Home / Wywiad  / W służbie dla Wspólnoty – Zofia Oszacka

W służbie dla Wspólnoty – Zofia Oszacka

Zofia Oszacka

W latach 2002-2014 Wójt Gminy Lanckorona. Wielokrotnie wyróżniana za swoją działalność samorządową – została odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi przez Prezydenta RP, otrzymała także tzw. Samorządowego Oskara, została wybrana Człowiekiem Roku Gazety Krakowskiej w 2010 r., a zarządzanej przez nią gminie przyznano tytuł Lidera Małopolski 2013 „za wypracowanie marki „Lanckorona”, której beneficjentami są wszyscy Mieszkańcy i Przedsiębiorcy działający na terenie samorządowej „Wspólnoty”. Zwolenniczka oddolnych inicjatyw, aktywnego uczestnictwa Mieszkańców w życiu Gminy, współpracy międzynarodowej, regionalnej i lokalnej.

***

Rozmowa z Zofią Oszacką to historia pokazująca, jak wiele prawdy jest w powiedzeniu, że kropla drąży skałę. Jest to rozmowa o kształtowaniu się idei i krokach do jej realizacji. Opowieść Zofii Oszackiej to przykład, jak swoją codzienną pracą można zmieniać miejsce, w którym się żyje i które się kocha.

***

Wojciech Kowalik: Jak rozpoczęła się Pani działalność w organizacjach trzeciego sektora, a potem w samorządzie?

Zofia Oszacka: Tak naprawdę trzeba by sięgnąć do czasu, który spędziłam w Stanach Zjednoczonych, gdzie zachwyciła mnie zdolność ludzi do samoorganizacji i do brania spraw w swoje ręce, na poziomie wspólnot różnych wielkości. Będąc w Stanach Zjednoczonych kimś z zewnątrz, starałam się zrozumieć, jak to jest, że ludzie potrafią sami, w bardzo kulturalny, miły sposób organizować różne rzeczy w swoich społecznościach, dobrze się przy tym bawiąc. Pracowałam wówczas w liniach lotniczych i często w latach 1990-1993 bywałam w Polsce. Obserwowałam, jak szybko Polska zaczęła się wtedy zmieniać. Postanowiłam wrócić i zacząć działać na rzecz jej budowy czy też odbudowy, korzystając z dobrych wzorców amerykańskich. Ponieważ pracowałam w liniach lotniczych, te przyjazdy były bardzo częste. Kiedyś mój Tato przywiózł mnie do Lanckorony, żeby kogoś odwiedzić.

Zobaczyłam Lanckoronę – prześliczną miejscowość, i dostrzegłam wielki, ukryty potencjał. Poczułam, że to miasteczko trzeba obdarzyć miłością i szczególną opieką po to, aby rozkwitło.

Od tego momentu wszystkie działania i życiowe decyzje, które podejmowałam zogniskowały się w Lanckoronie, gdzie mieszkam i pracuję.

Czyli to był impuls?
Tak. A potem pojawiła się możliwość kupna przez moich Rodziców starego, zniszczonego domu i w roku 1991 rozpoczął się jego remont. Trwa do dziś…

