Home / Wywiad  / Poszukiwanie prawdy i poznawanie samego siebie – Janusz Makuch

Poszukiwanie prawdy i poznawanie samego siebie – Janusz Makuch

Janusz Makuch

Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Założyciel i dyrektor Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, odbywającego się od 1988 roku, uznawanego za jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Polsce, również dobrze znanego poza jej granicami. Wielokrotnie doceniany za organizowanie FKŻ oraz swoją działalność na rzecz zachowania i rozpowszechniania dziedzictwa kulturowego polskich Żydów, m.in. Krzyżem Oficerskim Odrodzenia Orderu Polski czy nagrodą im. Ireny Sendlerowej.

***

Rozmowa z Januszem Makuchem to rozmowa o tym, że nie biznesplan i nie kariera są najważniejsze. Najważniejsza w życiu jest pasja, którą trzeba w sobie odkryć, a żeby tak się stało należy słuchać głosu swojego sumienia i intuicji, żyć uczciwie, w zgodzie z samym sobą, czasem działać na przekór innym. Trzeba mieć w sobie dość siły i samozaparcia, żeby nie stać się podatnym na płynące zewsząd, sprzeczne informacje. Nie bać się mieć własnej wizji, nie unikać konfrontacji, ale jednocześnie być pokornym, szanować i nie ograniczać innych. Tylko wtedy będzie można mówić o sukcesie.

***

Paulina Simonides: Niemal 30 lat temu razem z Panem Krzysztofem Gieratem, założył Pan Festiwal Kultury Żydowskiej, którego dyrektorem jest Pan do dzisiaj. Od czego się to wszystko zaczęło? Skąd pomysł, motywacja, decyzja o podjęciu takiego działania?

Janusz Makuch: Pomysł zrodził się spontanicznie i z potrzeby wypełniania pustki, jakiej doświadczaliśmy wspólnie, szczególnie po 1968 roku, kiedy garstka Żydów, obywateli polskich, została przez władze komunistyczne wygnana z ich ojczyzny. Dla mnie kompletnym nieporozumieniem jest to, że dzisiaj wszystko się planuje, trzeba mieć biznesplan, jakąś tzw. wizję i wyszczególnione poszczególne etapy rozwoju swojego projektu. Słowo projekt jest czymś koszmarnym. Nic takiego nie istniało w czasach kiedy myśmy to wszystko zaczynali. Chcieliśmy coś zrobić i po prostu zrobiliśmy to.

Czy w takim razie można powiedzieć, że była to pewna trudność, z którą trzeba się było zmierzyć?

Trudności są i powinny być zawsze. Nie w tym rzecz. Rzecz w gnuśności ducha. I intelektu. Wszystko zaczyna się układać, kiedy człowiek robi coś zgodnie z tym co  w sobie czuje. Innymi słowy, jeśli to „coś” jest zgodne z jego wizją życia, ale już niekoniecznie kariery, bo ta najczęściej nie ma nic wspólnego z prawdziwym, uczciwym życiem. Jeżeli człowiek zakłada, gdzieś obok swojej wrażliwości, swojej wiedzy, swojego świata odczucia, pewne cele, które chce osiągnąć, no to zawsze następuje jakaś kolizja z tym co rzeczywiście świadome i wewnętrzne, co nas kształtuje, a tym co jest tylko jakby funkcją naszego istnienia w świecie. Nas funkcja istnienia w świecie nie interesowała, przynajmniej mnie to nie interesowało. Chciałem jedynie żyć w zgodnie ze światem swoich wartości, powiedzieć kim jestem. Wtedy się wychowywaliśmy w zupełnie innych warunkach, czytaliśmy zupełnie inne książki. Niejednokrotnie mieliśmy trudność, by do nich dotrzeć. W związku z powyższym, to co dla ludzi studiujących tutaj za rogiem, na Wydziale Judaistycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego jest czymś oczywistym, dla nas było odkryciem. Wtedy w ogóle nie było książek dotyczących szeroko pojętej kultury żydowskiej czy judaizmu. Dziś ich brak byłby czymś zupełnie niewytłumaczalnym, a wtedy było to oczywiste. Więc mówimy o dwóch różnych światach i w tym samym sensie mówimy też pewnie o dwóch różnych wrażliwościach, konstrukcjach umysłu ludzi, którzy kiedyś zaczynali coś, co jakimś cudem przetrwało po dziś dzień, a tymi, którzy zaczynają to teraz, czerpiąc, najczęściej nieświadomie, z dorobku swoich poprzedników, co samo w sobie jest jak najbardziej naturalne.

