Home / Wywiad  / O znaczeniu języka – nie tylko w dyplomacji – Ellen Germain

O znaczeniu języka – nie tylko w dyplomacji – Ellen Germain

Ellen Germain

Konsul generalna Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej na placówce w Krakowie. W latach 2008-2011 pracowała jako zastępca radcy do spraw politycznych w Amerykańskiej Misji Dyplomatycznej przy Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku, gdzie była odpowiedzialna za sprawy dotyczące Bliskiego Wschodu, Azji oraz nierozprzestrzeniania broni atomowej. W latach 2007-2008 pełniła funkcję zastępcy radcy politycznego w Ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Bagdadzie. Przed wstąpieniem do służby dyplomatycznej w 1995 roku, pracowała w charakterze programisty komputerowego oraz dziennikarki.

***

Rozmowa z Ellen Germain to rozmowa o ciekawości świata, poszukiwaniu nowych wyzwań, doświadczeń i kultur. Opowieść Ellen to także wskazówka, by w codziennym życiu stale stawiać sobie pytania. Pytania, tak o niedostrzegalny wcześniej sens problemów, jak i o samego siebie. Tylko właściwie postawione pytanie daje szansę na znalezienie odpowiedzi, która prowadzi do rozwoju.

***

Maciek Chart-Olasiński: Ellen, przeszła Pani długą drogę zanim trafiła Pani do dyplomacji. Jak to się stało, że filolożka zajęła się informatyką, a informatyczka dyplomacją?

Ellen Germain:No, tak, jak to się stało? Cóż, zawsze się interesowałam stosunkami międzynarodowymi, obcymi językami, chciałam mieszkać za granicą. Już od czasów liceum chciałam znaleźć zajęcie, które połączy moją pasję do nauk społecznych, literatury, historii z naukami ścisłymi. I tak z moją karierą podążałam za moimi zainteresowaniami, najpierw studiowałam inżynierię mechaniczną na Uniwersytecie Stanforda, lecz w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że to nie jest to, czym chciałabym się zajmować w życiu. Pracowałam później w IBM jako redaktor techniczny, co w jakiś sposób połączyło moje zdolności pisania z technicznym myśleniem, a po roku zajęłam się tam programowaniem. Przez następne 10 lat szłam w jedną i drugą stronę: wróciłam na uniwersytet, gdzie skończyłam literaturę angielską, a następnie informatykę, jednak nie chciałam kontynuować kariery naukowej i zostawać na studia doktoranckie. W czasie, gdy studiowałam literaturę angielską, jednocześnie pracowałam w uniwersyteckim centrum komputerowym, w Nowym Jorku na Uniwersytecie Kolumbii. Więc równocześnie miałam literaturę średniowieczną, pracę w centrum komputerowym, a do tego zaczęłam się interesować sztuczną inteligencją, w szczególności systemami rozpoznawania mowy. Jak Pan widzi, wciąż szukałam tego połączenia pomiędzy literaturą, mową, a informatyką.

Nie wiem czy Pani wie, ale aktualnie nad takimi systemami rozpoznawania mowy pracują na AGH’u. Może to być wykorzystywane przy automatyzacji rozmów telefonicznych np. w przychodniach. Oczywiście z językiem polskim nie idzie tak łatwo!
No proszę! To naprawdę interesujące tematy i to naprawdę niesamowite, co można osiągnąć dzięki technice. Weźmy Google Translate – niebywałe! Kiedy studiowałam 20 lat temu, to było nie do pomyślenia, żeby program komputerowy robił to, co Google Translate robi teraz. Co prawda, to nie jest nawet namiastka sztucznej inteligencji, bo tłumaczenia dokonywane są na bazie pewnych schematów, statystyki – program nie stara się zrozumieć, co tak naprawdę zdanie oznacza, a my właśnie nad takimi inteligentnymi systemami pracowaliśmy. To było dla mnie na tyle zajmujące, że kolejny raz wróciłam na informatykę, tym razem na Uniwersytet w Cambridge. Tak minęło kilka lat, lecz znów nie było to to, z czym chciałam wiązać swoją przyszłość i ostatecznie wróciłam do Stanów i pracowałam jako dziennikarz naukowy. Wtedy właśnie przyjaciel opowiedział mi o egzaminie wstępnym do służby zagranicznej. Wow, zdałam sobie sprawę, że to było właśnie to, czym chciałam się zajmować, zanim zaangażowałam się w inne rzeczy. Więc również podeszłam do egzaminu, zdałam i powiedziałam sobie: musisz spróbować! Traktowałam to niemal jak przygodę, to było prawie 19 lat temu. Czułam, że wreszcie znalazłam coś dla mnie, że wreszcie jestem we właściwym miejscu. To było idealne dla kogoś takiego jak ja! Nigdy nie mogłam wysiedzieć w jednym miejscu, a pracując w dyplomacji co 2-3 lata przenosisz się w inne miejsce. Poza tym ciągle uczysz się czegoś nowego, gdy przyjeżdżasz do nowego kraju czy zaczynasz zajmować się nowym problemem. Więc, jak Pan widzi, nie jestem standardowym przykładem dyplomaty, ale to, że miałam taki właśnie niestandardowy początek raczej mi pomogło, niż przeszkodziło.

