Home / Wywiad  / W pogoni za cyfrowym marzeniem – Prof. Ryszard Tadeusiewicz

W pogoni za cyfrowym marzeniem – Prof. Ryszard Tadeusiewicz

Prof. Ryszard Tadeusiewicz

Profesor Akademii Górniczo-Hutniczej, trzykrotny Rektor tej uczelni. Jest również Prezesem Krakowskiego Oddziału Polskiej Akademii Nauk. Biocybernetyk – autor ponad 100 książek, ponad 800 artykułów naukowych i ponad 500 prac popularnonaukowych. Promotor 70 doktorantów, recenzent ponad 300 rozpraw doktorskich, ponad 150 habilitacji i blisko 150 wniosków profesorskich. Doktor honoris causa 12 uczelni krajowych i zagranicznych.

***

Profesor Tadeusiewicz pokazuje swoim przykładem, że zajmowanie się „bzdurami” także może mieć głęboki sens. Rozmowa z nim do zagłębienie się w świat maszyn, cyfr i komputerów, które stanowią wyraz podążania w życiu za własnymi pasjami i marzeniami, często wbrew logice i naciskom otoczenia.

***

Wojciech Kowalik: Jak się rozpoczęła Pana kariera, jak to wyglądało na samym początku?

Prof. Ryszard Tadeusiewicz: Rozpoczęła się nieoczekiwanie. Nieoczekiwanie w podwójny sposób. Kończąc studia nie bardzo liczyłem się z pozostaniem na uczelni. Chciałem tego bardzo, ale ponieważ byłem z prowincjonalnego liceum w Myślenicach, więc nie miałem tutaj żadnych kontaktów, nie miałem żadnego poparcia. Wśród moich kolegów były osoby, których rodzice byli profesorami, czy na AGH czy na Politechnice Krakowskiej, i oni w tym wyścigu mieli „fory” – jakby parę metrów przewagi. Nie spodziewałem się więc tego, że zostanę na uczelni. Już nawet zacząłem sobie przygotowywać pracę w zakładzie przemysłowym. No i w dniu, w którym skończyłem obronę magisterską, Profesor Górecki, kierownik katedry, którą teraz po nim przejąłem, powiedział mi tak zupełnie mimochodem: „Panie Ryśku ja już potwierdziłem, że Pan się zgłosił”. A ja mówię, tak: „Panie Profesorze, ale gdzie ja się zgłosiłem?” „No do pracy”. Okazało się, że zostałem przyjęty do wymarzonej katedry zanim zdołałem o to poprosić! Ten pierwszy krok był więc zaskakujący. Profesor Górecki, mój mentor i wzór do naśladowania, był jednak silnie związani z przemysłem ciężkim, wydobywczym, natomiast mnie od samego początku fascynowały komputery, które jeszcze wtedy nie nazywały się komputerami tylko „maszynami cyfrowymi”. Interesowały mnie także zagadnienia, które obecnie się nazywają biocybernetyką. Budowałem różne modele matematyczne (a potem również komputerowe) systemów biologicznych, np. systemu nerwowego czy narządów zmysłu. Na przykład doktoryzowałem się z tego, że zbudowałem bardzo dokładny model systemu słuchowego czyli, ucha człowieka.

Krótko mówiąc, interesowały mnie rzeczy bardzo odległe od tego co wtedy było takie mainstreamowe.


Czyli Pana osobiste zainteresowania, niekoniecznie w tamtym czasie najpopularniejsze, nie stanęły na przeszkodzie w rozwoju naukowym?
Wszyscy zajmowali się ciężkimi maszynami napędowymi, jakimiś tam wyciągarkami kopalnianymi, czy walcarkami – a ja się interesowałem „bzdurami”. na przykład tym, jak przebiegają sygnały w komórce nerwowej i jak to można zamodelować. Profesor Górecki trochę mnie strofował, mówiąc: „To nie ma perspektyw, to nie ma przyszłości! Tu Pan widzi: to jest maszyna, ona ma 400 kilowatów mocy! Zajął by się Pan tym, to jest temat na doktorat”. Ale ja się jednak trzymałem mojego zamiłowania. No i wyszło na moje! Ciężkimi napędami mało kto się dziś zajmuje naukowo, a o sieciach neuronowych mówi cały świat!

