Home / Wywiad  / Na sinusoidzie – o. Maciej Zięba

Na sinusoidzie – o. Maciej Zięba

o. Maciej Zięba

Urodzony w 1954 roku, dominikanin, doktor filozofii, znawca nauczania społecznego Kościoła, założyciel i prezes Instytutu Tertio Millennio. Ukończył fizykę na Uniwersytecie Wrocławskim, był wiceprezesem Klubu Inteligencji Katolickiej we Wrocławiu, od lat 70. działaczem opozycji, doradcą Zarządu Regionu Dolny Śląsk „Solidarności” (1980–1981), redaktorem „Tygodnika Solidarność”, dyrektorem wydawnictwa „W drodze”. W latach 1998–2006 był prowincjałem polskich dominikanów. Autor wielu książek m.in. „Demokracja i anty-ewangelizacja”, „Niezwykły pontyfikat”, „Papieże i kapitalizm”, „Biel z dodatkiem czerni”, „Nieznane, niepewne, niebezpieczne? Szkic o Europie”, „Ale nam się wydarzyło! O papieżu i Polsce, Kościele i Świecie”, „Kłopot za kłopotem. Katolik w dryfującej Europie”

***

Ojciec Zięba karierę naukową zamienił na „karierę duchową”. Nie zamknął się jednak w klasztornej celi oddając się jedynie modlitwom, ale również bardzo aktywnie wpływa na otaczająca nas rzeczywistość. W wywiadzie opowiada o tym, dlaczego warto być wytrwałym i jak budować skuteczne zespoły.

***

Dawid Sobolak: Chciałbym trochę podpytać o dość nieoczywiste doświadczenia liderskie, które ma Ojciec za sobą. Przez 8 lat pełnij Ojciec funkcję prowincjała dominikanów, czyli przełożonego wszystkich polskich dominikanów i sióstr klauzurowych (ok. 600 osób). Jakie były największe wyzwania związane z tą pracą?

Ojciec Maciej Zięba: Sądzę, że warto podkreślić, że dominikanie są najstarszą – posiadającą ciągłość – demokracją świata. Mamy dokładnie 800 lat w pełni demokratycznego ustroju z czteroletnimi kadencjami, z limitem dwóch kadencji, z tym, że każdemu przełożonemu wybiera się radnych, a także iż wybieramy elektorów w klasztorach, którzy potem wybierają prowincjała i elektorów w prowincjach, którzy później wybierają generała. Sami też uchwalamy konstytucję według której żyjemy. Śledzenie tej demokracji przez wieki bywa pasjonujące. Mamy – w zasadzie – ten sam ustrój co USA, ale zaczęliśmy go praktykować 560 lat przed Amerykanami. Demokracja zawsze ma swoje słabości i swoje zalety. Studiowanie tego na sobie samym pozwala dotknąć wielu strukturalnych problemów, wagi procedur wyborczych, podziałów na stronnictwa, poszanowania dla stanowionego prawa, poszukiwania wspólnego dobra pomimo różnorodności poglądów. Jesteśmy bowiem bardzo różni. I Portorykańczycy, Filipińczycy, Niemcy, Hindusi, Amerykanie, Kenijczycy, Ukraińcy, Meksykanie etc. etc. stale muszą się ze sobą dogadywać. Nawet w Polsce pochodzimy z bardzo różnych miejsc i środowisk. Wyborcy mają od dwudziestu pięciu lat po dziewięćdziesiąt parę, pochodzą ze wsi, małych miasteczek i metropolii, z bardzo różnymi doświadczeniami i postawami. „Ucierać” to demokratycznie i konstruować wspólne plany to jest wielkie wyzwanie, które w demokracji jest i trudne, i pasjonujące. Trzeba ciągle ją odnawiać, ciągle być w dialogu, bezustannie debatować.