To które z wcześniej nabytych umiejętności przydały się Pani w dyplomacji i zadecydowały o sukcesie?
Może Pana zaskoczę, ale przede wszystkim była to umiejętność dobrego pisania. Jestem przekonana, że w dzisiejszych czasach, umiejętność precyzyjnego i zrozumiałego pisania jest kluczowa, szczególnie w erze komputerów, kiedy email stanowi często jeden z podstawowych kanałów komunikacji. Ile razy się zdarza, że ktoś nie zrozumie do końca o co chodziło w wiadomości, co prowadzi do problemów i spięć? Nawet nie chodzi o oficjalne pisma, po prostu musisz wiedzieć jak przekazać to, co masz na myśli. To jest także część równie istotnych umiejętności interpersonalnych, obchodzenia się z ludźmi. No a z drugiej strony, choć w tak dużej mierze porozumiewamy się za pomocą komputera, telefonu, Skype, nie ma lepszej metody niż rozmowa twarzą w twarz. Wiec tak, umiejętność radzenia sobie z ludźmi, rozmawiania jest bardzo ważna.

Jest mnóstwo osób z wysokimi umiejętnościami technicznymi, ale znacznie mniej, którzy potrafią dobrze komunikować się z innymi ludźmi, którzy potrafią nimi zarządzać, inspirować i wyciągać to, co jest w nich najlepsze. Czyli bycie managerem, umiejętność słuchania i komunikowania są kluczowe. I na końcu – po prostu bycie otwartym.


Jeśli to nie jest tajne, mogłaby Pani opowiedzieć jak wyglądał ten egzamin wstępny do służby zagranicznej?
Nie, nie, to nie są tajne informacje (śmiech). Zawsze, gdy ktoś mnie pyta, jak przygotować się do tego egzaminu, odpowiadam jedno: weź New York Times albo The Economist i czytaj od deski do deski przez jeden rok. Tylko tyle i aż tyle! Czytaj wszystkie sekcje, wszystkie artykuły, nie tylko wiadomości ze świata, ale i sportowe, kulturalne, dodatek o historii, recenzje książek. Na tym egzaminie mogą się pojawić rzeczy dotyczące dosłownie każdej materii, bo jak jesteś Amerykańskim dyplomatą za granicą, nigdy nie wiadomo z jakim tematem będziesz musiał się zmierzyć, o co cię ludzie zapytają i w tym momencie ta wiedza okazuje się bezcenna. Dużą część egzaminu stanowi test wielokrotnego wyboru właśnie z tych wszystkich tematów, o których mówiłam – historii, geografii, kultury, pop-kultury, stosunków społecznych, spraw zagranicznych. Jest też oczywiście część pisemna, bardzo wymagająca i część ustna – coś na wzór rozmowy kwalifikacyjnej, gdzie nie tylko sprawdzają Twoje referencję i doświadczenie, ale również umiejętności myślenia, stawiają w hipotetycznych sytuacjach kryzysowych, by zobaczyć jak sobie z nimi poradzisz.

I co to na przykład było?
Załóżmy, że pracujesz w konsulacie w Krakowie i dzwoni do ciebie policjant w środku nocy z informacją, że aresztowali obywatela USA. I pytają – co robisz?