Profesor Górecki nie podzielał moich fascynacji naukowych, ale mnie wspierał w ich realizacji. W 1971 roku skończyłem studia, a już w 1975 obroniłem doktorat. W tamtych czasach to był bardzo szybki awans naukowy. W dodatku zanim jeszcze zrobiłem doktorat zdarzył się pewien ewenement. Mianowicie została utworzona na AGH Samodzielna Pracownia Biocybernetyki i mnie zostało powierzone kierownictwo tej pracowni. Oczywiście formalnie byłem PO kierownika, ale i tak byłem chyba jedynym magistrem na tej uczelni, który kierował samodzielną jednostką naukową.

Jaka jest więc recepta na sukces?
Zapytał mnie Pan, jak ja odniosłem sukces. Była to droga od jednej do drugiej niespodzianki. Najpierw niespodzianka miejsca pracy – wymarzonego, ale takiego na jakie nigdy nie liczyłem. Potem niespodzianka tego, że pozwalano mi się zajmować tym, czym się interesowałem, mimo że to wydawało się wtedy bez perspektyw. Po doktoracie z automatyki zacząłem studia medyczne, czego na AGH nie popierano (rektor odrzucił z oburzeniem moją prośbę o obniżkę pensum dydaktycznego) ale też mi nie zabraniano. Robiłem stale to co bardzo pragnąłem robić, w związku z tym wydaje mi się, że robiłem to dobrze i z przekonaniem. I to przynosiło owoce. Jednocześnie miałem to szczęście, że się „wstrzeliłem” w coś, co wtedy dopiero kiełkowało. informatyka się dopiero rozwijała, biocybernetyka była w jakichś tam „bocianich projektach”, a tymczasem potem to wszystko nagle okazało się bardzo ważne – i mnie wyniosło do góry.

Czy w oparciu o własne doświadczenia mógłby Pan poradzić młodym ludziom, w co powinni inwestować, w jaki sposób powinni się zachowywać, jakich dokonywać wyborów, żeby się rozwijać?

Na moim przykładzie mogę powiedzieć tylko jedno: warto się wsłuchiwać w siebie oraz warto iść za swoimi pragnieniami i marzeniami, nawet wtedy gdy się wydaje, że one są troszeczkę irracjonalne.

Nie warto się kusić obietnicami, że prawdziwa kariera czeka gdzie indziej. Nie warto, dlatego, że jeżeli coś się robi z sercem i z przekonaniem – to się to robi dobrze. A jak się coś robi dobrze, to na ogół ma się sukcesy. Nie zawsze, ale często. A jak się ma sukcesy, to zaczyna działać prawo, że sukces rodzi sukces, tworzy efekt kuli śnieżnej. Im więcej się ma, tym więcej da się dodatkowo nazbierać.

A czy do tego potrzebna jest jakaś strategia, długoterminowy plan działań?
Jeżeli miałbym wyciągnąć wnioski z mojej przeszłości, to wniosek byłby taki, że Ci którzy próbują przewidywać przyszłość na podstawie tego, co jest w tej chwili – najczęściej się mylą. Wiadomo, że były dziesiątki prognoz rozwoju cywilizacji, kierunków działań zapewniających ludziom szczęście i powodzenie. Żadna z tych prognoz się nie sprawdziła! Wyrastały na potęgę rzeczy nieoczekiwane, a te które się wydawały szczególnie dobrze rokujące – nie sprawdzały się. Mocno racjonalne, a nawet wyrachowane budowanie swojej kariery, na bazie przewidywań, że skoro teraz jest tak i tak – to w przyszłości będzie to i to – jest bardzo zawodne. Świat współczesny zmienia się bardzo szybko, a zmiany te bywają bardzo radykalne. Wiarygodnej prognozy przyszłości nie da się zbudować poprzez antycypację na podstawie tego, co jest teraz.