Często tak bywa.
To moje hobby. Jeśli spytać mnie o zainteresowania osobiste, to oscylują one wokół architektury, architektury wnętrz, ogrodów… To wszystko znalazłam właśnie w Lanckoronie. Mogłam realizować swoje pasje. Jako sposób na życie, założyłam wówczas, w 1994 roku, chyba pierwszą w Polsce wypożyczalnię rowerów górskich. Idea wypożyczalni rowerów była wtedy obca, ludzie dziwili się, a dochody nie były wysokie, natomiast dało to początek pewnego trendu. Społeczność powoli otwierała się na nowości. Potem przy wypożyczalni powstała przytulna kawiarenka, która stanowiła pewnego rodzaju centrum aktywności lokalnej. Równocześnie reaktywowało się Towarzystwo Przyjaciół Lanckorony, istniejące od lat 60-tych. Założył je Profesor Antonii Krajewski, któremu Lanckorona bardzo dużo zawdzięcza. Właśnie po transformacji, na fali zmieniającej się gospodarki i chęci ludzi zaangażowania się w sprawy lokalne, Towarzystwo Przyjaciół Lanckorony potrafiło zgromadzić krąg osób, które chciały działać na rzecz pięknego miasteczka i Gminy. Jednym z pierwszych przejawów zaangażowania było założenie pisma „Kurier Lanckoroński”. Istnieje do dziś i w tym roku będziemy obchodzić jego 20-lecie. Nawet prasoznawcy uznają, że nie ma drugiego takiego pisma na świecie. Jego oryginalność polega przede wszystkim na szacie graficznej autorstwa pana Kazimierza Wiśniaka, jednego z założycieli Piwnicy Pod Baranami, reżysera, scenografa, artysty, malarza. Jest tam bogactwo wiedzy o historii Lanckorony i teraźniejszości. To swoista kronika losów Lanckorony, spisywana na bieżąco a równocześnie nawiązująca do czasów przeszłych. Pan Kazimierz Wiśniak spędza mnóstwo czasu w archiwach, bibliotekach wyszukując materiały o Lanckoronie. Myślę że gdyby nie pan Wiśniak, pisemko nie miałoby szansy, by tak długo przetrwać.

A czy w tych pierwszych próbach zakorzenienia się i działania w ramach Towarzystwa Przyjaciół Lanckorony były jakieś punkty krytyczne, momenty, które zdecydowały, że Pani już w pełni się zaangażowała i weszła w to? Czy były jakieś czynniki, które zadecydowały o sukcesie?
Te początki stanowiły dopiero punkt wyjścia do dalszych działań. Kawiarenka i wypożyczalnia były świetnym miejscem spotkań, ale nie przynosiły dochodów, które pozwalały na codzienne życie. Musiałam podjąć decyzję o rozpoczęciu pracy w Krakowie. Okazało się, że była to dobra decyzja, bo rozpoczęłam pracę w Fundacji Partnerstwo Dla Środowiska, gdzie wiele się nauczyłam. Jej działalność polegała na wspieraniu budowy społeczeństwa obywatelskiego w oparciu o lokalne projekty związane z ochroną miejscowych wartości przyrodniczych i kulturowych. Fundacja finansowała projekty angażujące lokalne społeczności, na partnerskich warunkach, w rozwiązywanie problemów ekologicznych. Chodziło o przygotowanie nas wszystkich do czasów, kiedy Polska stanie się członkiem Unii Europejskiej, kiedy konieczne będzie zupełnie nowe, inne podejście zarówno do warunków finansowania, jak i sposobu zaangażowania w projekty. Skończyłam wtedy dwuletnie Studium Zarządzania Funduszami Strukturalnymi przy Fundacji Edukacji Ekonomicznej w Warszawie. Fundacja powierzyła mi stanowisko Kierownika do spraw rozwoju.

Czym się Pani tam zajmowała i jak to wpłynęło na dalszą karierę?
Zajmowałam się pozyskiwaniem funduszy na działalność samej fundacji jak i na projekty realizowane w małych społecznościach w całej Polsce. Mieliśmy wiele pracy i bardzo interesujące projekty, jednak pewnego dnia pojawiła się ciekawa sytuacja, która spowodowała decyzję o podjęciu kolejnego kroku w ramach mojego osobistego rozwoju. Zgłosiła się do nas pewna firma – duży, zagraniczny inwestor, który zapragnął budować w Krakowie centrum handlowe i miał duże problemy z protestami ekologów. Firma chciała abyśmy wystąpili w roli mediatora. Po wielu rozmowach okazało się, że organizacje sprzeciwiające się budowie, są równocześnie beneficjantami Fundacji. Znaleźliśmy się jako Fundacja w sytuacji konfliktu interesów i zmuszeni byliśmy się wycofać. Wtedy inwestor zaproponował mi pracę w strukturach firmy tak, abym samodzielnie wzięła na siebie kwestię rozwiązania konfliktu. I tak z organizacji pozarządowej, która robi wspaniałe rzeczy, przeszłam do biznesu, kierowana ciekawością i przekonaniem o konieczności mobilności, także, a może przede wszystkim – w sferze zawodowej.