Młodzi, jak to młodzi, myślą, że wiedzą wszystko. A wiedzą niewiele. Ja nie jestem ich nauczycielem, ani liderem albo kimkolwiek kto rościłby sobie prawo do mówienia „róbcie tak” albo „nie róbcie tak”. Mogę natomiast opowiedzieć o czasach, w których zacząłem coś sensownego robić, a które już nic nie mają wspólnego z dzisiejszymi czasami. Zatem co takiego jest ważne w życiu?

Pasja jest ważna. Miłość jest najważniejsza. I szczerość, która godzi je ze światem. Bez pasji, autentycznego zainteresowania jakimś światem, w którym chcemy spędzić resztę naszego życia, nie ma mowy o tym, żeby móc go zmieniać, by zmieniać samego siebie.

Nasz Festiwal zaczął się od niezwykłej fascynacji i pasji. Nie przeszkadzało nam istnienie komunizmu. Ani swego rodzaju „nieobecność” żydowska w kraju. Jako naród, w jednej chwili zatraciliśmy po wojnie naszą prawdziwą tożsamość narodową i kulturową. Chcieliśmy ją odszukać, pokazać prawdę. Powinniście zrobić to samo. Zatem słuchajcie głosu własnego rozsądku. I sumienia. Dążcie w swoim życiu do prawdy. Dziś jest Wam łatwiej dochodzić do prawdy.

Wtedy ona była ukrywana.

Oczywiście, że tak. Festiwal powstał w 1988 roku. Wówczas byliśmy przekonani, że komunizm będzie trwał wiecznie. Nie powstrzymało nas to przed walką z tą potworną rzeczywistością. Proszę pamiętać, dla ludzi w Pani wieku to, o czym mówię, to historia równie odległa, jak historia Pompei. Musicie coś stracić, na przykład nieograniczony dostęp do Internetu, żeby choć trochę poczuć się w naszych butach. Nas motywował brak wolności. Tej podstawowej. Poszukiwaliśmy też właściwej formy ekspresji dla wyrażenia naszej tęsknoty za wolnością. Zgłębialiśmy więc naszą kulturową tożsamość, co siłą rzeczy musiało nas doprowadzić do świata kultury żydowskiej. Od tego wszystko się zaczęło.

Dużą rolę odegrała zatem ciekawość świata i pewne samozaparcie, żeby dojść do ukrywanej prawdy?

Na pewno tak. Ciekawość świata i bezkompromisowa determinacja w dążeniu do prawdy. Dla Polaków, którzy nagle odkryli świat kultury żydowskiej, ten wielki, potężny zatopiony kontynent, to był syndrom zatopionej Atlantydy. Wreszcie ją odkryliśmy. Dla młodych Żydów, którzy wtedy byli równie młodzi jak my, mieli 20, 25, 30 lat, to było jak syndrom zburzonej Jerozolimy, którą wreszcie możemy odgruzować. Byliśmy całkowicie oddani naszemu światu, który codziennie przepełnialiśmy pasją i miłością. I tak to już trwa niemal 30 lat…

Dzieje się spontanicznie czy podczas organizacji wydarzeń są podejmowane jakieś konkretne kroki?