Jeśli przez ekstrapolację pewnych aktualnie widocznych tendencji przewidujemy, że będzie tak a nie inaczej – i pod to budujemy swoją kompetencje, swoje wyposażenie intelektualne, to bardzo często okazuje się, że jest to piłka wykopnięta na aut. Przypomnę tu dwa fakty z historii informatyki. W historii tej, i to całkiem nieodległej, były co najmniej dwie spektakularne pomyłki, popełnione przez – wydawało by się – największych specjalistów. Najpierw firma IBM, która była kiedyś w informatyce niekwestionowanym liderem, zlekceważyła rynek komputerów osobistych. W tej firmie powstał legendarny IBM PC, kopiowany potem (legalnie, bo IBM nie zastrzegł swoich praw autorskich) w setkach firm na całym świecie. IBM pozwalał na to, żeby inni budowali i sprzedawali te komputery personalne według ich pomysłu, bo wierzył, ze przyszłością informatyki są ogromne komputery Mainframe, w których produkcji przodował. Mylił się! „Potomkowie” IBM PC są dziś na każdym biurku a Mainframe są w muzeum…

Drugi przykład pochodzi z firmy Microsoft, twórcy powszechnie używanych Windows i innych systemów dla informatyki personalnej. Twórca i prezes Microsoft Bill Gates i jego doradcy zlekceważyli w pewnym momencie Internet. Dla nich priorytetem był komputer – i dla maksymalnie wygodnego używania tego pojedynczego komputera tworzyli kolejne wersje oprogramowania, sprzedawanego masowo na całym świecie. Ale zadbali wystarczająco o sferę komunikacji komputerów z Internetem. Dla nich to był mało znaczący dodatek. Pomylili się. W tej chwili Internet jest ważniejszy niż komputer. Istotą informatyki światowej jest właśnie Internet jako wszechobecna Sieć i miejsce dostępu do wielu zasobów, a komputer jest tylko wejściem tej Sieci. Zanim Microsoft zrozumiał tę prawdę – inni (Google, Facebook, Twitter) zagarnęli najbardziej smakowite kawałki tego tortu.

Jak widać przy przewidywaniu kierunku rozwoju informatyki pomylili się nawet najmądrzejsi gracze na tym rynku. Nikt nigdy nie odmawiał kompetencji dyrekcji IBM czy Microsoftu, ale ich przygoda dowodzi, że nawet najmądrzejsi czasem popełniają błędy. I to nie przy planowaniu kariery pojedynczego człowieka, ale przy wyznaczaniu strategii wielkich firm. Firmy na skutek tych błędów tracą miliony, i prestiż, i pozycję na rynku. Pojedynczy człowiek pozornie traci mniej – ale jest to dla niego bardzo ważna strata. Chodzi czasem o całe przegrane życie… Dlatego powtórzę jeszcze raz:

trudno o jakąś gwarantowaną antycypację przyszłości w kontekście kariery indywidualnej osoby!


Jak już ustaliliśmy, przyszłość jest nieprzewidywalna. Czyli Pan Profesor na samym początku ścieżki kariery raczej nie miał wizji tego, gdzie się znajdzie za 20-30 lat?
Zdecydowanie nie. W moim przypadku, jeżeli Pan konkretnie o to pyta, to ja nie tylko nie przewidywałem tego, że społeczność mojej uczelni wyniesie mnie do godności jej rektora, ale ja bym nie ośmielił się sądzić, że w ogóle będę kiedyś tej uczelni pracownikiem. Rozpoczynając studia na AGH byłem przekonany o tym, że moje perspektywy i zakres tego co mogę a czego nie mogę osiągnąć – są dosyć limitowane. Ukończyłem liceum w Myślenicach, bardzo zacne liceum w bardzo miłej miejscowości, ale liceum prowincjonalne. My się jeszcze uczyliśmy łaciny mieliśmy humanistyczne, bardzo klasyczne wykształcenie. Czytałem swobodnie Owidiusza czy Juliusza Cezara w oryginale, natomiast miałem ogromne braki w matematyce i fizyce. Moi koledzy, którzy byli po technikach, na pierwszym roku studiów brylowali. A ja nie potrafiłem narysować rysunku technicznego, bo nikt mnie tego wcześniej nie uczył. Przypominam sobie, że moje główne marzenie jak przyszedłem na studia to było takie, żeby mnie stąd nie wyrzucili. W związku z tym uczyłem się niesłychanie zaciekle, bo miałem świadomość, że staruję z niższego poziomu, niż moi koledzy. Nie aspirowałem do tego żeby być najlepszym studentem, ale walczyłem o to przetrwanie. Robiłem to jednak na tyle wytrwale, że się okazałem najlepszym studentem w grupie, potem najlepszym na roku a potem mnie wybrali najlepszym studentem Krakowa.

