Home / Wywiad  / Szczęście sprzyja odważnym – Andrew Hallam

Szczęście sprzyja odważnym – Andrew Hallam

Andrew Hallam

Jest Sekretarzem Generalnym i członkiem założycielem ASPIRE – stowarzyszenia firm z sektora IT i tych świadczących usługi dla biznesu w Krakowie. Mieszka i pracuje w Polsce od prawie dwóch dekad. W latach 1998-2007 pracował dla Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej, początkowo jako Dyrektor Rozwoju Regionalnego, a później Dyrektor na Polskę Południową. W 2007 r. założył firmę South Poland Business Link, a następnie ASPIRE. Przed przyjazdem do Polski Andrew pracował w Wielkiej Brytanii m. in. dla BBC, Channel 4, BSkyB, Partii Pracy oraz jednostki zajmującej się rozwojem edukacji w Londynie.
ASPIRE powstało w 2009 r. Dziś Kraków jest na pierwszym miejscu w Europie i w pierwszej dziesiątce na świecie pod kątem lokacji centrów usług biznesowych. Pracuje z nich już ponad 35 000 osób. ASPIRE zrzesza ponad 130 podmiotów. Są to zarówno wielonarodowe centra technologii i usług biznesowych, jak i firmy je wspierające.

***
Od producenta w BBC, przez tyniecką podstawówkę, aż do funkcji kierowniczej we wpływowym, globalnym stowarzyszeniu. Rozmowa Rafała Saneckiego z Andrew Hallamem to podane w pigułce rozważania o podejmowaniu trudnych decyzji, podążaniu za własną intuicją i roli ciężkiej pracy na drodze do osiągnięcia sukcesu, który nigdy nie nadejdzie.
***

Rafał Sanecki: Czy możesz opisać, jak rozpoczęła się Twoja kariera?

Andrew Hallam:Nigdy nie myślałem w kategoriach robienia kariery. Jeśli by tak było, to prawdopodobnie nie podjąłbym 20 lat temu decyzji o przyjechaniu do Polski. Wydaje mi się, że decyduję opierając się na intuicji i poczuciu, że coś jest właściwe. Dlatego być może te decyzje często są odważne. Zawsze natomiast wiedziałem, że pójdę na uniwersytet, chociaż przede mną nikt w rodzinie nie studiował.

Na jaką uczelnię i jaki kierunek?
Dostałem się na prawo na bardzo dobry University College London. Ale w międzyczasie zdecydowałem, że chcę studiować literaturę na Oxfordzie. To była odważna decyzja, bo żeby móc zdawać na Oxford musiałem oddać miejsce na prawie, nie wiedząc, czy zostanę przyjęty. Miałem szczęście, ale myślę, że szczęście sprzyja odważnym. Idąc tym tropem: podejmowanie decyzji zawsze zawiera element ryzyka. Można rozważać różne opcje, ale by być szczerym, nigdy nie wiesz na pewno. W rzeczywistości im więcej opcji rozważasz, tym trudniej podjąć decyzję. Liderzy podejmują decyzje, pomagają innym utwierdzić się w podjętych decyzjach i zgodnie z nimi postępować.

Inna ryzykowna decyzja w moim życiu to ta o przyjechaniu do Polski w 1995 r. Przyjechałem i zostałem mając 33 lata, czyli będąc jeszcze młodym. Byłem już wtedy żonaty i miałem 18 miesięcznego syna. To nie była łatwa decyzja. Miałem tu znajomych, którzy namówili mnie do kupna tu domu. Wtedy było tak, że decydując się na budowę kilku domów cena jednostkowa była niższa, dlatego im zależało. Ja żyłem wtedy w Anglii, ale zgodziłem się.

Jak to? Wyobraźmy to sobie – masz swoje życie w Wielkiej Brytanii, studiowałeś tam, pracujesz i nagle ktoś proponuje ci kupno domu w Polsce a ty się zgadzasz. Co chciałeś z nim zrobić, planowałeś się przeprowadzić do Polski?
Nie planowałem.

Czyli to była spontaniczna decyzja?
Tak. Prawda jest taka, że gdy dom był zbudowany uświadomiłem sobie, że właściwie podjęliśmy już decyzję o przyjechaniu. To było tak: mamy dom, musimy tam teraz pojechać i mieszkać, tzn. nie musimy, ale to będzie trudne, jeśli tego nie zrobimy.