Zmieniło się bardzo wiele. Ale jednak spontaniczność jest niezbędna. Jednocześnie, niemal trzydzieści lat doświadczenia, jak organizować pewne rzeczy daje pewność, że choćby się nawet bardzo chciało, to tych pewnych rzeczy się już nie zepsuje. Ale i tak musisz we wszystko wkładać ogrom wiedzy i miłości. Dzięki temu to wszystko trwa. Mógłbym wykonywać różne inne rzeczy, sądzę, że mam takie zdolności, ale szczęśliwie nie muszę.

Robi Pan to, co kocha?

Tak, robię to co kocham. Robię to co jest moją pasją, pasją mojego życia i właściwie sensem istnienia. I pod tym względem zaliczam się do ludzi szczęśliwych, którzy nie zaplanowali sobie tak swojego życia, ale chyba umieli odczytywać dźwięki z pewnego wszechświata, kultury czy czegokolwiek innego i z tych dźwięków jakoś stworzyła się w miarę przejrzysta kompozycja życia.

A co w przypadku ludzi, którzy nie mają takiego szczęścia? Którzy miotają się między jedną rzeczą a drugą, nie mogąc znaleźć sobie miejsca? Można im jakoś poradzić, w którym kierunku powinni pójść?

Oni muszą zaufać swojej intuicji, wsłuchać się w nią. Muszą być, idąc już o krok dalej, bardzo uczciwi wobec samych siebie. Albo kariera, albo życie. Kiedyś, za studenckich czasów, wyciągnęliśmy naszego profesora od literatury na herbatę i na jednym z takich spotkań on popatrzył na nas i zapytał „czym państwo chcielibyście się zajmować w życiu?”. Każdy coś powiedział, aż w końcu on zadał fundamentalne pytanie „A dlaczego państwu w życiu nie chodzi o prawdę?”. Nie wiem czy dzisiaj można komuś zadać takie pytanie? Czy ktoś to zrozumie? Jeżeli nie, to fatalnie.

Powinno się zadawać codziennie pytanie o prawdę, więc myślę, że jeżeli ci młodzi ludzie nie odpowiedzą sobie bardzo uczciwie na pytanie o prawdę życia, to wszelkie rady będą tym bardziej głupie i nie na miejscu.

To jest tak, że życie jest nam dane raz, tylko na jeden raz i wielu ludzie zadaje sobie do końca życia pytanie „co ja bym właściwie chciał robić?”, a potem na końcu dochodzą do wniosku, ze coś im nie wyszło, że mogli zostać kimś innym. I do kogo ma się wtedy pretensje? Do samego siebie. Więc w pewnym momencie trzeba podjąć też ryzyko, polegające na bardzo uczciwej grze z samym sobą. Słyszę głos swojego sumienia, słyszę głos swojej intuicji, który każe mi iść tam, gdzie niekoniecznie każe mi iść mój rozum i muszę wybierać. A jeszcze potem, „uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”…

Trzeba umieć zaryzykować. Nie bać się. To jest element fundamentalny. Nawet jeżeli czuję, że mój rozum mów mi „nie, postudiuj jeszcze przez 17 lat, zrób jeszcze kolejny dyplom, specjalizację…” Nawet jeżeli tak rozum podpowiada, powiedz mu „nie”.

Jestem człowiekiem z krwi i kości, czuję, że chcę coś zrobić, zmienić świat, udoskonalić swoje życie, zrobię to, wbrew samemu sobie i wbrew światu. Więc musi być w człowieku jakiś element przekory, a jeszcze lepiej jeżeli człowiek ma w sobie poczucie bycia heretykiem, bo tylko tacy zmieniają świat.

Prof. Ludwik Hirszfeld, który m.in. dokonał podziału na grupy krwi, powiedział, że nie ma postępu bez herezji. I paru innych też zapisało się jako heretycy, co prawda niektórzy spłonęli, ale wszyscy wpisali się na listę największych odkrywców i nowatorów myśli ludzkiej. Innymi słowy udoskonalili nasze życie. Więc warto iść pod prąd życia. I świata. Albo się jest kimś, albo się jest nikim. Wybieraj.