A już po studiach, na początku kariery zawodowej?
Także nie śmiałem sądzić, że mam kwalifikacje i szansę na pracę na uczelni. Wszyscy moi koledzy także tego pragnęli, a to było niesłychanie trudno osiągalne. Ja to dostałem w pewnym sensie w prezencie. Może profesor Górecki, wybierając mnie najpierw na swojego pracownika, a potem na swojego następcę w Katedrze, coś tam przewidywał, ale ja absolutnie nie. Potem, jak myślałem o następnych stopniach kariery naukowej, to też w życiu bym nie przypuszczał, że wyląduję na fotelu rektorskim. Nie marzyłem o tym nawet, i to nie dlatego, że byłem skromny, tylko po prostu uważałem, że to jest poza zasięgiem moich możliwości. Z tego widać, że

bardzo trudno jest zaplanować swoją karierę, bo czasem ktoś intensywnie planuje i nic z tego nie wychodzi, a czasem ktoś nie planuje – i dostaje wszystko od losu w prezencie.

Jeśli trudno jest planować karierę, to jeszcze trudniej jest dobierać działania pod kątem tych ambitnych planów. Często podjęte działania przynoszą bowiem skutek odwrotny do zamierzonego…

Nie twierdzę, że nie należy mieć ambitnych planów, ale podejrzewam, że Ci którzy je mają, potem bardzo często spalają się na skutek frustracji. Rozczarowania wynikającego z tego, że oni zaplanowali sobie: „teraz osiągnę to, a teraz to, a teraz dojdę tutaj”, a takiego procesu nigdy nie da się do końca zrealizować skutecznie. Rezultat jest wobec tego taki, że ktoś bardzo mocno ukierunkowany, bardzo mocno zdeterminowany, żeby tę karierę koniecznie zrobić, jest już na starcie potencjalnym frustratem, bo JEMU SIĘ MUSI NIE UDAĆ.

Po prostu tak w życiu jest, że nie wszystko się udaje. Ktoś, kto jest przygotowany zarówno na powodzenia, jak i na niepowodzenia z radością przyjmie te pierwsze i ze zrozumienie przyjmie te drugie.

Natomiast, ktoś kto sobie zaplanuje życie złożone z samych sukcesów, to MUSI wcześniej czy później doznać rozczarowania. Dla mnie było wielkim szczęściem, że ja zbyt wiele nie oczekiwałem i właściwie na każdym etapie mojego rozwoju osiągałem więcej niż mogłem marzyć – i to często w sposób zaskakujący dla mnie samego. Na każdym etapie miałem spory zapas: gdybym osiągnął mniej, to i tak byłoby to więcej niż ja sobie wymarzyłem. Więc nawet jako przegrany byłbym szczęśliwy.

Trzeba po prostu mieć mniejsze oczekiwania od życia ale za to robić to co się lubi?
Głównie robić to co się lubi, bo wtedy będzie się to robiło dobrze.

Czy Pan Profesor widzi z perspektywy czasu, że jakieś konkretne umiejętności albo kompetencje okazały się trochę pomocne lub też bardzo pomocne w rozwoju osobistym, w rozwoju organizacji, które Pan rozwijał, którymi zarządzał i zarządza?
Jeżeli miałbym wskazać taki element, który w moim przypadku (i chyba nie tylko w moim), był czynnikiem takim bardzo karierotwórczym, to jest to CIEKAWOŚĆ. To jest taka nieumiejętność przejścia do porządku dziennego nad czymś co jest frapujące. To „coś” być może samo z siebie w tym momencie kariery nie buduje ale inspiruje do tego, żeby podjąć wysiłek. Żeby to „coś” zgłębić, zrozumieć, nad tam zapanować. Ktoś kiedyś powiedział, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

Ja sądzę, że ciekawość jest pierwszym stopniem do kariery.

Ciekawość szeroko rozumiana. Ciekawość naukowa, ciekawość nowych doświadczeń. Ciekawość, która skłania do podejmowania nowych wyzwań. Ciekawość, która skłania do eksplorowania nowych obszarów – przestrzennych lub intelektualnych. I myślę, że ta ciekawość jest chyba cechą najbardziej mnie wyróżniającą. Wszystko, co osiągnąłem, Łącznie z tym, że jak mi zaczęło świtać, że mógłbym zamarzyć o tych gronostajach rektorskich, to też czynnikiem, który przekonał mnie do tego, żeby spróbować je zdobyć, była ciekawość. Chciałem się dowiedzieć, jak tam jest na samym szczycie. Teraz już wiem.