Musiałeś przekonać żonę?
Jej ten pomysł się podobał. Właśnie urodziło nam się dziecko i nie chciała wracać do pracy, wcześniej pracowała na cały etat. Jeśli chodzi o moją karierę, to byłem freelancerem i nie zawsze miałem zlecenia. Pracowałem w telewizji jako producent. Ciągle szukałem nowych projektów. Bywało, że pracowałem przez 3 miesiące, a później miewałem dłuższą przerwę, gdy szukając nowych tematów nie zarabiałem. To nie było stabilne zatrudnienie.

Sytuacja w Polsce wtedy też chyba nie była bardzo stabilna?
Chciałbym być absolutnie szczery – Polska wyciągnęła nas z naszego świata. W Anglii żyliśmy podobnie jak nasi przyjaciele i rówieśnicy, robiliśmy te same rzeczy. To nie był wyścig szczurów, ale wszyscy budowaliśmy nasze życia, wchodziliśmy na kolejne etapy.

Pędziliśmy na bieżni i myślę, że postrzegałem Polskę, jako okazję do zeskoczenia z tej bieżni.

Nie chciałem mieć całkowitej wolności, tylko np. kredytu czy presji kariery. Pracując dla BBC zorientowałem się, że może powinienem już mieć tam pracę na pełen etat. Może zamiast rozglądać się za kolejnym ciekawym pomysłem powinienem traktować pieniądze bardziej poważnie? Można nawet powiedzieć, że więcej odpowiedzialności było w podjęciu decyzji o pozostaniu, niż o wyjeździe.

Więc Polska była wtedy lepszą opcją?
To nie była lepsza opcja, ale coś niekonwencjonalnego, to na pewno. Nie zapominajmy że Polska i Wielka Brytania 20 lat temu to dwa zupełnie różne miejsca. Wtedy prawie nie było tu obcokrajowców.

Co robiłeś w Polsce?
Kiedyś zrobiłem kurs, który umożliwiał mi nauczanie języka angielskiego. No i robiłem to po przyjechaniu tutaj, uczyłem angielskiego w wiejskiej szkole w Tyńcu, gdzie mieszkałem. Pracowałem tak przez rok i to był koszmar.

Dlaczego?
Powtórzę, to był inny czas. Myślę, że dzieci mnie uwielbiały, ponieważ byłem egzotyczny. Ale wiesz, nikt wtedy w Tyńcu nie rozumiał, po co ma się uczyć angielskiego, jaki może być z tego kiedykolwiek pożytek. W dodatku klasy były podzielone osobno na chłopców i dziewczynki. Dziewczynki były zainteresowane nauką, chłopcy w ogóle.

To jest ciekawe, ponieważ rozmawiamy o kompetencjach, w które warto teraz inwestować, bo mogą być przydatne w przyszłości. Skąd więc wiadomo, co będzie potrzebne? Wtedy w Tyńcu ci, który zainwestowali w naukę angielskiego, wygrali, prawda?
Możesz oceniać tylko na podstawie własnego doświadczenia. Wiadomo, można analizować to, co się dzieje w świecie i potem stwierdzić, że to jest ścieżka, którą trzeba iść. Ale żeby być szczerym, możesz to zrozumieć tylko na podstawie własnego doświadczenia. Ja to rozumiem tak, że musisz czuć, jaka będzie przyszłość. Musisz czuć, co trzeba zrobić. Powiedziałbym, że wtedy w klasie były dziewczynki, które czuły, że świat się otwiera, MTV, telewizja satelitarna, nowe produkty w sklepach. Ponieważ chciały być bliżej tego wszystkiego czuły, że drogą ku temu jest nauka angielskiego. Z kolei chłopcy mieli dużo mniejszą intuicję w tym względzie. Pamiętajmy, że mówimy o Tyńcu. Przyszłość, jaką widzieli przed sobą była taka sama jak przyszłość którą widzieli ich ojcowie.

Jak można się otworzyć na to czucie, o którym mówisz?
Oczywiście także wiele zależy od tego, kim chcesz być. Jeśli doktorem to musisz studiować medycynę, wiadomo. Jeśli prawnikiem, to prawo. To twarde umiejętności, które musisz mieć. Ale bardzo często trudno przewidzieć, które umiejętności będę przydatne w przyszłości. To, czego tak naprawdę potrzebujemy, to umiejętności miękkie. Chodzi o bycie otwartym na świat.

Czy to można wyćwiczyć?
To chyba jest w kulturze, ale czy można to wyćwiczyć? Moim zdaniem tak. Ja się taki stałem dzięki studiom humanistycznym. A może to już było we mnie? Z pewnością gdybym wybrał studia inżynierskie, byłbym inną osobą.

Moim zdaniem ludzie powinni studiować nie na studiach kierunkowych, ale ogólnych. Czyli np. zamiast dziennikarstwa lepiej iść na literaturę, która przy okazji nauczy cię, jak być dziennikarzem.