No właśnie, co?
Dokładnie takie pytanie dostałam na egzaminie – czy zadzwoniłabyś w tej sytuacji do ambasadora? To, czego oczekują, to niekoniecznie właściwa odpowiedź, ale sposób rozumowania, reagowania, czyli czy po prostu masz zdrowy rozsądek. Ja odpowiedziałam, że oczywiście nie dzwonię w nocy do ambasadora, Polska jest europejskim, zachodnim krajem i wiemy bez najmniejszych wątpliwości, że taki aresztowany delikwent będzie traktowany tak, jak należy. Być może zadzwoniłabym na komisariat, żeby dowiedzieć się szczegółów zdarzenia albo pojechałabym na miejsce porozmawiać z aresztowanym, upewnić się, że wszystko jest ok, ale nie ma potrzeby budzić mojego ambasadora. Oczywiście mogłoby się to przedstawiać zupełnie inaczej, gdybym była w innym kraju np. ogarniętym wojną domową. Tak więc egzaminatorzy upewniają się, że masz zdrowy rozsądek, nie musisz od razu wszystkiego wiedzieć, ale mieć intuicję.

Jakie były Pani początki w dyplomacji, co stanowiło problem? Czy wciąż napotyka Pani te same trudności?
Dla mnie największą trudnością było codziennie mierzenie się z ogromną maszyną biurokratyczną, jaką niewątpliwie jest amerykański Departament Stanu. Jak się Pan domyśla, aparat urzędowy USA to naprawdę duża organizacja, w której nie wszystko posuwa się szybko do przodu. Pamiętam, że mniej więcej po dwóch pierwszych tygodniach szkolenia dyplomatycznego, rozmawiałam z jednym z kolegów i oboje zgodziliśmy się, że podoba nam się to, co robimy, to czego nas uczą, ale jeżeli jest coś, co by nas mogło ewentualnie zniechęcić, to „system”, w którym panuje spora biurokracja. Moja metoda na to była jedna: zawsze starałam się zachować krytyczne podejście, nie chciałam zostać „wciągnięta” w tę machinę i kwestionowałam pewne czynności, zastanawiając się, czy na pewno wszystko robimy w sposób najbardziej efektywny. Oczywiście dużo z tego „systemu” jest konieczne, ale zdarza się, że niektóre sprawy można by załatwić szybciej, niż on na to pozwala.

I myślę, że to jest podejście, które powinien w sobie mieć każdy – niezależnie czy prowadzi małą działalność, czy jest w korporacji – podchodzić krytyczne i zadawać pytania – „czy na pewno to wszystko jest konieczne”, „czy nie można tego zrobić lepiej”?


I czy coś się zmieniło przez te 20 lat w pracy dyplomaty?
Największa zmiana dla dyplomatów jest taka, że teraz zdarza się, że musimy pracować w naprawdę niebezpiecznych miejscach – Iraku, Afganistanie. Kiedy ludzie wstępowali 20 lat temu do służby zagranicznej, nie spodziewali się, że będą musieli służyć na misjach w krajach ogarniętych wojną, o wysokim ryzyku dla osób zza granicy. Sama spędziłam rok w Bagdadzie na przełomie 2007 i 2008 roku. To był bardzo ciężki rok, ale także stanowiło to duże wyzwanie i niezależnie od tego jak było trudno, pozostaje satysfakcja, że pomagałam w odbudowaniu państwa po okresie wycieńczającej wojny i konfliktów wewnętrznych.

A czy wymagania stawiane kandydatom do służby zagranicznej również się zmieniły?
Tak, na pewno zmieniło się to, że konieczne są nowe umiejętności. Kiedyś dyplomaci zajmowali się negocjacjami, rozmawiali z przeróżnymi osobami – nie tylko rządem, ale i przedsiębiorcami, przedstawicielami organizacji pozarządowych i zwykłymi ludźmi na ulicy. To, co staramy się zrobić, to zrozumieć kraj, w którym jesteśmy, a następnie wytłumaczyć to pracownikom Departamentu Stanu w Waszyngtonie, by mogli podjąć najlepsze decyzje. Oczywiście nadal potrzebujemy tych wszystkich umiejętności, ale także wiedzy jak np. zorganizować wolne wybory – tym zajmowaliśmy się w Iraku, jak wspierać budowanie społeczeństwa obywatelskiego, demokracji. To nie były kiedyś standardowe zajęcia dyplomatów.