Kiedy zostałem prowincjonałem następowała wielka zmiana generacyjna, bo wchodziła liczna młoda generacja. Było też dużo przedstawicieli starszego pokolenia, ale bardzo mało ludzi w średnim wieku. Starsza generacja urodziła się przed wojną, zazwyczaj pochodziła ze wsi i związała się z Zakonem jako kilkunastoletni chłopcy. Reformy Soboru Watykańskiego przeżywali już jako księża. Natomiast ta młodsza część prowincji częstokroć kończyła wcześniej studia świeckie, i pochodziła głównie z miast, a Sobór był już dla nich prehistorią, więc – socjologicznie patrząc – różnica była ogromna. Na wsi, tym bardziej przed II wojną, panowała bardzo odmienna mentalność, inna była kultura, a nawet metafizyka w porównaniu z tą panującą w latach ’80 w największych polskich miastach. Nie znałem wcześniej świata wiejskiego. Właśnie te doświadczenia różnicy, powstające napięcia, ale i próby wzajemnego rozumienia, rozmowy i dokonywania zmian, to było bardzo twórcze zajęcie. Wyzwaniem było również to, że mieliśmy dużo struktur i wykształconych metod działania adekwatnych do 45 lat życia w PRL-u, ale te nawyki i sposoby myślenia nadal trwały, chociaż już od 9 lat byliśmy w wolnej Polsce. To skierowanie, budowanie ku przyszłości, żeby – z jednej strony – zachować ciągłość, lecz zarazem by te stare struktury nas nie pętały, było wielkim wyzwaniem.

Kolejnym wyzwaniem było odbudowanie studium i życia intelektualnego – w III RP uzyskaliśmy bowiem możliwość kontaktu z całym światem. To było niesłychanie dla nas ważne, bo dominikanie od samego początku, od XIII wieku, pracowali na uniwersytetach. Wprowadzenie całej generacji w krąg światowej teologii i filozofii, a także odnowa liturgii, nowe podejście do zagadnień społecznych, czy problemów bioetycznych było też ważnym celem mojego działania. Pamiętajmy także, że patrząc szerzej, na Polskę, w latach ’90 ubiegłego wieku, byliśmy w trudnej sytuacji. W trakcie kilku miesięcy na przełomie 1989/90 zmienił się system polityczny, ekonomiczny oraz kulturowy, i dokonało się to w sposób szokowy – to była prawdziwa rewolucja. Szliśmy wtedy po omacku, zastanawiając się, jak nazwać tę nową rzeczywistość w sposób ewangeliczny, jak duszpastersko być z – często pogubionymi – ludźmi, jak rozszerzać ich horyzonty, ukazywać im, co jest dobre, a co złe, jak po chrześcijańsku żyć w tym nowym świecie demokracji, wolnego rynku, pluralistycznej kultury, a także silnych prądów sekularyzacyjnych.

Jakie kompetencje pomogły tym wyzwaniom sprostać?
Starałem się tworzyć zespoły wszędzie, gdzie się dało. Ukułem sobie takie dwa powiedzenia: „szef robi wyłącznie to czego nie zrobi nikt inny” oraz „szef pracuje w ludziach”.

To oznacza, że ten kto jest szefem nie powinien wchodzić w detale. Powinien delegować jak najwięcej decyzji na niższe szczeble, a jego głównym zadaniem jest komponowanie zespołów. Musi zatem dobrze rozeznać predyspozycje ludzi którymi kieruje, ich możliwości i słabości, ich pasje, a także limity ich potencjału i budować kreatywne zespoły tak, żeby minimalizować konflikty.