Ale świat idzie raczej w przeciwnym kierunku, bardziej specjalistycznym. Tak jakby istniał jakiś zestaw reguł, jak należy robić pewne rzeczy. Nie wierzę w to.

Z mojego doświadczenia – ludzie mogą zapytać: Andrew, czy ty na pewno jesteś liderem? Przecież bardzo często nie mówię innym, jak mają postępować. A to się bierze stąd, że nie znam zasad postępowania. I chociaż są różni liderzy, także tacy, którzy pokazują krok po kroku, co należy zrobić, to ja jestem raczej taki, który pokazuje wizję.

Prowadzisz ASPIRE, miałeś przeczucie, że to będzie taki sukces? Jak w ogóle wpadłeś na pomysł założenia takiego stowarzyszenia?
Myślę, że miałem intuicję, że to może być okazja. Poza tym robiłem coś podobnego i bardzo to lubiłem – pracowałem dla Polsko-Brytyjskiej Izby Handlowej. Po jakimś czasie postanowiłem, że chcę robić coś, co ma większe znaczenie, czułem, że w tej pracy pewnych elementów brakowało. To nie jest krytyka izby, zachciałem robić coś bardziej międzynarodowego, ale jednocześnie bardziej lokalnego. Chciałem być pomostem między międzynarodowym biznesem a lokalnym środowiskiem. Tworzyć coś swojego. Sądzę, że ludzie którzy tworzą rzeczywistość, bazują na własnym doświadczeniu. Nie wiem, czy ego to właściwe słowo, ale chcą tworzyć coś przez swoją percepcję, swoje postrzeganie świata.

Właśnie, stworzyłeś coś, co zatrudnia 20% ludzi pracujących w prywatnym sektorze w Krakowie. Ten pomysł pojawił się 5 lat temu?
Zaczęliśmy oficjalnie 5 lat temu, ale idea rodziła się stopniowo. I to nie tylko mój pomysł. Czułem, że coś się dzieje w tym temacie, coraz więcej osób o tym mówiło. I na pewno jest tu też element szczęścia.

Rozmawialiśmy o ryzyku, szczęściu, tworzeniu ważnych rzeczy. Inne rady?
Tak, ryzyko, szczęście, dążenie do robienia czegoś znaczącego. Jeszcze coś, co jest częścią tego ostatniego, czyli pragnienie zrobienia użytku ze swoich talentów. Myślę, że ja zrozumiałem, że mam talent do tworzenia i do komunikacji z innymi. Myślę, że czułem, że mam rolę do odegrania w budowaniu pomostu między obcokrajowcami i Polakami. Czułem, że lepiej radzę sobie w tej przestrzeni niż inni obcokrajowcy, których spotkałem. Czułem, że to będzie dobre wykorzystanie moich talentów.

Skąd wiedziałeś, jakie masz talenty?
Musisz być ze sobą szczery.

Coś jest twoim talentem, bo o to dbasz. Rozwijasz talent, bo dbasz o niego. To musi być bardzo trudne, żeby powiedzieć, że chcę ten talent i po prostu go zdobyć. To musi dotykać twoich emocji.

Więc jak odkryć talent, trzeba się czymś pasjonować?
Tak. I nie oczekuj, że poznasz odpowiedź nim zaczniesz coś robić. Inaczej nigdy się nie dowiesz. Tu też jest element ryzyka. Nie bój się tego, co cię powstrzymuje od działania. Jest jeszcze jedna rzecz, często nierozumiana: nie wiesz, czego nie wiesz. Co to znaczy? Możesz myśleć, że jesteś świetny w organizowaniu ludzi i załóżmy, że zaczynasz to robić. I wtedy się okazuje, że jesteś w tym straszny. Ale nie dowiedziałbyś się tego bez spróbowania. Jest takie coś jak gauche – nie wiemy, czego nie wiemy i przez to zachowujemy się tak, jakbyśmy wiedzieli. To jest ciekawe. Ludzie dobrze wykształceni nie są gauche. Wiedzą jak trzymać nóż i widelec. I są bardzo ostrożni, żeby nie popełnić żadnej gafy. Jeśli nie wiesz co robić, to zawsze możesz się rozejrzeć, co robią inni i robić dokładnie to samo. Albo możesz iść na żywioł. Myślę, że tu potrzebny jest balans. Nie możesz chcieć tylko robić rzeczy w poprawny sposób, bo wtedy to będzie kopia. Nie da się stworzyć czegoś chcąc robić rzeczy tylko w taki sposób jak należy i patrzeć na innych ludzi. Dlatego nie lubię porównań.