Czyli, gdyby Pani dziś zaczynała karierę w dyplomacji, byłoby trudniej czy po prostu inaczej?
Myślę, że inaczej. Jedną z ciekawszych i atrakcyjniejszych rzeczy w amerykańskiej służbie zagranicznej, szczególnie dla mnie, jest to, że przykłada się dużą wagę do szkoleń. Do merytorycznego przygotowania kandydatów na dyplomatów do wszystkich specyficznych zagadnień , z którymi mogą się zetknąć. Tak jak mówiliśmy na początku, niekoniecznie szuka się ludzi, którzy mają wiedzę, ale którzy myślą w określony sposób i potrafią się uczyć, rozwiązywać problemy, kiedy zajdzie taka konieczność. Oczywiście, jak masz wykształcenie prawnicze, to będzie ci łatwiej rozmawiać np. z parlamentarzystą, bo lepiej zrozumiesz proces legislacyjny, ale z innym wykształceniem, korzyści pojawi się gdzie indziej – ja np. bez problemu potrafię rozmawiać z naukowcami, a nie jest to takie łatwe! (śmiech)

Jak Pani pamięta, w projekcie Liderzy Kompetencji chcemy zidentyfikować ważne cechy i umiejętności przyszłych liderów, tak, by już dziś mogli zacząć nad nimi pracować. Jakie Pani zdaniem powinny to być kompetencje?
Myślę, że wszyscy powoli zaczynamy sobie zdawać sprawę, że to, co jest najistotniejsze oraz to, czego szukają pracodawcy, to umiejętność myślenia i rozwiązywania problemów. To nie będą tylko twarde umiejętności, wiedza techniczna – choć oczywiście często jest ważna albo nawet niezbędna – ale z technologią rozwijającą się tak szybko, ze światem zmieniającym się na naszych oczach, to właśnie zdolność do dostosowywania się i ustawicznego uczenia będzie miała niebagatelne znaczenie. Wydaje mi się, że każdego można nauczyć wykonywania danej czynności, ale umiejętność myślenia o problemie, rozważania wad i zalet poszczególnych rozwiązań, logicznego podejścia do problemu, krytycznego myślenia – to jest coś, co naprawdę się liczy dla pracodawcy, a na pewno zwraca się na to uwagę w służbie zagranicznej.

To w jaki sposób można rozwijać te kompetencje?
Przede wszystkim poprzez edukację – te wszystkie umiejętności można rozwijać w szkole. Aktualnie w wielu krajach, w tym w Stanach, toczy się debata publiczna, czy na pewno robimy to dobrze. Jest coś, co moim zdanie w szkolnictwie w Stanach działa świetnie od lat – to, że zachęcamy młodzież do stawiania pytań, do angażowania się w dyskusję, a nie tylko do biernego siedzenia podczas lekcji i przyjmowania tego, co mówi profesor. I to od najniższego szczebla – szkół podstawowych, chcemy by uczniowie pytali nauczyciela: „Dlaczego robimy to w ten sposób”? „Czy tego problemu nie można rozwiązać inaczej?”. Nieważne czy student, ma rację czy nie, chcemy stworzyć przestrzeń do krytycznego myślenia.

Skoro już jesteśmy przy edukacji – czy Pani zdaniem w Polsce dobrze uczymy takich rzeczy?
Zawsze byłam pod wielkim wrażeniem młodych ludzi w Polsce, niezależnie czy mówimy o uczniach podstawówki czy studentach. Są bystrzy, pełni energii i motywacji, by coś osiągnąć. To, na co zwróciłam uwagę rozmawiając z polskimi studentami, którzy wrócili z zagranicznych stypendiów, czy to ze Stanów czy Europy, to właśnie sposób nauczania, angażowania w zajęcia, który jest inny niż w Polsce. Tak jak mówiłam – staramy się, by nauka działała bardziej w dwie strony, chcemy by to był dialog, podczas gdy u Was, wydaje mi się, jest to bardziej jednostronne: chłonięcie wiedzy przekazywanej przez nauczyciela.