Gdyby Pan Profesor teraz znalazł się u progu swojej kariery, to czy było by łatwiej, trudniej, czy po prostu inaczej dojść do tego miejsca, w którym Pan jest teraz?
Z pewnością trafna, ale i niepełna odpowiedź jest taka, że byłoby INACZEJ. Myślę natomiast, że byłoby trudniej z jednego powodu. W czasach kiedy ja się kształciłem i rozpoczynałem karierę naukową, karierę oczywiście w cudzysłowie, nie było tego zjawiska, które dziś się potocznie nazywa „wyścigiem szczurów”. Nie było tego parcia na sukces za wszelką cenę i we wszelkich okolicznościach. Na sukces w dowolny sposób osiągany. My z moimi kolegami ze studiów w latach 60. oczywiście cieszyliśmy się każdym osiągnięciem, cieszyliśmy się z każdego sukcesu – ale to nie był dla nas sens życia. My obok dążenia do sukcesów robiliśmy mnóstwo innych rzeczy. Ja na przykład na drugim roku studiów ożeniłem się, chociaż powszechnie uważano, że to jest kres marzeń o karierze. Moi koledzy, którzy już wtedy znali mnie wtedy jako dobrego studenta, mówili: „No nie! Ty to teraz się Rysiek skończyłeś. Żona, dzieci, dom – a kariera naukowa na bok.”

Ja się jednak ożeniłem wbrew tym wszystkim mądrym radom, bo tego pragnąłem. Bo tak się złożyło, że poznałem cudowną dziewczynę i wzięliśmy ślub najszybciej jak się tylko dało. Zrobiliśmy to – jak wspomniałem – na moim drugim roku studiów. Rezultat był taki, że to nie tylko nie zahamowało mojej kariery, ale wprost przeciwnie! Moje małżeństwo spowodowało, że ja, będąc w zasadzie pozbawionym oparcia w jakiejś zamożnej rodzinie, która mogłaby finansować moje fanaberie bycia uczonym, mogłem realizować moje ambitne marzenia. Przeżyłem na głodowej pensji asystenta właśnie dzięki temu, że miałem żonę inżyniera, która zarabiała porządne i uczciwe pieniądze. Ze względu na fatalne wtedy (i wcale nie lesze obecnie) zarobki młodego naukowca – ja byłem właściwie na utrzymaniu żony. Ale ona zgadzała się na to, żebym ja – zamiast też robić uczciwe pieniądze – robił doktorat. Okazało się, że właśnie to „coś” co miało mi przeszkodzić w karierze, nagle stało się bardzo istotnym czynnikiem tę karierę umożliwiającym.

Zadał Pan pytanie, czy dziś jest łatwiej czy jest trudniej niż za moich czasów? Wtedy było łatwiej, bo nie było tej ogromnej rywalizacji, takiej presji, która dzisiaj często ludzi niszczy. Komunizm miał bardzo wiele złych stron i nigdy nie będę próbował twierdzić, że to był dobry ustrój. Ale na pewno dwie rzeczy powodowały, że droga do kariery była wtedy spokojniejsza. Po pierwsze istniało poczucie bezpieczeństwa socjalnego. Wiadomo było, że każdy kto studia ukończy to jakąś pracę będzie miał, bo już się o to państwo postara. Wobec tego nie było tego, co obecnie przyprawia ludzi o bezsenne noce: zagrożenia, że jak się coś na tej drodze do kariery nie uda, to będą bezrobotni. Wtedy nie istniało coś takiego jak bezrobocie. Każdy pracę dostawał, co najwyżej nie była to praca zgodna z jego marzeniami. Po drugie skala wynagrodzeń była bardzo płaska. Mój szwagier, brat żony, był robotnikiem, pracował w fabryce i zarabiał więcej niż ja, nawet jak już byłem docentem. W związku z tym sytuacja była taka, że na drodze do kariery nie było presji czynnika finansowego. Ci, którym się powiodło, zarabiali niewiele więcej od tych, którym się nie powiodło. W tej chwili, jeżeli chcę sobie zapewnić dobrobyt i odpowiednie warunki do życia swojej rodzinie – to muszę być najlepszy. A przedtem tak nie było. Wszyscy dostawali mniej więcej po równo, w sklepach było bardzo mało kiepskich towarów, więc nawet jak już dostałem te zarobione pieniądze – to nie było co z nimi robić. To nie było dobre, bo nie było motywacji do dobrej, wydajnej pracy. Ale w związku z tym żyło się zdecydowanie spokojniej. Czynnik materialny nie dominował wszystkiego. Można było bardziej skoncentrować się na wartościach duchowych. Nie było tej presji, że tu trzeba jakiś projekt, że tu muszę zdążyć na termin, że tu mogę zdobyć jakieś środki, ale muszę to i tamto.