Dlaczego?
Oczywiście trzeba mierzyć, tu musi być balans. Mówi się, że jeśli czegoś nie da się zmierzyć, to nie da się tym zarządzać. Jest w tym trochę prawdy. Porównywanie to inna forma mierzenia. Chodzi tylko o to, żeby nie być niewolnikiem mierzenia. Jak mówi Ian Angell, nie da się zobaczyć przyszłości patrząc we wsteczne lusterko. Na codzień pracuję z korporacjami. Korporacje są zbyt duże by pozwolić sobie na brak procesów i brak pomiaru swoich działań.

Czy praca z ludźmi, którzy mierzą prawie wszystko, nie jest dla ciebie wyzwaniem? Z twoim wizjonerski podejściem?
Tak, to wielkie wyzwanie.

Dla ciebie czy dla nich?
Prawdopodobnie dla nich bardziej (śmiech).

Jak pracujesz nad tym wyzwaniem, jeśli to robisz?
Ciągle nad tym pracuję i ciężko tu znaleźć złoty środek. Jeśli będę zbyt pewny siebie mogę spędzić zbyt mało czasu nad myśleniem o nich i ich potrzebach. A ponieważ moją rolą jest być komunikatorem i nawigatorem muszę dbać o to, jak inni postrzegają rzeczywistość.

Czyli chodzi o słuchanie ludzi?
Chodzi o słuchanie i czasem zdarza mi się przegiąć w drugą stronę, ponieważ słucham za dużo. A jeśli tylko słuchasz, nie możesz przewodzić. A ludzie chcą być prowadzeni.

Nawet prezesi i dyrektorzy?
To jest interesujące, liderzy chcą być prowadzeni – ale prowadzeni w kierunku, który im umożliwi podjęcie decyzji. Być może potrzebne tu trochę lepsze sformułowanie, żeby oddać, o co mi chodzi. Mam na myśli pomoc w zbudowaniu dla nich argumentów, szczególnie gdy chodzi o coś takiego jak ASPIRE, które nie ma podobnych punktów odniesienia. Moje doświadczenie jest takie, że jeśli spotykasz się z wieloma liderami naraz, najgorszą rzeczą w tej sytuacji jest próżnia. Jeśli nie będziesz im przewodził, oni wypełnią tę próżnię i nie będą mieć dla ciebie czasu.

To jest w sprzeczności z tym, co powiedziałeś wcześniej, że jako wizjoner nie jesteś dobry w mówieniu ludziom, co mają robić. A oni najwidoczniej tego potrzebują.
Coż, kto powiedział, że odnoszę sukces?

Przecież odnosisz
Myślę, że nie można powiedzieć, że się odniosło sukces. To jest ciągłe stawanie się, proces. A kiedy pomyślisz, że to koniec i osiągnąłeś sukces, to będzie twoja porażka. To jest sprawa osobista i kulturowa. Opisałbym to jako bardzo protestancka wizja świata. Jestem niewierzący, ale przecież wywodzę się z kultury protestanckiej. Protestanci nie mają tak naprawdę księży, nie ma pośrednika między protestantem i Bogiem. Nie ma nikogo, kto by mówił, co coś oznacza. Nie ma symboli. Tylko ty i Bóg. Co to oznacza? Ciągle się rozglądasz dokoła siebie szukając potwierdzenia twojego przeznaczenia. “Czy robię dobrze czy też pójdę do piekła”. Co to oznacza? Że cały czas analizujesz.

Czyli do cech, które wymieniłeś możemy dodać analizę i samoświadomość?
Tak, to idzie w parze z intuicją. I to jest bardzo różne od kultury katolickiej, która jest dużo bardziej społeczna, a ze społecznością pojawia się wstyd. Więc w kulturze katolickiej jest możliwe zawstydzenie ludzi. A w protestanckiej nie, tam jest wina.

Jeśli miałbyś dzisiaj zakładać ASPIRE, czy ono miałoby szansę odnieść taki sam sukces? Czy też czas ma znaczenie?
Nie wierzę w bohaterów. Dla mnie chodzi o spotkanie się właściwego człowieka i czasu. Ktoś mógłby dzisiaj założyć ASPIRE, ale to na pewno nie byłbym ja, bo by mnie to nie interesowało.

Jeśli ASPIRE powstałoby dzisiaj, to byłoby zupełnie inne, bo mamy inne czasy. I prawda jest taka, że to się wiąże z tą ideą ciągłego stawania się, doskonalenia.

Musisz ciągle wymyślać się na nowo.

