Home / Wywiad  / Szacunek bez kompromisów – Prof. Mikołaj Spodaryk

Szacunek bez kompromisów – Prof. Mikołaj Spodaryk

Mikołaj Spodaryk

Prof. nadzw. dr hab. n.med., pediatra, ordynator Oddziału Leczenia Żywieniowego Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu w Krakowie. Autor stosowanych na całym świecie programów żywieniowych w leczeniu poparzeń i schorzeniach nerek. Inicjator i organizator wielu wydarzeń kulturalnych – m.in. mini-wakacji dla dzieci w małych miejscowościach „Szaleństwa doktora Spodaryka” i programu uczestnictwa seniorów w życiu kulturalnym „Jeszcze żyję!”. W środowisku zawodowym znany z odwagi cywilnej i zuchwałości, a wśród pacjentów słynie z ogromnej czułości, oddania i poczucia humoru. Autor książki-poradnika pt.„Wiem, co je moje dziecko”.

***

Rozmowa z profesorem Mikołajem Spodarykiem to opowieść o człowieku, który w swoim życiu zawsze kieruje się dobrem drugiej osoby. Profesor udowadnia, że robienie kariery zawodowej wcale nie musi wiązać się ze znanym powiedzeniem „po trupach do celu”. Wrażliwy na nieszczęście innych ludzi, podejmuje szereg inicjatyw, by przywrócić godność osobom spychanym na drugi plan. Krytykuje postawę obojętności wobec ludzkiej krzywdy. Kładzie nacisk na konieczność tworzenia dobrych relacji interpersonalnych. Przekonuje, że warto żyć tak, aby nie musieć wstydzić się własnego życia.

***

Jagoda Komusińska: Klinicysta o światowej renomie. Ordynator jak lew walczący o to, żeby dzieci, które muszą tygodniami przebywać na jego oddziale miały ładne otoczenie. Postrach łapówkarzy. Animator życia kulturalnego (i to na ilu frontach!). Obrońca (do krwi!) prawa dzieci do bajek takich, jakimi je autorzy w dobrej wierze stworzyli1. Można długo wymieniać dalej…Co Pana gna? Skąd ta aktywność, oddanie, bezkompromisowość?

Prof. Mikołaj Spodaryk: Ja wierzę w człowieka i wierzę w pewne zasady. Żyj godnie – nie według katolicyzmu, islamu czy buddyzmu – ale jako człowiek, i bądź dobry jako człowiek. To jest istota funkcjonowania. Wymaga ona własnej dyscypliny. Przyznaję się do tego, że jestem niewierzący. Bo uważam, że nie ma nic gorszego niż hipokryzja i udawanie. Nie wojuję z religią, bo uważam, że jeżeli ktoś potrzebuje bodźca, wzorca, przepisu na uczciwe życie, żeby być dobrym, nie krzywdzić drugich, to niech wierzy, w co chce (Mzimu, Kokos, Pająka, Jezusa, Allaha…) – bo to ma mu pomóc. Ale ja widzę, że jest system pomocy, a my nie stajemy się lepsi. Osobom, które nie wierzą jest niezwykle trudno, bo muszą sami sobie wyznaczyć granice przyzwoitości i dobroci i sami stworzyć regułę życia. Tym osobom też się należy szacunek.

Jaki jest sens życia? Bądź dobry. Dla siebie, dla otoczenia, dla natury. I żyj godnie. Myślę, że można żyć bardzo dobrze wierząc tylko w tę ideę. Być może to też jest jakaś religia.

Skąd to się u Pana wzięło?
Moja rodzina jest wierząca i praktykująca. Natomiast ja już jako dziecko wolałem czytać „Ferdynanda Wspaniałego” Ludwika Jerzego Kerna, niż słuchać historii o Jezusie, który jak dorósł został zamęczony na śmierć i to jest symbol naszej wiary. Jak to o nas świadczy, że za symbol wiary przyjmuje się skatowanego w najbardziej brutalny sposób człowieka? Mówimy o miłosierdziu, dobroci, a pokazujemy dowód przemocy. Widziałem nieraz przemoc, a nie widziałem cudów. Także już jako dziecko wolałem czytać i przeżywać historie, które choć trochę miały czegoś prawdziwego czy namacalnego, czego mogłem doświadczyć w swoim otoczeniu (może na przykład piesek u sąsiada, który szczekał, mówił do mnie?2). Do dziś nie rozumiem epatowania przemocą, brutalnością. Jest dla mnie coś chorego w pokazywaniu w filmach realistycznej przemocy.