W tej chwili jest ten wyścig szczurów i jest ta silna presja. Jets to wielowymiarowa presja, bo to i prestiż, i pieniądze, i pozycja, i kontakty międzynarodowe. To powoduje dziś bardzo liczne nerwice. Ja to obserwuje u swoich studentów. To są ludzie, którzy w wielu wypadkach są bardzo dobrzy intelektualnie ale czasem rozsypują się psychicznie. Właśnie z tego względu, że z jednej strony jest bardzo silna motywacja, ale z drugiej strony ten paniczny lęk przed niepowodzeniem. Niemal każdy pracownik naukowy zadaje sobie kilka razy dziennie zasadnicze pytanie: rany boskie a co będzie jak się nie uda? A za moich czasów było tak, że jak się uda – to się uda. A jak się nie uda – to nie, i też jakoś tam będzie.

Zmieniły się warunki społeczne, kontekst gospodarczy i inne uwarunkowania. W obszarze nauki popatrzymy na to, że ludzie są poddani większej presji, żeby sukces był podparty konkretnymi, wymiernymi osiągnięciami. Czy to jest właśnie czy to jest rozwiązanie?
Wydaje mi się, że jeżeli mowa o ścieżce kariery naukowej, ale nie tylko – w ogóle o ścieżce dowolnej kariery, to w dużej mierze zaczyna ona teraz niestety wyrodnieć. Przez biurokratyzację. Ja sobie przypominam, że jak mnie powoływano na tego pierwszego i jedynego na Akademii Górniczo-Hutniczej magistra, któremu powierzono samodzielna placówkę naukową, to ja jeszcze takich ogromnych osiągnięć nie miałem. Natomiast ludzie, którzy byli wtedy decydentami, zwłaszcza prof. Górecki, mój zwierzchnik, doceniali mój potencjał. Dzisiaj panuje moda, żeby w nauce wszystko przeliczać na punkty. Pracownicy maniacko je kolekcjonują, żeby je potem położyć na stół i powiedzieć: „o proszę, tu są moje punkty, więc to i to mi się NALEŻY”. A ja się temu sprzeciwiam, przecież wartości człowieka tak do końca wymierzyć punktami się nie da. Człowiek, zwłaszcza jako kandydat do pracy naukowej, to nie jest tylko skarbonka z punktami zebranymi w przeszłości. Taki kandydat musi być traktowany głównie jako zbiór pewnych możliwości na przyszłość. Owszem, trzeba brać pod uwagę, że on czegoś tam już mógł dokonać, oczywiście im więcej tym lepiej, ale niestety człowieka nie da się podsumować jakąś jedną sumą punktów. I nie da się jakimś pojedynczym wskaźnikiem uszeregować kandydatów na linii: ten lepszy, tamten gorszy. Ludzie są wielowymiarowi, ludzie mają bardzo wiele różnych potencjałów. Nigdy nie wiadomo, który z nich okaże się najważniejszy, bo ta nie do końca określona przyszłość, o której rozmawialiśmy wcześniej, nie daje podstaw do tego, żeby określić dziś, co tak naprawdę będzie ważne i potrzebne jutro. Przyszłość jest naprawdę nieprzewidywalna, przyszły rynek pracy jest nieprzewidywalny, wobec tego ja się troszeczkę obawiam, że my uwikłani w te punktowe biurokracje gubimy ten element, który istniał dawniej: całościowej oceny człowieka przez pryzmat tego co on sobą reprezentuje, a nie wyłącznie poprzez rejestr tego co zrobił.