Odważna decyzja. Nie bała się Pani tego kroku?
W tym momencie uważałam, że nauczyłam się w Fundacji tak dużo, że zdołam choć w niewielkim stopniu zaszczepić pewne wartości także w biznesie, pracując na rzecz rozwiązywania konfliktów społecznych. Zostałam menadżerem Public Relations i rzecznikiem prasowym firmy. Najważniejsze zadanie, jakie wtedy postawiono przede mną, było spotkanie i rozmowa z mieszkańcami, którzy byli bardzo negatywnie nastawieni do inwestycji i negocjacja z organizacjami ekologicznymi w sprawie rozwiązania konfliktu. Intencje ekologów były kryształowo czyste i dlatego do dziś budzą oni mój szacunek. W wyniku tych negocjacji powstał fundusz, w partnerstwie firmy, Gminy i stowarzyszeń ekologicznych, którego celem było finansowanie małych projektów zieleni w całym mieście. Tęskniłam jednak za Lanckoroną. Przyszedł rok 2002 i pojawiła się możliwość wzięcia udziału w pierwszych bezpośrednich wyborach na wójta, a ja zdecydowałam się podjąć to wyzwanie. Uważałam, że moje doświadczenie w zarządzaniu funduszami, pozyskiwaniu środków itd., okaże się dla Gminy korzystne. Towarzystwo Przyjaciół Lanckorony zwróciło się z propozycją, abym z jego Komitetu Wyborczego została kandydatką na wójta. Pomyślałam – dlaczego nie? Byłam pełna energii i optymizmu. Podkreślam znaczenie pozytywnego nastawienia.

Właśnie wewnętrzna pasja wraz z optymizmem to pierwszy warunek, aby w ogóle zacząć myśleć o pracy w samorządzie.

Kiedy dziś obserwuję, jak w wielu przypadkach motywacją do startu w wyborach jest bunt, zawiść i wściekłość, to takim kandydatom nie wróżę sukcesu. Podczas pierwszych wyborów udało mi się wygrać w drugiej turze. W kolejnych wyborach wygrywałam już w pierwszych turach, a przy kończącej się teraz kadencji, co zachęca do pewnych podsumowań, myślę sobie, że to były najwspanialsze lata w moim życiu. Dwanaście lat wójtowania – to nieprawdopodobnie satysfakcjonująca, ciekawa, angażująca praca, dająca możliwość samorealizacji przy równoczesnym poczuciu, że robi się coś dobrego dla innych. To fantastyczne zajęcie, chociaż równocześnie bardzo trudne.

Co według Pani spośród wszystkich doświadczeń i umiejętności zdecydowało o sukcesie, o tym, że znajduje się Pani w tym miejscu?
Pytam sama siebie – co to jest sukces? Kojarzy się on z osiągnięciem jednego, założonego celu. W pracy samorządowca takiego jednego celu nigdy się nie osiąga, bo specyfika tej pracy to raczej droga dochodzenia do pewnych zamierzeń – droga wyznaczona wieloma celami, które świecą niczym drogowskazy.

Ta praca i ta droga nigdy się nie kończy, więc sukcesem jest przede wszystkim podjęcie wyzwania ze świadomością, że wspomniana droga, oprócz celów – drogowskazów, usłana jest trudnościami i od czasu do czasu – małymi sukcesami.