Skoro nie religia, to skąd u Pana ta potrzeba godnego życia?
Na pewno wychowanie wyniesione z domu. Z jednej strony patrzenie na świat mojego ojca – lekarza – było przyczyną mojego wyboru zawodowego. Ojciec uczył mnie, że pediatria to dobro i wrażliwość, a reszta jest w książkach. Ponieważ jego często nie było w domu, mną i siostrą zajmowała się mama. Była „mamotatą” i ona nas uczyła wszystkiego: pisać, czytać, jeździć na rowerze, strzelać z procy, gwizdać na palcach, i tej nieszczęsnej wrażliwości! Nieszczęsnej, bo z nią się trudno żyje. Mama pokazała mi, że ptaki trzeba karmić w zimie, że kota nie wolno pędzić jeśli grzebie w śmietniku, bo może jest głodny. Że pies, który ma krótki łańcuch cierpi i jest mu gorąco. W związku z tym to mojej mamie zawdzięczam poczucie, że wszystko, co nas otacza czuje, wymaga szacunku i dobrego traktowania. Jestem ogromnym zwolennikiem „hodowania” dziecka ze zwierzętami. Tylko pamiętajmy, jak ktoś mówi: „kupię córce pieska, żeby nauczyła się porządku”, to proszę w to nie wierzyć… To jest dodatkowy obowiązek, który…spadnie na matkę, albo ojca! To oni będą wyprowadzać na spacer, czyścić kuwetę. Na początku jeszcze dziecko będzie chętne, ale potem zacznie szukać wymówki. To nie o to chodzi. Są pozytywy medyczne posiadania zwierząt (zmniejszanie reakcji alergicznych), ale przede wszystkim dziecko nauczy się wrażliwości. Nauczy się, że nie można nadepnąć zwierzęciu na ogon, bo cierpi, że nie wolno kopnąć, nie wolno wrzucić do ogniska. Zwierzę stając się członkiem rodziny absolutnie uwrażliwia dziecko. To mu zostanie na dorosłość.

Zazdrościł Pan kiedyś innym, którzy tej wrażliwości mają mniej?
Nie, nigdy, mimo, że nieraz to było pływanie pod prąd. Nie żałuję i dlatego też tak wychowywaliśmy swoich synów. Z pełną wrażliwością i brakiem przyzwolenia na draństwo. Jedynym przykazem, który krąży w mojej rodzinie przez pokolenia, jest zasada, żeby żyć tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał i żebyś nie miał poczucia winy, że to wywołałeś. Dumny jestem z tego, że moich chłopców wychowywaliśmy w ten sposób. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że im się będzie trudno żyło, bo nie będą się rozpychać łokciami, nie są przebojowo walczący o swoje pozycje, nie leją na odlew każdego, kto inaczej myśli albo zawadza im po drodze. Oni nieraz zaczekają, często ze zdziwieniem, że ktoś mógł inaczej postępować. Trudno się żyje, ale… godnie, więc myślę, że warto tak postępować.