Bywają bowiem sytuacje, że te same osoby mogą pracować w jednym zespole bardzo dobrze, a w drugim znacznie gorzej i takie rzeczy szef powinien rozeznawać. Trzeba umieć dostrzec i minimalizować te negatywne elementy i maksymalizować pozytywne. Potrzebne jest dobre rozumienie człowieka, ale takie współ-rozumiejące, współ-pomagające, które pomoże dobrze wykorzystać jego talenty, a nie zimno oceniające czyjąś przydatność, bo wtedy ludzie widzą tego szefa jako zimnego i cynicznego, który traktuje ich instrumentalnie. Jeśli szef ma empatię i „czuje” ludzi, to oni akceptują jego przywództwo. Mam jeszcze trzecie powiedzenie: działać „z miłością, ale bez litości”. Trzeba uszanować godność każdego człowieka, ale jeśli postępuje on nielojalnie, albo wręcz nieuczciwie, albo brakuje mu kompetencji, to bez poniżania, najlepiej dyskretnie i bez pośpiechu, trzeba go wyjąć z zespołu. Nieuczciwych odsunąć, mało kompetentnym dać prostsze zajęcia. To jest trudne, ale absolutnie niezbędne, aby mógł powstać zgrany zespół. A praca zespołowa jest niesłychanie ważna, bo multiplikuje możliwości naszego oddziaływania i angażuje ludzi. Inaczej będą pracować jak najemnicy. Dlatego najważniejszą umiejętnością dobrego szefa jest wydobywanie tego elementu zaangażowania z jak największej liczby ludzi którymi kieruje. U złego szefa ludzie tylko wykonują polecenia, pracują „stąd-dotąd” i korzystają z każdej okazji by przestać pracować, a oni powinni bardzo chcieć coś razem zrobić. To jest trudne, ale jeśli się udaje, to razem tworzy się świetne rzeczy.

Jest Ojciec bardzo aktywny w życiu społecznym: współtworzy i prowadzi różnego rodzaju instytucje, udziela wywiadów, pisze książki, bierze udział w debatach. Ta aktywność pojawiła się u Ojca bardzo wcześnie i chciałbym rozpocząć rozmowę od tych wczesnych aktywności. Jak to się stało, że Ojciec, jako młody człowiek, zaangażował się w działania opozycji demokratycznej? Czy była to jakaś wewnętrzna potrzeba czy może inspiracja z zewnątrz np. ze środowiska lub z domu?
Przeszkadzał mi po prostu fałsz życia w PRL. Obłudę i hipokryzję widzieli i odczuwali wszyscy – płynęła z telewizora, radia oraz gazet. Była obecna w każdej szkole i zakładzie pracy. Wszystko co rozpowszechniano, także etykietka na pudełku zapałek, musiało posiadać akceptację cenzury. Fałszowano nawet prognozy pogody – poprawiano je na 1 Maja, a pogarszano na kościelne uroczystości. Kiedy żyje się w takim fałszu, to rodzi się wewnętrzny opór. W początku lat ’70 ub. stulecia opozycja właściwie nie istniała. Na początku studiów, przez wrocławski KIK (Klub Inteligencji Katolickiej) poznałem jednak w Warszawie kilka osób, w tym „komandosów” marcowych i młodych katolików kontestujących system PRL. Oni mówili prawdziwe rzeczy o prawdziwej historii, dyskutowali o prawdziwej filozofii. To było środowisko intelektualne uwalniające od tego fałszu. Wciągało mnie to, chociaż wszyscy dookoła powtarzali mi, że lepiej takich rzeczy nie robić, bo władze uznają to za „wrogą działalność wobec PRL” za którą można pójść do więzienia i zmarnować sobie życie. To w czym żyła wówczas większość ludzi, nazywało się, za Różewiczem, „naszą małą stabilizacją” – taki delikatny konformizm, wpasowanie się w system bez sprzeciwu, ale i bez sprzedawania się, prawie wszyscy tak robili.

Wymagało to więc sporej dozy odwagi.
Rzecz się zdramatyzowała w 1976 roku, kiedy byłem na III roku fizyki, przez wypadki radomskie, czyli te tzw. „ścieżki zdrowia” i drakońskie wyroki dla robotników. Wtedy powstał KOR i zaczęto zbierać pieniądze, aby pomóc materialnie rodzinom tych, którzy byli więzieni oraz żeby opłacić im adwokatów. I uświadomiłem sobie, że – jako student – albo zbiorę bardzo mało pieniędzy, albo zacznę zbierać jawnie i na szerszą skalę, ale wtedy dla władz będzie to już otwarcie prowadzona „działalność antysocjalistyczna”. I wtedy już bardzo poważnie zacząłem się zastanawiać, czy istnieją takie wartości, dla których warto ryzykować swoją przyszłość, za które warto dać się wyrzucić ze studiów, czy pójść do więzienia. To był moment trudny i dość dramatyczny, bo chodziło o prawdziwe więzienie, prawdziwe wyrzucenie ze studiów, a nie tylko teoretyczne dywagowanie o sensie wartości.