A jakby Pan Profesor miał sformułować jakieś ostrzeżenia dla młodych, przyszłych liderów, to przed czym warto ich ostrzec?
Główną pułapką jest próba wyobrażania sobie przyszłości na zasadzie prostego ciągu dalszego tego co jest dziś. Na początku filmu Seksmisja jest taki piękny cytat z pism Sławomira Mrożka: „jutro to dziś, tyle tylko, że jutro”. I właściwie ten sposób rozumowania jest ryzykowny, bo naprawdę jutro może być zupełnie inne niż dziś. Wobec tego chodzi o to, że nie można nadmiernie ograniczać, determinować, programować swojego życia, swojej kariery, swojego miejsca w przyszłym społeczeństwie – tym co jest dziś. Należy się wystrzegać naiwnego przedłużania obserwowanych aktualnie trendów w odległą przyszłość, bo one się nie sprawdzą. Dziś to są kwitnące i owocujące gałęzie drzewa rozwoju cywilizacji, ale one także kiedyś się skończą, uschną i odpadną. Drogi kariery związane z takimi efemerydami to ślepe uliczki!

A czy możliwa jest w takim razie odpowiedź na pytanie, czy w chwili obecnej wyposażamy młodych ludzi we właściwe kompetencje do tego, żeby sobie radzili za dwadzieścia lat? Czy dobrze rozwijamy dziś tych młodych?
Staramy się.

A w takim razie jakie kompetencje będą niezbędne lub szczególnie ważne za te 20 lat?
Nie powiem nic specjalnie odkrywczego, ale głęboko wierzę, że najważniejsza jest kreatywność. W świecie przyszłości – i tym bliższym i tym dalszym – będziemy mieli zapewne do czynienia z bardzo łatwym dostępem do wielu różnych zasobów. Do zasobów wiedzy przez Internet, do zasobów materialnych poprzez wypełnione sklepy, do zasobów rozrywki poprzez elektroniczne media nowej generacji. Będziemy mieli pełno wszystkiego. Wobec tego co w tej sytuacji, w sensie naukowym, gospodarczym, społecznym będzie miało wartość? NOWOŚĆ i INNOWACJA. Dlatego wśród cech osobowych ludzi najbardziej będzie się liczyła zdolność do dodania czegoś NOWEGO do zastanego stanu nauki, gospodarki czy świata. Próba uzyskania sukcesu poprzez powielanie rzeczy znanych będzie zawsze prowadziła na manowce. Jeśli zaobserwuję, że ktoś jest bogaty bo robi buty, i jeśli wymyślę sobie, że zbuduje mój sukces na tym, że ja będę robił dwa razy więcej butów, to poniosę porażkę, bo okaże się, że zabraknie nóg dla tych butów. Natomiast sukces odniosę wtedy, gdy będę potrafił stwarzać innowacje. Prawdziwe innowacje, polegające na tym, że stworzę coś, czego do tej pory nie było, – a ludzie, którzy wcześniej nie wyobrażali sobie, że coś takiego mogłoby istnieć – nagle zaczną tego pragnąć.

A jak rozwijać te kompetencje? Jaki proces jest potrzebny do tego, żeby Ci ludzie za 20 lat byli przygotowani na nowe wyzwania?
Ja nie potrafię tego tak dokładnie tego powiedzieć, bo na to nie ma prostej recepty. Natomiast odpowiem w ten sposób: Zwiększymy prawdopodobieństwo sukcesu, jeżeli zgodzimy się z poglądem, że studia wyższe nie służą tylko zdobywaniu praktycznie użytecznej wiedzy. Ten model lokowania w głowie studenta jak największych zasobów wiadomości – odchodzi już w przeszłość. Dzisiaj zaczynamy sobie uświadamiać, że kształcenie na studiach wyższych powinno wytwarzać w ludziach głód innowacyjności oraz zdolność do kreowania nowych rzeczy. Umiejętność wychodzenia poza to co istnieje i przekraczania granic wyobraźni rzeczami, które wcześniej nie istniały ale dzięki temu, że zaistnieją, stworzą nową jakość na świecie.

Tego da się nauczyć tylko w jeden sposób: na zasadzie partycypacji studentów w rzeczywistych procesach twórczych. WIEDZĘ można przekazać kredą na tablicy albo komputerową prezentacją. Kreatywności można się uczyć tylko aktywnie uczestnicząc w procesach twórczych u boku prawdziwie kreatywnych mistrzów. Dlatego jest tak ważne, by kadra nauczająca studentów w szkołach wyższych składała się z ludzi osobiście zaangażowanych w badania naukowe lub w innowacyjne projekty na rzecz gospodarki i społeczeństwa.