Myślę, że najistotniejsze jest własne pozytywne nastawienie do tego co się robi. Kompetencje – tak, ale to jest coś, czego można się nauczyć. Na początku takiej służby, bezpośrednio po wyborach, dostaje się ogromny kredyt zaufania, wręcz na wyrost, wszyscy czegoś oczekują, ale równocześnie w tym oczekiwaniu jest jakaś siła wznosząca, ona dodaje skrzydeł. Ludzie rzeczywiście życzą człowiekowi dobrze, żeby się wszystko udało… To jest na początku wspaniałe, ale to się kończy. Potem już są oczekiwania konkretnych rezultatów, a wiadomo, że nie wszystkie oczekiwania można spełnić. Pojawiają się pierwsze, bolesne upadki, konfrontacje. Wtedy pojawia się niebezpieczeństwo pod postacią rozgoryczenia, smutku. Temu nie wolno się poddać. Wartością okazuje się wówczas samoświadomość swoich mocnych i słabych stron, radzenie sobie w sytuacjach stresowych. Konieczny jest system wsparcia wśród rodziny, przyjaciół, współpracowników, bo to dodaje siły i sprawia, że łatwiej pokonujemy trudności.

Czy Pani 25 lat temu miała wizje tego, gdzie się znajdzie za te 25 lat, albo jak będzie wyglądała ta kariera? Czy miała Pani jakiś plan, szkic, lub konkretną wizje?
W kontekście pracy samorządowca, słowo – kariera jest nieodpowiednie. To służba. 25 lat temu miałam marzenia. Wszystko zaczęło się od marzeń i wewnętrznego pragnienia, że ma być pięknie. Mówimy o Lanckoronie. Na pewno kierowała mną fascynacja małymi miasteczkami, małymi wspólnotami, których zawsze w czasie podróży poszukiwałam i starałam się poczuć ich klimat. Widziałam ich wiele – w Stanach Zjednoczonych to były miejscowości w Nowej Anglii, w północnej Kaliforni, w Nowym Meksyku. W Stanach Zjednoczonych małe miasteczka odbiera się ze szczególnym zachwytem, bo stanowią znakomity kontrast w stosunku do większości kraju, który pokryty jest głównie prostymi drogami, skrzyżowaniami ze stacjami benzynowymi i nijaką zabudową. Najpiękniejsze jednak są miasteczka europejskie – w Toskanii, Prowansji, Bretanii, w całej Europie.

Kiedy trafiłam do Lanckorony, poczułam, że tu też jest jakaś wyjątkowość, coś, czego nie ma żadne inne miasteczko w Polsce, że może tu być także „europejsko”, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Czy były jakieś szczególnie trudne sytuacje? Trudności na początku drogi?
Ależ oczywiście, natychmiast… Tak zwany kubeł zimnej wody! To była przede wszystkim konfrontacja marzeń z ustawodawstwem – nie wszystkie marzenia i plany można zrealizować, bo ramy prawne są bezlitosne i nie każde działanie można podjąć. Moim zdaniem, do tej pory, to nie pieniądze są problemem, ale przepisy, które w wielu przypadkach ograniczają. Bardzo szybko zostałam ściągnięta na ziemię. Z konsultacjami społecznymi nie miałam większych problemów, bo tego nauczyłam się wcześniej. Potem przyszły dodatkowe nauki: że jeśli jest problem nie dźwigaj go sama, miej wokół siebie ludzi, z którymi wspólnie go rozwiążesz. Dobra współpraca z Radą Gminy, dobre relacje z pracownikami, rozmowy z ludźmi – to najlepsze, co można zrobić, by można było budować i tworzyć.