Trzeba było podjąć decyzję.
Tak. I powiedziałem sobie, że nie wolno stchórzyć, że trzeba pomóc tym biednym ludziom. Bez względu na konsekwencje. Dość przestraszony zacząłem zbierać pieniądze i miesiąc później, przez cały następny rok, pod moim domem zaczęły stacjonować przez 24 godziny na dobę 4 samochody z pełną obsadą SB-ków. W grudniu zaczęły się przesłuchania. Postawiono mi zarzut, że włamałem się do apteki przy szpitalu (inny kolega też fizyk miał w Warszawie zarzut, że rozbijał automaty telefoniczne by zabrać bilon). To było absurdalne, ale zawsze można było za coś takiego wsadzić do więzienia. Założono mi w telefonie i w domu podsłuch – o czym dowiedziałem się znacznie później (ale profilaktycznie zawsze omawiając ważniejsze sprawy w moim pokoju nie mówiliśmy o nich głośno tylko pisaliśmy do siebie karteczki) – i codziennie 2 SB-ków ze słuchawkami na uszach słuchało live na zmianę to, co się działo w moim pokoju. Na szczęście potem coraz więcej osób przyłączyło się do opozycji, zwłaszcza po tym jak w Krakowie zabito Staszka Pyjasa i powstały SKS-y (Studenckie Komitety Solidarności). I wtedy SB zaczęło brakować agentów. Później wybór Jana Pawła II, jego pielgrzymka do Polski, powstanie Solidarności – wszystko się rozkręcało. Komunistyczne kłamstwo obumierało na naszych oczach.

Tak więc najważniejszy był ten imperatyw moralny, który kazał zadać sobie pytania, „czy zgadzasz się żyć w fałszu?”, „czy są jakieś wartości większe niż osobista kariera?”. Uznałem, że są i to zmieniło całe moje życie.



Na pewno często pojawiały się też kryzysowe momenty. Czy pamięta Ojciec jakiś szczególnie trudny? W jaki sposób udało się go przezwyciężyć? Czy zadecydowały o tym jakieś szczególne umiejętności?
Najgorsze są sytuacje, kiedy człowiek czuje się całkowicie bezradny. Taki największy kryzys przyszedł chyba wtedy kiedy przyjaciele trafili do więzienia. Mnie to ominęło, ale w 1977 roku uwięziono wielu ludzi z kręgów KOR-u, potem w stanie wojennym z Solidarności. Czułem wielki ból – co stanie się z przyjaciółmi? jak sobie radzą w więzieniach? A zarazem wiedziałem, że nic nie mogę na to poradzić. Pozostawała przestrzeń czysto duchowa. A ja, po długim okresie niewiary, coraz częściej zwracałem się do Pana Boga, dlatego odkrywałem wagę modlitwy. W takich chwilach modlitwa jest takim odbiciem się od dna ciemności, jest ratunkiem i formą wsparcia.

Każdy człowiek ma chwile bezradności – trzeba umieć je przyjąć i zaakceptować to, że się zdarzają.

Byłoby fajnie, gdyby na wszystko istniały instrukcje jak sobie radzić w każdej sytuacji. Niestety, to tak nie działa i trzeba przyjąć, że chwile bezradności są wpisane w nasze życie. Ale to bywa bardzo bolesne i trudne.