Gdybyśmy w takim razie spróbowali teraz uporządkować to wszystko, byłby Pan w stanie wskazać kilka cech charakteru, które pomogły się Panu znaleźć w tym konkretnym miejscu, w którym jest Pan dzisiaj? A jednocześnie cech, których młodzi powinni w sobie szukać?

Nie, ja nie umiem tego tak nazwać, taka klasyfikacja jest szalenie błędna. Czegoś takiego można by chyba dokonać dopiero po śmierci człowieka, bo człowiek jest żywym organizmem.

I dopiero moje pokolenie, za kilkadziesiąt lat, będzie mogło ocenić jak Pan działał i dokonać takiej klasyfikacji?

Myślę, że tak, pod warunkiem, że nie będziecie mieli już kompletnie nic innego do roboty! Wszystko co w tej chwili mówię, jest jakąś zakamuflowaną projekcją mojego ego.

Z jednej strony trzeba uzyskać pewien rezonans z tym światem, bo trudno z nim być w nieustannej wojnie i niekończącym się niepogodzeniu, więc jakoś rezonować to powinno, ale też ten rezonans wcale nie musi być bardzo zharmonizowanych i polifoniczny. To równie dobrze może być zgrzyt i nie będzie w tym nic złego. A z drugiej strony myślę, że niezależnie od siły, z jaką walczymy sami ze sobą, człowiek powinien akceptować to jakim jest, bo to jest fundament bycia uczciwym wobec siebie i świata. Koniecznie trzeba sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie kim się jest, dopiero później zastanawiać się nad tym co chce się robić.

Sprawdza się zatem bycie wolnym duchem, ciekawość świata i szukanie?

Oczywiście. Uczelnie wyższe są niestety od dłuższego czasu wylęgarniami ludzi pospolitych, myślących w bardzo podobny, mało twórczy sposób, a to sprawia się, że są oni „materiałem” bardzo podatnym na wpływ innych. Na szczęście – taką mam nadzieję – są też wśród was ludzie odważni, inteligentni i mądrzy. Zatem znowu powtarzamy jak mantrę, że przyszłe pokolenie będzie lepsze. Otóż nie będzie. Jesteście równie głupi, jak my. My, czyli starsi od was. Waszą jedyną przewagą nad nami jest to, że widzicie naszą głupotę. Czy będziecie równie głupi albo głupsi, by nic z tym nie zrobić? Zobaczymy. Ale warto rozpocząć cały proces edukacji od uświadomienia tego jak w jak bardzo głupim społeczeństwie żyjemy, jak my sami jesteśmy głupi. I może to pozwoli na zweryfikowanie pewnych mitów, na których wyrosło nasze narodowo-katolickie ego i świadomość, błędna skądinąd, tego, że jesteśmy narodem wybranym i wszystko co zrobimy wpisze się na karty wiecznych ksiąg ludzkości. Myślę, że każdy z nas powinien od czasu do czasu przejść taką terapię. Warto mieć przed oczami pewien etyczny horyzont, że cokolwiek myślę i cokolwiek robię, nie powinno to przekraczać horyzontu, poza którym jest ludzka krzywda, moja własna krzywda, ale nade wszystko krzywda mojego bliźniego. I to jest szalenie ważne, bo wkraczamy w obszar etyki, czyli relacji z drugim człowiekiem. Nie jesteśmy sami na tym świecie.

Chciałabym także zapytać czy ma Pan poczucie, że z roku na rok praca nad Festiwalem, jego organizacja jest prostsza, czy wręcz przeciwnie, jest to coraz bardziej skomplikowane działanie?