Czy czegoś Pan żałuje?
Niczego. Całe życie przeżyłbym dokładnie tak samo. Ale…pewnych rzeczy nie pamiętam. Mózg ma skłonność do wycinania pewnych zdarzeń. Studenci często mówią, że studia to najpiękniejszy czas w ich życiu. Ja nie pamiętam nic ze studiów, tylko stałą naukę. Nie dlatego, że była uciążliwa, tylko na nic innego nie miałem czasu. Ja nie pamiętam, żebym chodził po klubach, na randki. Ale ja od dziecka chciałem być lekarzem. Potem przyszła trudna decyzja o pediatrii. Trudna, bo wiedziałem, że przez wiele lat będę porównywany z moim ojcem. Ale świadomie też wybrałem to. Nie przez chęć konfrontacji. Ojciec był moim mistrzem, tak to postrzegałem. I wytwarzała się między nami najwspanialsza relacja: ojciec-syn, mistrz-uczeń, partner-partner, mistrz-mistrz. Może powinienem powiedzieć, że żałuję, że dużo klnę? Kląć można. Najpiękniej klną ludzie inteligentni. Ja klnę z zawijasami, nie zawsze z ordynarnym słowem.

Dla wielu osób jest Pan niewygodny, sprawiający problemy…
Jestem nielubiany w środowisku, to fakt. Bo ja swój zawód wykonuję szczerze i dla mnie to oznacza, że jeśli gdzieś się dzieje draństwo, to należy reagować. Jeżeli widzimy draństwo (że posłużę się eufemizmem) i nie zareagujemy, to jesteśmy takim samym łajdakiem jak ten, co to robi. Jeżeli w autobusie zauważę, jak ktoś wyciąga staruszkowi portfel, i nie zareaguję, bo się boję, bo ten złodziej jest duży, to jestem gorszym łajdakiem, niż on. Bo może on inaczej nie umiał, bo jest uzależniony i on musi ukraść, żeby kupić sobie tanie wino. A my nie musimy, i my wybieramy, żeby nic nie zrobić. Lęk nie usprawiedliwia udzielania przyzwolenia. Tak samo jest w zawodzie. Jeśli ktoś nie przestrzega zasad, przysięgi Hipokratesa, to nic go nie usprawiedliwia. Jeśli ktoś jest łapownikiem – uzależnia swoją pomoc choremu od tego, czy on mu zapłaci, to jest szubrawcem i trzeba to powiedzieć. Argument o tym, że lekarze źle zarabiają jest żadnym argumentem. Idąc na studia widziało się biały fartuch i służebność tego zawodu – i wiedzieliśmy, że zarobki są niskie. Taki był kontrakt. Trzeba wytrwać, bo studia medyczne kończą się złożeniem przysięgi Hipokratesa, która nie jest pustym rytuałem, tylko momentem, który reguluje, jak powinno wyglądać życie lekarza. Ubolewam nad tym, że przysięga Hipokratesa zaczyna funkcjonować jak rytuał, taki jak podrzucanie biretu przy przyznaniu tytułu zawodowego. A to jest ślub zakonny składany na całe życie; nie ma od tego uwolnienia. Jeśli tego nie zrozumiemy to medycyna i kształcenie młodych lekarzy będzie zmierzało w złym kierunku. Nigdzie nie jest napisane, że dostaniemy godną i sowitą zapłatę. Jeśli z medycyny będziemy robić biznes, to będzie ulegała w dalszym ciągu wypaczaniu idei przysięgi Hipokratesa. Ale to nie znaczy, że uważam, że jest czymś nagannym, żeby lekarz zarabiał, absolutnie! Byleby uczciwie.

Jest mnóstwo wspaniałych lekarzy! Tylko tego nie widać, bo najbardziej widoczne są złe czyny. Margines, niewielka grupa, powoduje, że lekarze są non-stop na cenzurowanym.


Jak Pan myśli, dlaczego nie wszyscy są tacy jak Pan, nie wszyscy reagują?
Obojętność, albo niewystarczające nasilenie empatii. Niektórych tylko życie skrzywia albo są wystawieni na zły przykład. Wydaje mi się, że może to wynikać u wielu osób z pędu, w którym żyjemy i z technicyzacji i z odhumanizowania tego zawodu.