Jaka panowała atmosfera w środowisku opozycyjnym? Czy to towarzystwo bardziej współpracowało czy może był też obecny duch rywalizacji?
Oczywiście, było trochę rywalizacji, bo było wiele indywidualności, wiele osób wybitnych, głęboko ideowo zaangażowanych, ale ponad to wszystko przebijała się solidarność. Początkowo było nas bardzo mało. Prawie wszyscy znali się osobiście, a przynajmniej o sobie słyszeli. W pierwszej Solidarności, która była już ruchem masowym, też zdarzały się kłótnie, spory, rywalizacje, zwłaszcza, że po raz pierwszy były też do rozdania etaty, jakieś honoraria, czy prestiżowe stanowiska. Wcześniej wszyscy w opozycji uznawaliśmy za całkowicie pewne i oczywiste, że umrzemy pod komunizmem. Przy Solidarności można było już poczuć, że coś trzeszczy w systemie, a zarazem ewidentnie pojawiła się również możliwość zrobienia kariery, uzyskania wpływów i znaczenia. Mimo to potrafiliśmy ze sobą działać i się dogadywać. Mieszkałem wtedy we Wrocławiu i współpracowałem z Władkiem Frasyniukiem, Adamem Lipińskim, Karolem Modzelewskim, czy Barbarą Labudą. Jak widać, są to ludzie z różnych bajek, ale – pomimo zdarzających się napięć i konfliktów – wszyscy wzajemnie się wspierali. Mieli różne poglądy i rywalizowali czasami o wpływy, ale zawsze umieli się dogadać i to było w tej pierwszej Solidarności uderzające i piękne. Na dłuższą metę przeważało dobro wspólne, poczucie, że razem robimy coś ważnego i dobrego.

Wstępował Ojciec do zakonu po ukończeniu studiów z fizyki, no i pracując już na uczelni. Czy to była bardzo trudna decyzja? Czy środowisko naukowe, w którym Ojciec wtedy funkcjonował, wspierało w tej decyzji, czy było nią raczej zdziwione?
Gdy zaczynałem fizykę, wiara była – delikatnie mówiąc – niemodna, mało popularna i na studiach, i wśród kadry naukowej. Na 250 studentów I roku zaledwie paru, parunastu chodziło w niedzielę do kościoła (zapewne, gdy na święta wracali do domów to ta liczba wzrastała). To było jeszcze przed wyborem Karola Wojtyły, który mocno zmienił takie myślenie. W odpowiedzi na jedno z tych fundamentalnych pytań, o których wspomniałem wcześniej, „czy są wartości ważniejsze od osobistej kariery?”, coraz wyraźniej odkrywałem odpowiedź – „tak, to Ewangelia”. Potem nieoczekiwanie usłyszałem wewnętrzne wezwanie, że powinienem wstąpić do zakonu. To nie był mój pomysł, nawet nie za bardzo mi się spodobał. Nie podobał mi się – że się tak wyrażę – z dwóch stron. Z jednej strony, bo mówiłem sobie, że lubię życie towarzyskie, mam możliwość kariery, dobrze mi idzie, mam świetne kontakty z dziewczynami i bardzo mi na nich zależy itd., dlaczego więc mam marnować sobie życie. Z drugiej jednak strony zdawałem sobie też sprawę, że jestem grzesznikiem, beznadziejnym chrześcijaninem, który nie potrafi być wierny Ewangelii. Myślałem więc: „jak taki człowiek, jak ty może w ogóle myśleć o wstąpieniu do zakonu, tam gdzie ludzie są głębocy, mądrzy i pobożni? Kompletnie się tam nie nadajesz”. Można powiedzieć, że się miotałem, jednak wyraźnie też czułem, że to nie jest mój pomysł, ale stoi za nim Pan Bóg. Po prostu więc zaprzestałem rozmyślań na ten temat, zamknąłem oczy i w desperacji, jakoś wbrew sobie pojechałem do nowicjatu. Okazało się, że Pan Bóg miał lepszy na mnie pomysł niż ja swoje wyobrażenia o sobie.