Najbardziej fascynujące w tym co ja robię, jest to, że świat, który próbuję opisywać czy też odzwierciedlać w formule Festiwalu, nieustannie się zmienia, bo to jest świat kultury. Jest odbiciem stanu umysłu ludzi, którzy tę kulturę tworzą, a ona szczęśliwie nie jest w żaden sposób zaprogramowana, rozwija się nieustannie po swojemu i nieprzewidywalnie i fascynujące jest śledzenie tego jak to wszystko się odbywa. W przypadku FKŻ ma to jeszcze swój pogłębiony kontekst, bowiem ta kultura jeszcze do niedawna była kulturą niemalże całkowicie wymarłą. Nieprzypadkowo powiedziałem o syndromie zatopionej Atlantydy i zburzonej Jerozolimy. W związku z powyższym, Festiwal, który odbywa się w cieniu Auschwitz-Birkenau, czyli rzut kamieniem od tego niemieckiego obozu śmierci, jest Festiwalem skupionym na życiu, które ma to do siebie, że ulega nieustannym fluktuacjom, zmianom i zmienia się niebywale dynamicznie w różny sposób w różnych obszarach świata. Wszędzie tam, gdzie są Żydzi.

Czy gdyby zaczynał Pan dzisiaj, a nie 30 lat temu, byłoby łatwiej? Pomysł, organizacja? Mogłyby wyglądać inaczej?

To są rzeczy, których ja w żaden sposób nie jestem w stanie porównać. Nie wiem co by było gdybym zaczynał dzisiaj, bo jestem jednak o te blisko 30 lat starszy i bardziej doświadczony. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Z jednej strony nieustannie zaczynam od nowa, bo nawet te 30 lat pracy nie daje mi prawa do poczucia, że już nic nie trzeba robić. Zatem ciągle mierzę się z jakimś nowym wyzwaniem. I w tej chwili właśnie zmieniłem zupełnie wizję festiwalu, którą jeszcze dwa miesiące temu miałem kompletnie inną, dlatego, ze festiwal podąża za życiem, zmieniającym się żydowskim życiem, ale też zmieniającym się życiem w Polsce. Dwa miesiące temu mieliśmy inną rzeczywistość.

Można zatem powiedzieć, że stara się Pan dopasować Festiwal do tego, co się dzieje w kraju?

Nie, nie dopasować. Staram się, żeby Festiwal do jakiegoś stopnia był swego rodzaju barometrem przemian mentalnych i kulturowych jakie się tutaj dokonują. I widząc to, co dzieje się dzisiaj w Polsce, nie mogę milczeć. Nie mogę milczeć, kiedy jacyś bandyci pod biało-czerwona flagą, powołujący się na najbliższe Polakom wartości, palą na Rynku Głównym we Wrocławiu kukłę Żyda, czyli kukłę Jezusa, który był Żydem, a wszystko to przy milczącej aprobacie polityków i policji. Nie chcę by przez tych bandytów, świat traktował mnie jako Polaka – antysemitę. Chce być dumny, że jestem Polakiem. Chcę, ale nie mogę.

Powinno się reagować, odpowiadać na bieżące wydarzenia?

Milczenie jest już przyzwoleniem i uczestnictwem lub współuczestnictwem, dlatego też Festiwal musi zabrać głos w tej sprawie. Wracając więc do pytania o to czy po 30 latach jest łatwiej, powiedziałbym, że nie. Jest trudniej. Zdecydowanie trudniej, bo rzeczywistość nas przerasta, rozwija się w sposób nieprzewidywalny, dramatyczny, a jednym z założeń Festiwalu jest odzwierciedlenie i współuczestnictwo jednocześnie, w tej kształtującej się na co dzień rzeczywistości, wyrażanej przez związki polsko-żydowskie, kulturę żydowską. Świat się szalenie skurczył przez te 30 lat i o ile jeszcze kiedyś byliśmy tutaj na pewnego rodzaju wyspie, którą kiedyś był Kazimierz, tak teraz wszystko jest ze sobą bardzo powiązane, tymi tkankami łącznymi, rozłącznymi itd. I to jest fascynujące, a z drugiej strony przerażające.

A mimo to ciągle znajduje Pan siłę i chęci, żeby nie tyle z tym walczyć, tylko, żeby robić to dalej. I właśnie to jest w tym wszystkim niesamowite.