Skąd się bierze to odhumanizowanie?
W tej chwili egzaminuje się studentów przy pomocy testów. A kontakt lekarza z pacjentem jest kontaktem fizycznym i werbalnym. Nie ma cudu w tym, że aspiryna podana przez różnych lekarzy, z różnym podejściem do pacjenta, przyniesie inny efekt. Dlatego, że ma miejsce oddziaływanie jednego człowieka na drugiego, pojawia się – albo nie – poczucie bezpieczeństwa, zaufania, zainteresowania. To ma kluczową rolę w leczeniu. Zapominamy o tym. I potem, jak zachodzi potrzeba porozmawiania z pacjentem, nie potrafimy tego zrobić. A cała sztuka lekarska polega na tym, że w ciągu 3 minut lekarz musi rozpoznać, z kim ma do czynienia – czy zażartować, czy opowiedzieć od razu o wszystkich skutkach choroby, czy dozować informacje. I musi schować do kieszeni chęć swojej dominacji intelektualnej nad pacjentem, chęć popisania się. Zwłaszcza młodzi lekarze uwielbiają udowadniać, że się znają, że wiedzą, i zalewają pacjenta językiem specjalistycznym. A to nie buduje autorytetu lekarza, pacjenci się po prostu boją. Zrezygnowano z uczenia w związkach mistrz – uczeń, z rozmów z mistrzem.

To chyba, niestety, nie tylko problem medycyny.

Wszyscy coraz mniej rozmawiamy, mówimy krótkimi przekazami szczątkowych myśli. W domu zazwyczaj dzieci nie mają dobrego przykładu, wszystko robi się na szybko, zostają z komputerem. Coraz mniej czytamy!

Co do nauczania dzieci, ja uważam, że największą korzyść przynosi porządne przeszkolenie z zasad pierwszej pomocy. Żeby dziecko wiedziało, że zawsze – podkreślam, zawsze! – trzeba próbować ratować. To jest konkretna wiedza, ale też uczy pewnego podejścia odpowiedzialnego do świata. I to jest zawsze ważniejsze, niż zdobywanie wiedzy o tym, gdzie leżą złoża boksytów, choćby nie wiem jak cenne te boksyty były. Natomiast, w wypadku lekarzy brak umiejętności rozmowy jest szczególnie niebezpieczny – pamiętamy wszyscy niedawny przypadek, kiedy dziecko zostało zagłodzone na śmierć przez znachora. Ale dlaczego do tego doszło? Przecież ja nie podejrzewam, że rodzice tego dziecka na początku nie poszli do lekarza. Tylko pytanie, jakie mieli doświadczenia ze służbą zdrowia. Być może ktoś ich zbył, być może ktoś zrobił niestosowną uwagę. Być może to było na początku choroby. I oni znaleźli powiernika, osobę, która wykazywała wolę pomocy. Może powinniśmy się trochę my też, jako środowisko, uderzyć w piersi, że ludzie szukają gdzie indziej pomocy, kiedy przez służbę zdrowia są traktowani jak w słynnej scenie z filmu „Pora umierać”… Każdy z nas ma złe doświadczenie związane z funkcjonowaniem służby zdrowia. Ja też takie mam, w stosunku do siebie i kiedy obserwowałem odchodzenie mojego ojca. Od swoich kolegów zaznałem bardzo wielu upokorzeń i nieeleganckich zachowań.