Na pewno trudno było się przystosować do tej zmiany.
Oczywiście, ale to też jest ogólna rada, żebyśmy się nie bali podejmować różnych wyzwań, bo my odruchowo chcemy stosować rozwiązania, które już są nam znane, przedłużając tym samym to, co jest. Przyszłość jest otwarta, więc ryzykowna. Dlatego uznajemy za lepsze to, co już jest oswojone, co dobrze już znamy. Boimy się zmian jakościowych. Jednak trzeba umieć czasem podjąć ryzyko, otwierać się na nowe jakości i horyzonty. Ta odwaga w podejmowaniu wyzwań ma sens. Zanim wstąpiłem do zakonu życie zakonne wydawało mi się straszne nieludzkie. Myślałem, że będę siedział w zamknięciu, stale musiał się modlić, być bezwzględnie posłuszny przełożonym. A okazało się, że jest zupełnie inaczej – rzeczywistość jest nieskończenie bogatsza. Ale dzięki tej decyzji mogłem wykonać duchową pracę, której gdzie indziej nigdy bym nie wykonał, coś ważnego w sobie przerobić, coś nowego dostrzec w samym sobie i zbudować nowe, lepsze i głębsze relacje z bliźnimi, a także poświęcić się dawaniu ludziom dobra. A takie działanie, w którym koncentruje się na dawaniu dobra innym jest wyzwalające, bardzo radosne i twórcze.

To Ojca „działanie” polega również na współtworzeniu, tworzeniu i prowadzeniu różnego rodzaju organizacji. Naturalnie ma więc również Ojciec doświadczenie w pracy z różnymi osobami i charakterami przy takich przedsięwzięciach i budowania zespołów. Czy można w jakiś sposób zwiększyć swoje umiejętności organizowania osób wokół jakiegoś wspólnego celu?
To jest chyba jest głównie kwestia empatii, rozumienia ludzi i posiadania pewnej społecznej wyobraźni – dobrego, roztropnego przewidywania skutków działań w przestrzeni społecznej, a zarazem jeszcze posiadania pewnego genu, inaczej mówiąc iskry Bożej, która te cechy generuje. Może dlatego, że byłem najstarszy z czwórki rodzeństwa i od początku musiałem się o nie troszczyć, zarazem będącjego częścią, to musiałem w sobie ten gen uaktywnić. Tę cechę Amerykanie nazywają „leadership” i wysoko ją cenią, a w Polsce raczej staramy się ją ukrywać. Ale to nie jest gen dominacji, gen do bycia szefem, prezesem czy dyrektorem, lecz gen uzdalniający do służenia wspólnocie tym swoim talentem organizatora i koordynatora. Niektórzy ludzie go posiadają, a niektórzy mają w mniejszym stopniu. Tak samo jak niektórzy mają świetny słuch muzyczny, a niektórzy nie, a ktoś może być świetnym lekarzem, zaś inny świetnym nauczycielem. Można takie umiejętności oszlifować, ale nie da się ich całkowicie wygenerować – mówimy: „to jest lekarz, albo to jest nauczyciel z powołania”. To więcej niż rzemiosło. Zatem niech ten, co ma słuch muzyczny zajmie się graniem i śpiewaniem w pożyteczny dla wspólnoty sposób, a ten ze zmysłem ekonomicznym niech zajmie się przedsiębiorczością – tym, co najlepiej umie. Wszystkie takie talenty są równoprawne i wszystkie są potrzebne.

Empatia, wyobraźnia i owa „iskra Boża” u lidera to jedna rzecz, drugą jest rzetelność i uczciwość. Ludzie muszą widzieć, że człowiek robi coś, na czym mu naprawdę zależy i robi to uczciwie, bez hipokryzji.

Jeśli ktoś mówi „odłóżcie na chwilę wasze indywidualne ambicje, musimy zrobić coś ważnego wspólnie, solidarnie”, a zarazem sam pilnuje swoich pieniędzy i kariery, to ludzie natychmiast dostrzegają takie rzeczy, zaczynają lekceważyć swego szefa i starają się cynicznie go wykorzystać. Trzecią, ważną cechą jest posiadanie pasji, dążenia do czegoś, na czym mi zależy, co chcę zrobić – wewnętrzny ogień, zapał, wiara w to, co się robi, bez którego się nie ruszy, nie uruchomi entuzjazmu współpracowników. Z tym wiąże się ostatnia ważna cecha – troska o współpracowników, umiejętność ich motywowania, dbałość o ich rozwój, sprawiedliwe tworzenie możliwości awansu.