Niesamowite jest to, że wciąż możemy organizować Festiwal. Festiwal nie jest celem samym w sobie. Celem samym w sobie jest jakieś uczciwe godne życie i człowiek znajduje tylko formy wyrazu dla tego co go fascynuje i co stanowi przedmiot jego miłości. To może być FKŻ, to może być kowalstwo albo umiejętność szycia butów. Ale cokolwiek człowiek robi w życiu, powinien robić to perfekcyjnie, jak najlepiej tylko potrafi, czyli wkładać w to cały potencjał swojego umysłu, umiejętności manualnych czy intelektualnych, no i serce.

Ale też człowiek powinien być gotowym do samokształcenia.

Nieustannie. Rabin Nachman z Bracławia powiedział, że całe nasze życie tak naprawdę zmierza ku temu, żeby się nieustannie doskonalić. Dzisiaj to brzmi jak to brzmi i może zostać w różny sposób przyjęte, ale ja naprawdę staram się to robić.

Wracając na chwilę do samego Festiwalu i Stowarzyszenia – jest Pan jego dyrektorem, a to oznacza, że ma Pan pod sobą wielu ludzi, współpracowników i bardzo prężnie działający wolontariat. Ciekawa jestem czego jako dyrektor Pan u nich szuka? Jakich kompetencji? Też tego, żeby byli uczciwi i otwarci na świat czy coś konkretnego muszą potrafić?

Nie ma czegoś konkretnego. Jeżeli już przesłuchuję kogoś i rozmawiam na temat jego kompetencji, to  nigdy nie pytam go o to, jaki skończył kierunek studiów i czego się na tych studiach nauczył, bo to jest mi do niczego niepotrzebne. Rozmawiam z człowiekiem. Interesuje mnie co i jak myśli. Kim jest. I kim jest dla niego inny człowiek. Rozmawiamy o literaturze, o życiu, o śmierci, o tym jaki rodzaj wina pije. Rozmawiamy o bardzo różnych rzeczach. I to czego naprawdę u nich szukam, to bezwzględnie właśnie takiej pasji, bezkompromisowości w poszukiwaniu prawdy życia, wspominanej już kilkakrotnie. Absolutnie nie szukam ludzi, którzy się ze mną we wszystkim zgadzają. Szukam ludzi, którzy myślą inaczej, niż ja.

Chodzi zatem o  konfrontację?

Pewnie tak. Rozwój polega na zderzeniu przeciwieństw, na tym, że rozmawiamy, że dyskutujemy, że się kłócimy. A to wszystko bierze się z pewnej pozornej niespójności i z oddziaływania siły przeciwieństw. Przecież nie chodzi mi o to, że ktoś przyjdzie i będzie kontynuował linę Janusza Makucha i będzie ciągnął ten Festiwal po mojej śmierci w ten sam sposób jak ja to robię.

Tylko będzie miał swoje pomysły?

Oczywiście, że tak. I na tym to polega. Dobrze jest, kiedy uczeń prześciga mistrza. Wówczas mistrz powinien wrócić do szkoły. To ma sens.

Niestety niektórzy wychodzą z założenia, że skoro już się czegoś nauczyli, nie muszą robić nic więcej.

To nie jest mój przypadek, na szczęście. Dopóty dopóki w człowieku jest ta pasja, żar poznania i pragnienie, no to czas przestaje mieć charakter linearny, a zaczyna nabierać charakteru cyklicznego. Gdzieś następuje w pewnym momencie ten etap duchowej, intelektualnej reinkarnacji jeszcze za życia, odrodzenia się i wstąpienia na nieco wyższy poziom. To co zdobyłem do tej pory jest oczywiście ciekawe, daje mi jakąś satysfakcję i frajdę. Ale to wszystko jest złudne w pewnym momencie. Człowiek jednak musi się doskonalić i wstępować ciągle na wyższy poziom swojej świadomości i tego kontaktu czy właśnie związku ze światem i ludźmi, którzy nas też współtworzą.

Więc trzeba mieć też w świadomości to jak inni nas postrzegają?