Właśnie. Pan jest pediatrą, a dużo słyszy się o Pana inicjatywie dla seniorów.
Zdałem sobie sprawę jak upokarzająco traktuje się starych ludzi. Na przykład zwracając się do obcych osób per: „Babciu, Dziadziusiu”. Zawsze pamiętajmy, że to jest człowiek, który być może nie chce być naszym dziadziusiem albo babcią. W pewnym sensie ja mam szczęście, bo pracuję z dziećmi (chociaż pamiętajmy, że pediatra ma za pacjenta nie tylko słodkie dziecko, ale i jego rodziców, którzy nieraz są bardzo zdenerwowani, a nieraz i agresywni…). Małe dziecko jest nieporadne w świecie, ale każdy go pogłaszcze, wytrze, bo jakoś nie śmierdzi. A takie same nieporadne zachowania starszych osób odbieramy bardzo negatywnie. Czym się różni wczesne dzieciństwo od późnej starości? Dlaczego w internie i w geriatrii tak trudno jest stosować zasadę: „dobro i wrażliwość, reszta w książkach”? Niestety to jest problem całej medycyny. Ja uważam, że już na tyle długo jestem w zawodzie, że mam prawo o tym mówić, bo zaczyna mi się ta medycyna coraz mniej podobać. U każdego lekarza potrzebna jest wrażliwość, to znaczy: patrzenie na starego człowieka i szanowanie go, niezależnie od tego, czy mu wypadły zęby, ma brzuch i jest łysy. To też patrzenie na pacjenta-kobietę nie jak na naczynie, instrumentalnie. To pamięć, że każdy ma prawo do decydowania o sobie. Dlatego coraz więcej też staram się interweniować, zwłaszcza w los osób starszych, dlatego organizuję dla nich wyjścia do opery, do teatru. Dlatego akcja nazywa się: „Jeszcze żyję!”. To nie jest skamlenie, to jest okrzyk bojowy! Należy mi się od was! Jeśli nie od własnych dzieci, to od społeczeństwa. Społeczeństwa, które nie ma prawa wykluczać dlatego, że ktoś nie ma kaloryfera na brzuchu, białych ząbków i niebieskich oczu. Żeby 92-letnia emerytowana neurolog, której cała rodzina już nie żyje i mieszka w zakładzie opiekuńczym przypomniała sobie wszystkie te razy, kiedy chodziła do opery z narzeczonym. Żeby ona nie myślała, że życie już nie ma sensu, żeby nie czekała na śmierć, tylko na następny spektakl. Tutaj nie trzeba świętości, trzeba trochę wrażliwości. I głowy.

A jak Pan ćwiczy głowę?
Ja każdego dnia, w ramach zachowywania takiej wewnętrznej dyscypliny, czytam minimum dwie godziny. Podręczniki medyczne, ale też wszystko, co jest – od kryminałów po dobrą literaturę. Bo to kształtuje umysł. Przez lata, codziennie dwie godziny – to mnóstwo godzin strawionych (nie straconych!) na doskonaleniu siebie.

Czytanie jest chyba najlepszą formą kształcenia własnego intelektu.

Musimy odtworzyć w naszym mózgu emocje, które były związane z procesem pisania, zastanowić się, w jakim celu coś było pisane. Jednocześnie to kształcenie swojej wrażliwości. Jeśli czytamy to tworzymy w mózgu obraz świata przedstawianego przez literata, który ma w jakiś sposób na nas zadziałać.

Co Pan poleca?
Najpiękniejsza książka, która – myślę – zmienia życie każdego lekarza (moje na pewno) to „Księga z San Michele” Axela Munthego. Opisy polowania na skowronki na Capri, śmierci psa…niesamowicie poruszające. A druga taka historia to „Historia jednego życia” Ludwika Hirszfelda, polskiego naukowca, genialnego serologa, który wbrew wszystkim przeciwnościom tworzy wielką medycynę i zachowuje przy tym niesamowitą skromność. Także to tylko polecać – w szczególności lekarzom. Ale co czytać? Właściwie wszystko. Nie tylko dysertacje naukowe, filozoficzne, ale wszystko, bo to zwiększa nasz zasób słów, naszą wrażliwość, nasze postrzeganie świata i człowieka. Każda książka jest studium na temat człowieka. Jak czytamy kryminał, to będziemy poznawać ofiarę i zbrodniarza, mamy już dwie osobowości do analizy (miał prawo zabić, czy nie miał prawa?) A jeśli do tego ten kryminał to „Zbrodnia i Kara”, to ponieważ to jest świetna literatura, jest też śledczy, który od pierwszego rozdziału bawi się z Raskolnikowem. I mamy też tę grę. Kapitalna zabawa intelektualna! Trzeba uczyć się czytać od nowa.