A czy kiedyś było łatwiej bądź trudniej dojść do tego co Pani osiągnęła w porównaniu do dzisiejszych czasów?
Nie wiem, czy jestem w stanie obiektywnie to ocenić dlatego, że ja sama w tym czasie również się zmieniłam. Jestem w tej chwili w mniejszym stopniu marzycielką, a bardziej realistką. Na początku wydawało mi się, że nie ma rzeczy niemożliwych. W tej chwili dostrzegam ograniczenia i nie wiem, czy jest ich więcej niż na początku, czy ja sama jestem bardziej dojrzała i doświadczona i przez to więcej widzę, trafniej pewne sprawy oceniam.

Czy w takim razie ta zmiana to kwestia wyłącznie indywidualna, czy coś też zmieniło się w warunkach społecznych, gospodarczych?
Zmieniło się na pewno – wszyscy to widzimy na co dzień. Polska wypiękniała, samorządy dokonały ogromnego skoku cywilizacyjnego i pod tym względem zmiany są pozytywne . Z drugiej strony, jest dużo trudniej, bo członkostwo w Unii Europejskiej i pragnienia społeczne wymagają przejrzystości i jawności procedur, co powoduje, że wszystko jest obwarowane do bólu. My się przeciwko temu buntujemy, my tego nie lubimy, to nam utrudnia życie, ale sami tego chcieliśmy. Procedury antykorupcyjne, które miały nas wszystkich zabezpieczyć , zapewnić, że procesy są szczelne na nieprawidłowości, że są jawne i przejrzyste spowodowały, że się potwornie usztywniliśmy i poniekąd sparaliżowaliśmy. Nasze ustawodawstwo skonstruowane zostało nie dla 99% uczciwych, ale dla 1% kombinatorów. Wydaje mi się, że na początku było rozpasanie postkomunistyczne, przeciwko któremu zbuntowaliśmy się, ale obecnie sprawy zaszły za daleko i uczciwi płacą ogromną cenę za ułamek działalności oszustów. Zbudowaliśmy system obronny, antykorupcyjny, który nie tylko odebrał nam swobodę i radość działania, ale i sparaliżował, ograniczył możliwość podejmowania słusznych decyzji. Czuję intuicyjnie, że stoimy obecnie na progu wytrzymałości w tej sprawie. Mam nadzieje, że pozytywne przesilenie pojawi się wraz ze wzrostem zaufania społecznego. Ono może powstać w wyniku dobrej współpracy pomiędzy różnymi środowiskami, pomiędzy ludźmi, pomiędzy klasą polityczną a społeczeństwem. Tylko wtedy zbędne obwarowania będzie można odrzucić. Społeczeństwo idealne dla mnie to takie, w który ludzie sobie ufają. Kiedy inni dają komuś mandat do podejmowania decyzji w imieniu Wspólnoty, to wierzą, że te decyzje będą dobre, bez podejrzeń o złe zamiary. To jest problem ewolucyjny. Myślę, że jest to coś, do czego społeczeństwo w skali globalnej być może podświadomie dąży i kiedyś do tego dojdzie. Pięknie pisze o tym Prof. Piotr Sztompka w swojej książce o zaufaniu. To jest zdecydowanie temat do rozważań dla naszych przyszłych przywódców politycznych.

A jak Pani widzi Polskę za 20 lat w obszarach, w których Pani działa?
Obserwuję od pewnego czasu próby zredefiniowania tożsamości na każdym szczeblu. Jest to proces konieczny zarówno dla sektora publicznego, jak i dla organizacji pozarządowych i sektora przedsiębiorczości. Wszyscy mamy swoją rolę do spełnienia, ale w zakresie swoich kompetencji. Musimy pracować nad pojęciem partnerstwa, bo ono jest u nas bardzo niedojrzałe. Zbyt wiele jest postaw roszczeniowych – wszyscy w stosunku do wszystkich. Konieczna jest współpraca, ale bez zacierania tożsamości każdego z tych sektorów. Wszyscy mamy swoje role do spełnienie, ale efekty może przynieść jedynie synergia w działaniu i harmonijna współpraca, a nie wzajemne oczekiwania i pretensje. Moim zdaniem naturalnym – już teraz – partnerem samorządu, są organizacje pozarządowe, które mogą wypełniać wiele zadań specyficznych do tej pory tylko dla samorządu – np. zadania w zakresie kultury, edukacji, oświaty, pomocy społecznej itd. Brak jest struktury samorządu gospodarczego, który odgrywałby komplementarną rolę w takim trójkącie – samorząd-NGOs-biznes. W obecnej chwili wszelkie relacje samorząd – biznes budzą wątpliwości i podejrzenia, które uniemożliwiają dobrą współpracę.