To niesłychanie ważne. I kompletnie nieistotne, jednocześnie. Nie przesadzajmy z tą oceną bliźniego, nie bądźmy zbyt surowi. Bo kimże niby jesteśmy? Ja po prosty chcę być wolny, może dlatego właśnie robię wciąż to samo?

Jednocześnie zarażając tym wolontariuszy, których tak wielu przyciągnął Pan do Festiwalu.

To Festiwal ich przyciągnął. Wspólnie stworzyliśmy pewien świat wartości. Wartości wspólnych, łączących. Bardzo ważne w tym wszystkim jest to, żeby posiąść umiejętność słuchania drugiego człowieka. Jeżeli już jakiś młody człowiek osiągnie poziom, z którego będzie zarządzał innymi ludźmi, to bez pokory i świadomości tego, że jest tylko człowiekiem, który jeszcze wiele rzeczy może się nauczyć, popełni oczywiście charakterystyczny, typowy i prymitywny grzech pychy i przekonania, że tylko ja się liczę.

Trzeba umiejętnie wsłuchiwać się w ludzi. Umieć ich doceniać, gdy już na to zasłużyli. Czasem trzeba też wiedzieć, że są wśród nich zagubieni.

Tacy, którym trzeba coś narzucić?

Bezwzględnie. Są kompletnie pogubieni w świecie, nie są w stanie podjąć samodzielnie decyzji. Natomiast są ludzie, którzy mogą zmieniać świat, wtedy kiedy nie ograniczy się ich ambicji, a jedynie będzie się tymi ambicjami stymulować na pewnym etapie, w pewnym okresie ich rozwoju. To również jest pewna umiejętność, którą trzeba posiąść. Czy się można tego nauczyć? Nie wiem, może. Ja to posiadam, jako dar. Ale myślę, że sporo lat mi to zajęło zanim odkryłem takie predyspozycje i zacząłem dostrzegać, iż ogromnym potencjałem, zdobyczą tego Festiwalu jest coraz większa liczba młodych ludzi, którzy pochodzą z zupełnie innego świata, mówią zupełnie innym językiem niż ja, ale z którymi mam coś niebywale wspólnego, jakąś ogromną łączność. W tym oczywiście pomogli mi moja córka i syn. Natomiast kiedy Pani pyta już o współpracowników, ale też o wolontariuszy, najbardziej fascynujące jest to, że na nich patrzę, a cała moja rola sprowadza się do nieprzeszkadzania.

Czyli oni robią swoje, a Pan po prostu jak mentor patrzy i z góry stymuluje?

No można tak to nazwać, oczywiście. Ale to, że tu pracują ludzie, którzy też są szefami wolontariuszy, to, że wolontariusze, którzy zaczynali od zmywania podłóg, a dzisiaj już trzy osoby pracują u mnie w biurze, to dowodzi tego o czym mówię, że to jest edukacyjny proces i że to działa. Poza tym ci ludzie organizują się wewnętrznie, osiągają pewien stan, który jest bliski społeczeństwu obywatelskiemu. I to co tworzymy tutaj, wśród tych kilkudziesięciu wolontariuszy, głównie z Polski, ale nie tylko, to jest taki mikroświat, który daje poczucie wspólnoty i odpowiedzialności

Festiwal jest ogromnym przedsięwzięciem i tutaj podział ról i zgoda na te role i pomoc jest piekielnie istotna, ważna i ci ludzie się w tym odnajdują. To jest wartość nadrzędna tego Festiwalu i to pozostaje. Ponadto też od wielu, wielu lat prowadzimy warsztaty dla dzieci, ucząc i dając tym dzieciom pewną wiedzę stanowiącą swego rodzaju narzędzie, dzięki któremu oni potem będą traktować świat jako świat kulturowego pluralizmu, politycznego pluralizmu. No pluralizmu po prostu.

I będą podchodzić do niego z szacunkiem.