Mógłby Pan – ze swoimi zasadami, wartościami – wykonywać inny zawód?
Pewnie tak, pewnie każdy. Może ciężko by mi było być adwokatem, jeślibym wiedział, że mam do czynienia z łobuzem. Chociaż…on też ma prawo do obrony. Myślę, że byłoby tak samo ciekawie i trudno. Nigdy nie zastanawiałem się, kim innym chciałbym być. Tylko jak już jestem tak fest zmęczony, to sobie myślę, że może chciałbym być menelem. Bo wszyscy daliby mi spokój i każdą złotówkę, którą bym zarobił, wydałbym na swoje rozkosze i zabawy. 100% na swoje radości. A tu buty trzeba dzieciom kupić, spodnie, słuchawki się połamały, bo jakiś pacjent pociągnął, podatek, abonament… i człowiek jest uwikłany w konieczność zarabiania tych pieniędzy. Ale to są krótkie chwile, zazwyczaj wtedy idę na urlop. 4-5 dni mój zespół ma spokój i potem już zaczynam do nich dzwonić, oszukuję żonę i przyjeżdżam.

Czy chciałby Pan teraz być młodym lekarzem?
Nie, ani młodym lekarzem, ani młodym człowiekiem. Pewnie, że dobrze byłoby mieć wydolność organizmu taką, jaką miałem 20-30 lat temu. Ale nie zrezygnowałbym z optyki, jaką teraz mam na korzyść gęstszych włosów. Młody lekarz ma ciężki kawałek chleba. Ale spokojnie, każdy z nas to przechodzi! Przy pierwszej recepcie zawsze ręka drży. Patrząc na to zaplecze diagnostyczne, które teraz jest, wydaje się, że pewnie mają łatwiej. Patrząc na sprzęt – też się wydaje, że łatwiej (jak sobie przypomnę te stare wenflony, wybieranie tępych igieł…) A czy uprawialiśmy lepszą medycynę? Jeżeli się ją uprawia z sercem i jest się w pełni oddanym to myślę, że tak samo jest teraz trudno i wtedy było trudno. Trzeba się uczyć i analizować to, co się robi, wtedy jest łatwiej. Cały czas się uczyć. Jeśli dobrze wykonujesz swój zawód, to nie musisz pamiętać o swoich pacjentach. Oni będą o Tobie pamiętać.

A jacy są młodzi lekarze?
Oczywiście, są inni niż moje pokolenie. Ja podziwiam, jak niewyobrażalnie sprawni są w obsługiwaniu sprzętu, w wykonywaniu zabiegów z wykorzystaniem nowych urządzeń, w analizach aż do poziomu molekularnego. Tylko… jest przepaść pomiędzy możliwościami analizy, diagnostyki, a możliwościami leczenia. I nie zawsze musimy robić setki badań, żeby dowiedzieć się o człowieku najważniejszych rzeczy – czasami uzyskamy tę wiedzę w trakcie rozmowy i rzetelnych fizykalnych badań, analizy objawów klinicznych wg starej szkoły. Czasami diagnostyka prowadzi nas na manowce, trzeba robić badanie do badania, bo dostajemy wynik, który w żaden sposób nie przystaje do obrazu chorobowego. Proszę mnie źle nie zrozumieć: to absolutnie nie jest tak, że ja nie chcę zlecać badań! Badania profilaktyczne, robione jak ktoś się czuje zdrowy, to jest podstawa, ich nie można przecenić. Ubolewam nad tym, że wciąż duża część profilaktyki to tylko takie „akcje” typu mammobus. To jest absolutnie niewystarczające! Natomiast badanie się „na wszystkie najgorsze ewentualności” od razu, przy najmniejszej gorączce przez jeden dzień, to przesada. Tylko sekcja zwłok to jest badanie, które odpowie na wszystkie pytania, ale z kolei pacjenci sakramencko go nie lubią…

Czy Panu udało się zbudować taką relację, że to Pan jest mistrzem dla kogoś?

Hm, myślę, że na moim oddziale pracuję z zespołem, który kocham i wiem, że oni mnie też. Mówię o wszystkich – zastępcy, asystentkach, pielęgniarkach i salowych. Wszyscy są takimi samymi członkami zespołu, tego też uczę wszystkich.