W jakiego typu kompetencje powinniśmy wyposażyć tych, którzy dopiero za jakiś czas będą liderami? Czy patrząc z obecnej perspektywy my ich dobrze kształcimy, czy dobrze podchodzimy do kreowania nowych liderów?
Myślę, że na pewno znakomitym punktem wyjścia do pracy w służbie publicznej jest działalność w organizacjach pozarządowych. One dają możliwość obycia w kwestiach społecznych, zdobycia rozległej, horyzontalnej wiedzy na temat mechanizmów zarządzania w sferze publicznej i rozwijania wrażliwości na kwestie społeczne. Konieczne są także techniczne umiejętności, na przykład w pozyskiwaniu środków na finansowanie działalności czy zarządzanie projektami. Tego też można się nauczyć w organizacjach. I to jest podstawa. Poza tym ważne jest zaangażowanie społeczne, praca z ludźmi.

Młodzi liderzy szybko nauczą się, że służba publiczna to nie zaszczyty i władza, ale ciężka praca z ludźmi.

Trzeba dużo rozmawiać, słuchać, trzeba ich rozumieć, wykazywać empatię. Przydaje się umiejętność powiedzenia „nie”, asertywność. To bywa przykre, ale nie zawsze można pomóc, nie każde oczekiwanie można spełnić. Rolą samorządu jest zabezpieczanie potrzeb zbiorowych, Nie indywidualnych, choć na te zbiorowe składają się oczywiście też kwestie indywidualne, ale często pozostają one w konflikcie. Dlatego ważna jest także umiejętność mediacji.

W takim razie rozumiem, że młodzi liderzy, którzy chcą się zaangażować w działalność publiczną powinni od najmłodszych lat zacząć działać wśród ludzi, w ogóle w sektorze pozarządowym i ten proces naturalnej edukacji poprzez działanie „learning by doing”. A może jest coś co można zrobić, żeby ci liderzy przyszłości byli odpowiednio wyposażeni?
Temu służy praca w grupie. Często spotykamy się z zarzutem, że jako społeczeństwo nie mamy umiejętności pracy zespołowej i wspólnego dochodzenia do rozwiązania problemów. Bardzo pomocna jest także wewnętrzna zdolność i skłonność do mobilności, która kojarzy się z elastycznym podejściem zarówno do własnego osobistego rozwoju jak i do fizycznego przemieszczania się w miejsca, gdzie możemy się realizować. Taka postawa prędzej czy później przynosi satysfakcję i poczucie przynależności do świata i ludzi.

*

Rozmowę przeprowadził Wojciech Kowalik – Socjolog zatrudniony na Wydziale Zarządzania AGH, współpracownik Fundacji Warsztat Innowacji Społecznych. Jego zainteresowania lokują się na przecięciu dwóch dziedzin: nauk o zarządzaniu oraz socjologii. Zajmuje się zagadnieniami polityki społecznej i kulturalnej w kontekście ich potencjału w tworzeniu kapitału społecznego oraz rozwoju lokalnego. Zajmuje się również tematyką społeczno-kulturowych aspektów przemian wynikających z rozwoju nowych technologii oraz problematyki adaptacji osób starszych do tych zmian. Brał udział w kilkunastu projektach badawczych. Autor licznych ekspertyz, raportów oraz artykułów naukowych.

NO COMMENTS

POST A COMMENT