Sam byłem za granicą na studiach i muszę się tu z Panią zgodzić. Choć wydaje mi się, że ma na to także wpływ język – w polskim mamy oficjalne formy „per pan/pani”, których używamy w komunikacji z profesorem, podczas gdy np. w angielskim wszyscy są „na ty”. Dla mnie to było automatyczne przekroczenie pewnej bariery i duże ułatwienie w rozmowie z wykładowcą.
To bardzo interesujące, nie patrzyłam na to wcześniej w ten sposób. Co prawda w szkole używa się zwrotu „pani”, więc jeśli bylibyśmy w szkole podstawowej i podniósłby Pan rękę, to zapytałby Pan: „czy mogę zadać pytanie, pani Germain?”, a ja powiedziałabym wprost „tak, Maciek”. Ale faktycznie nie mamy innej formy czasownika i to sprawia, że ten kontakt, szczególnie na uczelniach wyższych, jest bardziej bezpośredni i ułatwia komunikację.

Wracając do młodych liderów – jakie trudności przed nimi czekają?
Myślę, że są trudności, które nie dotyczą tylko młodych ludzi, ale nas wszystkich: na przykład to, że nie rozważamy wszystkich możliwości. Z natury staramy się unikać ryzyka i zmian; często nie do pomyślenia jest porzucenie pracy czy ścieżki edukacyjnej, którą obraliśmy, a która nam nie do końca pasuje. Ale świat się zmienia tak szybko i musimy być otwarci na te zmiany i potrafić je przyjąć. Wydaje mi się, że młodzi ludzie, często czują, że są w pułapce, po 4 latach studiowania prawa, historii, architektury nie mogą sobie wyobrazić, że jeszcze wszystko jest do zmienienia. A przecież jest.

No właśnie, świat się zmienia i chcemy się do tych zmian przygotować. Jak Pani zdaniem może wyglądać rzeczywistość społeczna za 20 lat?
No cóż, jeżeli potrafiłabym to przewidzieć, zarabiałabym dużo pieniędzy jako konsultant! (śmiech) Po części już o tym rozmawialiśmy: to jest tak, moje zdolności programowania już dawno są nieaktualne, nie znam najnowszych języków, programów. Ale jeżeli bym potrzebowała, to byłabym w stanie nauczyć się najnowszej wersji C++ czy Javy, ponieważ wiem, jak podejść do tych problemów, poznałam pewne schematy myślowe, które nie zmieniają się tak szybko. Za 20 lat będzie jeszcze bardziej aktualne to, że liczy się nie „twarda wiedza”, a umiejętność jej przyswajania i myślenia.

A jak Pani sądzi, jakie wyzwania w sferze społecznej będą stały przed Polską za 20 lat?
Myślę, że to będzie – podobnie jak dla innych krajów europejskich czy Stanów Zjednoczonych – edukacja. Uczymy młodych – poza matematyką, przyrodą, historią – jak myśleć oraz jak się uczyć i adoptować, ale państwo zawsze reaguje z pewnym opóźnieniem na problemy i aktualne potrzeby rynku.

Nie jestem w stanie powiedzieć, jakie umiejętności będą potrzebne za 20 lat i przed jakimi wyzwaniami staniemy, ale ważne, żebyśmy przygotowywali następne pokolenia do większej otwartości i elastyczności oraz dali im narzędzia, dzięki którym będą w stanie przezwyciężyć te trudności.


Co chciałaby Pani przekazać młodym ludziom, przyszłym liderom?
Najważniejsze jest zdać sobie sprawę z własnych mocnych stron i robić, to w czym jest się dobrym, niezależnie kiedy przyjdzie ten moment, kiedy zdamy sobie z tego sprawę. Nie można oglądać się na to, czego oczekują od nas rodzice, nauczyciele, znajomi. To moja zasada: znajdź w życiu to, co kochasz robić i rób to, a osiągniesz sukces!

*

Rozmowę przeprowadził Maciek Chart-Olasiński – doświadczony trener i lider środowiskowy, z wykształcenia prawnik. Jego energia pozwoliła doprowadzić do powstania wyjątkowej, kreatywnej przestrzeni na mapie Krakowa – „Wytwórni”. Od lat angażuje się w pracę w organizacjach dobra społecznego: był koordynatorem małopolskiego zespołu edukacyjnego Amnesty International oraz współorganizował Święto Cykliczne w ramach współpracy z Kraków Miastem Rowerów.

NO COMMENTS

POST A COMMENT