Oczywiście, że tak. Ja tutaj nigdy nikogo nie uczyłem tolerancji. Irytuje mnie pojęcie tolerancji, bo ona apriorycznie, z góry zakłada wyższość tego, który toleruje tego drugiego. Natomiast my staramy się konsekwentnie uczyć wzajemnego szacunku dla wszelkich różnic, bo one są oczywiste i one muszą istnieć. I mam wrażenie, że nam się to, w tym naszym mikroświecie, udaje. Ja nie mam żadnych skłonności, tendencji wizjonerskich albo narzucania tego modelu, który stworzyliśmy całemu światu. Nie mam takiej charyzmy i takiej siły przekonania jak Jurek Owsiak, więc robię to wszystko w moim małym świecie, ale bardzo dbam o ten mój mały świat, jedyny świat, który mam.

Może dobrze. Bo wtedy człowiek naprawdę cały sercem wchodzi w to co robi i to też bardzo pomaga.

Ogromnie. Jeżeli widzę jak zmieniają się ludzie, patrzę jak robią coś dobrego i nie liczą się z tym, że to im przyniesie konkretne, wymierne korzyści, nie mają biznesplanu, to wiem, że jesteśmy na dobrej drodze.

Jak Pan sądzi, jak za 10-20 lat będzie wyglądał świat? Jak ludzie mogliby zaczynać swoje życie, tworzyć takie wydarzenia jak Pan? Jak będzie wyglądała ich droga, ścieżka do tego, żeby być takimi liderami?

Nie mam zielonego pojęcia i nie interesuje mnie to, przyznam szczerze. Nie jestem prorokiem i nigdy nie miałem takich skłonności. Pozostawiam to w gestii tych, którzy będą podejmowali sami za siebie decyzje jak zmieniać swoje życie i oblicze tego świata. Nie wiem, patrząc na ten świat przypominają mi się słowa Einsteina, który zapytany jaką bronią będziemy walczyli podczas III wojny światowej, odpowiedział „Podczas III nie wiem, ale w IV zostaną nam pałki i dzidy”.

Więc ciągle się cofamy?

Oczywiście, że tak. Na tym polega bolesny paradoks rozwoju technologicznego, rozwoju nauki. Im więcej wiemy, tym mniej wiemy. Sami szykujemy sobie zagładę. W imię głupiego postępu. Ale ciągle jest nadzieja. Gdzieś trzeba zejść w pewnym momencie do takiego poziomu rudymentarnego, podstawowego poziomu łączności ze światem, przez warstwę sensualną, dotyku, spraw podstawowych. Ładnie o tym Stasiuk pisze, w swoim najnowszym zbiorze opowiadań. Pisze, że trzeba w pewnym momencie zrezygnować z myślenia lokalizowanego na szczycie naszych osiągnięć technicznych, technologicznych, tylko przykucnąć przy zwierzętach, wsłuchać się w ich mowę, poczuć ich ciepło i właśnie tak zacząć odczuwać świat, nieco z pozycji bardziej pokornej. Może to pozwoli ten świat uratować.

A gdybym poprosiła Pana na koniec o pewną konkluzję, puentę, słowa skierowane wprost do młodych ludzi?

To wszystko już powiedziałem tak naprawdę.

Żyjcie uczciwie sami ze sobą i ze światem, który tworzycie. Ale też nie poddawajcie się sile zła mistyfikacji i nikogo nie krzywdźcie, to wszystko.

Miejcie pasję w życiu, po prostu pasję. I jakąś bezwzględną i bezkompromisową miłość, która przez cały czas będzie miała też na uwadze, że istnieje horyzont, poza którym jest ludzka krzywda, tego horyzontu nie wolno przekroczyć. Żyjcie i dajcie żyć innym. Motywujcie i nie ograniczajcie tych, którzy czynią dobro. Ograniczać trzeba jedynie zło. Nigdy dobro.

*

Rozmowę przeprowadziła Paulina Simonides – Socjolog, studentka ostatniego roku specjalizacji e-gospodarka na Wydziale Humanistycznym AGH, współpracownik Fundacji Warsztat Innowacji Społecznych. Wcześniej pracowała dla agencji interaktywnej, zajmującej się marketingiem

NO COMMENTS

POST A COMMENT