krok po kroku. Znaleźć swoje miejsce, niekoniecznie na samej górze.

A jak to będzie wyglądało powiedźmy za 20 lat? Z jakimi wyzwaniami będą się musieli zmierzyć przyszli liderzy, w tym przypadku np. samorządowcy? Jakich będą potrzebowali kompetencji?
Wyzwania będą ogromne. Wiąże się to między innymi z rozwojem nowych technologii, a co za tym idzie zmianą kultury, choćby obszarze form komunikowania się. Po pierwsze, jak można obecnie obserwować, ciągle rośnie przyzwolenie na agresję w internecie oraz poza nim i nie wiadomo kiedy się to zatrzyma. Trudno się przed tym bronić. Po drugie, rośnie świadomość obywateli a co za tym idzie ich roszczenia, które niestety wyrażane są często w formie brutalnego ataku na liderów. Po trzecie, nie widać na horyzoncie nowych autorytetów. Autorytety, które były powszechnie uznawane zostały w dużej mierze zdezawuowane, czasem wręcz wdeptane w błoto.

Często tłumaczę swoim kolegom samorządowcom: „Jeżeli widzisz, że na twoim plakacie ktoś wydłubał oko i to oko Cię boli, to uciekaj z polityki bo się nie nadajesz”. Do polityki trzeba mieć pewien rodzaj gruboskórności, odporności. Tylko nie mam pewności, czy ta gruboskórność dzisiaj jeszcze wystarcza. Pojawia się bowiem taki problem, że o ile ja mogę być odporny na personalne ataki, o tyle nie mam absolutnie gwarancji, że moja żona i dzieci tą odporność mają i to wytrzymają. To jest w moim przekonaniu ogromne wyzwanie i ryzyko, które chyba z czasem będzie narastało.

Nie umiem też powiedzieć w którym kierunku pójdzie Polska, a obserwuję bardzo negatywne symptomy głębokich podziałów społecznych. Zaczynamy żyć jak dwa wrogie wobec siebie plemiona. Trudno to zmienić, bo każdy wchodzący do świata polityki niestety w dużym stopniu musi przyjąć panujące tam obecne reguły gry. W dzisiejszej polityce trzeba być nosorożcem. Najuczciwiej będzie powiedzieć, że ja niestety nie mam na to recepty. Wiem natomiast, że w publicznym dyskursie bierze udział znacznie więcej skrajnych osobowości, niż statystycznie wygląda ich rozkład w społeczeństwie. Niestety zbyt często posłuch zdobywają osoby, które nie mają wobec siebie krytycyzmu i samokontroli. Dlatego strasznie trudno z takimi osobami rywalizować komuś, kto zachowuje nad sobą kontrolę. W różnych miejscach na świecie dochodzą dochodzą różnego typu ekstremizmy. Z tym trzeba będzie się zmierzyć. Jako optymista zawsze wierzyłem, że świat staje się coraz lepszy. Oczywiście media masowe na bieżąco informują nas częściej o złych niż dobrych rzeczach, choć w moim odczuciu tych drugich jest ich więcej.

Chciałbym więc zakończyć rozmowę taką refleksją i nadzieją. Ludzkość się zmienia, faluje i raz na jakiś czas dochodzi do przesileń, czego przykładem może być Rewolucja Francuska. Po tych przesileniach następuje refleksja nad tym, co ludzie zrobili, do czego doprowadzili. Następuje przebudzenie, front odnowy i powrotu do źródeł. W tym jest moja nadzieja. Nadzieja, że pojawi się więcej takich osób jak na przykład Papież Franciszek. Potrzebni są nam ludzie otwarci na świat, wyznający uniwersalne wartości.

*

Rozmowę przeprowadził Wojciech Kowalik – Socjolog zatrudniony na Wydziale Zarządzania AGH, współpracownik Fundacji Warsztat Innowacji Społecznych. Jego zainteresowania lokują się na przecięciu dwóch dziedzin: nauk o zarządzaniu oraz socjologii. Zajmuje się zagadnieniami polityki społecznej i kulturalnej w kontekście ich potencjału w tworzeniu kapitału społecznego oraz rozwoju lokalnego. Zajmuje się również tematyką społeczno-kulturowych aspektów przemian wynikających z rozwoju nowych technologii oraz problematyki adaptacji osób starszych do tych zmian. Brał udział w kilkunastu projektach badawczych. Autor licznych ekspertyz, raportów oraz artykułów naukowych.

_________
1Komitet Obywatelski „Solidarność” (pierwotnie Komitet Obywatelski przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność” Lechu Wałęsie) – półlegalna organizacja zawiązana 18 grudnia 1988. Po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu i zatwierdzeniu decyzji o wyborach parlamentarnych na 4 czerwca 1989 komitet przekształcił się w spontaniczny ogólnopolski ruch zwolenników zmian ustrojowych w Polsce (wikipedia).

NO COMMENTS

POST A COMMENT