Amerykanie mają takie słowo: „serendipity”. Opisuje ono zdolność odkrywania nagle rzeczy nieoczekiwanych. Takiej zdolności nabywa się przy aktywnym uczestnictwie w procesie twórczym. Te studenckie odkrycia to mogą początkowo być rzeczy bardzo małe. Dlatego ja dużą rolę przypisuję studenckiemu ruchowi naukowemu i kołom naukowym. Dobrze prowadzone koło naukowe to nie jest szkółka służąca do uzupełniania wiedzy, tylko to jest możliwość partycypowania przez studentów w badaniach laboratoryjnych, udział w projektach, eksperymentach, pracach konstrukcyjnych. To jest najlepsza szkoła. Mistrz i uczeń. Obserwacja i naśladownictwo. Szacunek ale i dążenie do rywalizacji.

My jako nauczyciele akademiccy nie wszystkie elementy naszej wiedzy i kwalifikacji potrafimy zwerbalizować i przekazać na zasadzie dyrektyw: rób to, czy to, czy to. Najczęściej gdy uzyskuję jakieś niebanalne wyniki naukowe – to ja sam nie wiem jak osiągam te sukcesy. Ale jeżeli jest przy mnie zdolny, młody człowiek, ma szeroko otwarte oczy i towarzyszy mi w tym procesie odkrywania, to pomimo, że ja ani on tego nazwać nie potrafimy – to następuje przekazanie kwalifikacji do kreatywnie pracy. Wychowałem w tej mojej katedrze dosłownie „od szczeniaka”, od pierwszego roku studiów, kilku ludzi, którzy obecnie są już profesorami. Jeśli czegoś ich nauczyłem, to właśnie na tej zasadzie. Oni mi po prostu towarzyszyli w laboratoriach. Formalnie ja ich nie uczyłem niczego, ale następowało formowanie intelektualne poprzez osmozę, przez kontakt mistrza i ucznia. I to działa!

Wydaje mi się, że w sytuacji kiedy WIEDZA jako taka staje się coraz bardziej dostępna, (wykorzystując Internet i Google, można się dowiedzieć wszystkiego i na każdy temat), bardzo ważna staje się ta formacja intelektualna. Umiejętność ukształtowania człowieka myślącego, poszukującego i takiego, który poszukując – potrafi skutecznie znajdować. I to jest chyba największe wyzwanie.

W perspektywie jednego pokolenia – 20 lat – mówimy o Polsce, Czy Pan Profesor sądzi, że to będzie kierunek w którym będziemy szli, wyposażając młode pokolenie w perspektywie kolejnych 20 lat?
Wydaje mi się, że ciągle jeszcze kształcenie akademickie to nie jest szkółka, pomimo że nas do tego zmuszają nazywając to „procesem bolońskim”. I ciągle są ludzie po obu stronach katedry, ci którzy nauczają i którzy się uczą, którzy starają się nie tyle zgromadzić wiedzę – tylko uformować mądrość. I to należy rozwijać i chronić przed zapędami biurokratów, skłonnych wszystko zuniformizować.

Podsumowując, nie ma obawy, że pracownicy nauki za 20, 50 lat, będą musieli być wyposażeni w zupełnie inne kompetencje, nie mówię tu o kompetencjach technicznych?
Będą musieli mieć inną wiedzę, natomiast mądrość ma tylko jedno imię.

*

Rozmowę przeprowadził Wojciech Kowalik – Socjolog zatrudniony na Wydziale Zarządzania AGH, współpracownik Fundacji Warsztat Innowacji Społecznych. Jego zainteresowania lokują się na przecięciu dwóch dziedzin: nauk o zarządzaniu oraz socjologii. Zajmuje się zagadnieniami polityki społecznej i kulturalnej w kontekście ich potencjału w tworzeniu kapitału społecznego oraz rozwoju lokalnego. Zajmuje się również tematyką społeczno-kulturowych aspektów przemian wynikających z rozwoju nowych technologii oraz problematyki adaptacji osób starszych do tych zmian. Brał udział w kilkunastu projektach badawczych. Autor licznych ekspertyz, raportów oraz artykułów naukowych.

NO COMMENTS

POST A COMMENT