Może działam na swoją niekorzyść, bo uczę ich od początku do końca wszystkiego…zaraz już ja im nie będę potrzebny! Nie siedzę w swoim gabinecie, siedzimy razem. Nawet jakbym Pani uciął ten najmniejszy palec – nie kciuk – to już całą bolącą ręką, bez piątego palca, nic się nie da zrobić. Dlatego w zespole wszyscy są ważni jak palce jednej ręki. Wstydzę się tego trochę, ale ja wszystkich w zespole traktuję trochę jak swoje dzieci. I dlatego mówię do nich po imieniu. Kiedyś zaproponowałem, żeby oni też mówili mi na „ty”, ale nie chcieli. Mam poczucie, że powinienem się nimi w jakiś sposób też opiekować, bo oni są słabsi, bo mój protest – jako szefa oddziału – ma dużo większą siłę niż protest lekarza-stażysty czy salowej. Eh, wiem, że jestem nieznośny jako pracownik i gdybym był swoim szefem to bym się wyrzucił już dawno…Ale tyle dobrze, że ja nigdy nie zabiegałem o to, żebym ja miał lepiej, tylko żeby pacjent miał lepiej.

Jakie jeszcze są zasady pracy na Pana oddziale?
Mój zespół wie, że prof Spodaryk nie toleruje łapownictwa i kłamstwa, bo tam gdzie się zaczyna kłamstwo tam się kończy medycyna. Czasami to znaczy, że nawet dziecku trzeba powiedzieć uczciwie: będzie bolało. Ale warto od razu dodać: „także będę dmuchał, żeby mniej bolało! Wkurza mnie jak rodzice „straszą” lekarzem mówiąc: „a teraz przyjdzie pan doktor i da Ci bolesny zastrzyk”. Jest dużo gorszych zawodów! A najbardziej wkurza mnie, jak pacjent jest traktowany jako przypadek. U mnie na oddziale to jest niedozwolone. To jest Jaś, Hubert, Ewa, Julka. Nie ma przypadku.
Na moim oddziale wisi maksyma autorstwa prof. Jana Nielubowicza, chirurga, który jako pierwszy przeszczepił w Polsce nerkę. Miałem przyjemność spotkać go, gdy byłem jeszcze bardzo młodym, początkującym lekarzem. Ta maksyma brzmi: Naucz się godnie znosić sukces drugiego. W moim życiu było trochę sukcesów. Ale ona pozostaje tak samo ważna.

Z czego jest Pan dumny?
Z moich synów. I z tego, że moja żona ze mną wytrzymuje. Moja żona jest najmądrzejsza, najpiękniejsza i pierwsza i jest cały czas tą samą najmłodszą dziewczyną. Ja ją widzę dokładnie tak samo jak wtedy kiedy się poznaliśmy. Nie wiem, na ile jestem dobrym lekarzem. Ale jestem zakochany w sobie ze wzajemnością. Nie wstydzę się swojego życia i to daje mi poczucie komfortu i spokoju. Nie wierząc, tak czasami sobie myślę: a jakby to było, jakbym się rozczarował na koniec? Nie zakładam tego, bo logika mi mówi, że tam nie ma nic. Ale jakbym się rozczarował… to lepiej tak żyć, żebym potem był po tej lepszej stronie. Chociaż ze względu na towarzystwo może ta druga byłaby ciekawsza.

*

Rozmowę przeprowadziła Jagoda Komusińska – Współpracownik Fundacji Warsztat Innowacji Społecznych, doktorantka Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Edukator w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau. Ukończyła Kulturoznawstwo; Filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim i Międzynarodowe Stosunki Gospodarcze na UEK. Dzięki stypendium Erasmus i Erasmus Practice część studiów odbyła we Włoszech. Autorka publikacji naukowych z zakresu filozofii ekonomii i ekonomii kultury.

__________
1Od roku 2016 na przedramieniu profesora Spodaryka znajduje się mała Świnka Peppa – bohaterka popularnych bajek dla dzieci, której autorzy zostali bezpodstawnie oskarżeni o propagowanie kanibalizmu.

2Aluzja do „Ferdynanda Wspaniałego” – bajki opowiadającej o psie, który bardzo chce zostać człowiekiem.

NO COMMENTS

POST A COMMENT