Trudne jest dla mnie mówienie teraz ludziom, czym jest ASPIRE. Wiesz dlaczego? Jeśli zapytałbyś mnie pół roku temu nie miałbym problemu z odpowiedzią. I za pół roku też nie będę miał problemu. A teraz jesteśmy pomiędzy tym, czym byliśmy, a czym będziemy. I to jest tak samo jak z tym, czym ASPIRE było rok i trzy lata temu. Jestem świadomy tego, że cały czas się zmieniamy i wymyślamy na nowo. Nie ma zasad, planu, ale dlatego też odnosimy sukcesy. Oczywiście moglibyśmy być typowym stowarzyszeniem biznesowym, które zbiera ludzi i pracuje nad poprawieniem sytuacji. Ale nie możemy być jak artysta, który staje się sławny po własnej śmierci, chcemy zmieniać świat teraz.

Wiele rzeczy, które robimy, nie wytrzymuje próby czasu, ale o więcej odnosi sukces. Nigdy nie wiesz, co wypali, to zawsze jest ryzyko. Jest coś takiego, jak widzenie peryferyjne, myślę, że to bardzo ważne, żeby je mieć, czyli widzieć, co się dzieje dookoła. Ale jednocześnie trzeba mieć umiejętność patrzenia tunelowego, skupienia uwagi na tym, co jest przed tobą. I nie da się osiągnąć sukcesu i stworzyć czegoś tylko rozglądając się dookoła albo tylko skupiając się na tym, co przed tobą, potrzebny jest balans.

Kiedyś rozmawiałem z synem czym jest sztuka. Wydaje mi się, że wystarczy, jeśli coś włożysz w jakieś ramy i to już jest sztuka. Jeśli tego nie zrobisz, to jest to po prostu element większej całości.
I ja myślę, że powinniśmy mieć jakieś ramy i w nich się poruszać. Pomiędzy tymi ramami może być chaos, ja bym to nazwał ograniczoną niepewnością, do której trzeba przywyknąć.

Co może być tymi ramami?
Wszystko, cokolwiek wybierzesz.

Czyli sam definiujesz te ramy?
Tak.

Czyli można mieć te ramy określone bardzo wąsko, np. niepewność co do tego, co będzie na kolację, albo bardzo szeroko, np. w jakim kraju mieszkać. Coś jeszcze?
Jest coś takiego, jak mieć flow, czyli kompletnie się w czymś zatracić. Ponieważ rozmawiamy o pasji warto sięgnąć po Jamesa Joyce, ale myślę, że to pochodzi oryginalnie od Tomasza z Akwinu – wyobraź sobie, że jesteś ty i obiekt, który kontemplujesz. Joyce mówi, że zjawisko estetyki zachodzi wtedy, gdy ani nie pragniesz, ani nie boisz się tego obiektu. Strach odpycha cię, a pragnienie przyciąga. Estetyka to moment w którym wchodzisz w relację z dziełem, kontemplujesz go. To właśnie jest to flow. To umiejętność poświęcenia czemuś uwagi, to stan kiedy nie czujesz pragnienia ani strachu, kiedy po prostu jesteś, nie myślisz o tym, co robisz. To jest stan, który zdarza się tylko czasami i trzeba to zaakceptować. Mówi się, że sukces to 95% ciężkiej pracy, a 5% inspiracji, po angielsku to dobrze brzmi – 95% perspiration i 5% inspiration. Musisz naprawdę ciężko pracować, by dać sobie szansę na sukces i szczęście, tak robią ludzie sukcesu. Poza tym mają to flow. A jak je mieć? To chyba nie jest kwestia doświadczenia, ono potrafi być niekorzystne. Na pewno słyszałeś to wyrażenie o bagażu.

Bagażu doświadczeń?
Tak, zwykle złych doświadczeń. Więc doświadczenie samo w sobie to nie jest dobra rzecz. Myślę, że trzeba się uczyć ze swoich doświadczeń, ale nie można pozwolić, by one ściągały cię w dół. Widzimy to na przykładzie historii Polski, która jest negatywna. To obciążenie.

Czy to się może zmienić w kolejnych latach?
Już się zmieniło. Młodzi ludzie coraz mniej uwagi poświęcają historii.

*

Rozmawiał Rafał Sanecki – prowadzi bloga miastamianiak.pl o lepszym życiu w mieście, studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, foresight na Collegium Civitas i badania społeczne i marketingowe na WSE. Pracuje w Seed – startupie IT, wcześniej prowadził kampanie reklamowe w Onecie i zajmował się relacjami z otoczeniem w Stowarzyszeniu ASPIRE. Współorganizuje TEDXKraków.

NO COMMENTS

POST A COMMENT