Wydaje mi się, że jest wiele osób młodych, którym się coś chce, ale na bardzo krótko. Brakuje im motywacji. Czy Ojciec ma takie momenty, w których brakuje energii do pracy i jak je przezwycięża?
Łączy Pan dwie różne sprawy. Czym innym jest zniechęcenie i szybka rezygnacja. Mamy do tego skłonność, bo każdy, a dziś – jak Pan słusznie zauważył – jest to szczególnie powszechne, chciałby szybkich efektów, błyskawicznego i zwielokrotnionego zwrotu poniesionych nakładów, ale to jest i naiwne i niedobre. Do sukcesów dochodzi się cierpliwą i wytrwałą pracą. I trzeba przełamywać takie naturalne i nieuchronnie się pojawiające kryzysy.. Życie nie jest kasynem w Las Vegas, gdzie błyskawicznie dzięki łutowi szczęścia można wygrać fortunę. Nawet posiadanie talentu, wykształcenia i dobrych chęci to za mało, by w życiu odnieść sukces. Konieczne są też wytrwałość, cierpliwość, zdolność zoperacjonalizowania wielkich celów, rozpisania ich na wiele drobnych kroków. Na dłuższą metę niesłychanie istotne są – używając dziś niemodnych, lecz ważnych terminów – siła woli oraz charakter. Ale istnieje też druga strona medalu. Trzeba bowiem uważać, by nie przesadzić. Istnieje też bowiem coś takiego, czego sam doświadczyłem. Jeśli pracuje się długo i zbyt dużo – każdy ma swój limit – to występuje syndrom burn-out, wypalenia. Wtedy człowiekowi ręce opadają i czuje się zużyty, ma poczucie bezsensu podejmowanych wysiłków. Takiego rozwalającego przemęczenia też doświadczyłem w życiu i dopiero jako starszy człowiek uczyłem się troski o odpoczynek. To też jest ważna rzecz, bo praca niepostrzeżenie może przerodzić się w pracoholizm. Czasami zbyt łatwo chcemy bardzo dużo rzeczy zrobić, przeceniamy swoje możliwości, a potrzeba cierpliwości, pewnej pokory wobec rzeczywistości, której nie da się natychmiast przemienić. Dzisiejszy świat sprzyja obu skrajnościom, i szybkiemu zniechęceniu z braku natychmiastowych sukcesów i przepracowaniu z płynącemu z przekonania, że im więcej włożymy pracy tym będą lepsze efekty. Jedną z ważniejszych w naszym życiu rzeczy jest osiągnięcie tego poziomu roztropności, który pomaga uniknąć obu tych ekstremów.

Nie można zatem zapominać o odpoczynku, czy coś jeszcze jest ważne w osiąganiu przyjętych przez nas celów?
Podkreślę raz jeszcze, że niezwykle ważne są konsekwencja, wytrwałość i cierpliwość. Na dłuższą metę to głównie się liczy. Człowiek ma rozliczne zainteresowania, zazwyczaj sympatyczne, ale krótkotrwałe – jest w nas coś takiego, że wiele rzeczy nas interesuje, chcemy szybko coś dostać, a później zdajemy sobie sprawę, że już to znamy i już nas tak nie ciekawi, albo że znaliśmy już coś podobnego. Dlatego porzucamy to co znane i poszukujemy nowych rzeczy, nowych doświadczeń, nowych doznań. To dotyczy także relacji międzyludzkich. Jednakże, szczerze mówiąc, wykonujemy wtedy w naszym życiu ruchy Browna – ruchy chaotyczne, kierują nami wzajemnie się znoszące impulsy i – na dłuższą metę – wszystko w życiu się rozłazi. Trzeba też pamiętać, ze strzałka czasu ma swój zwrot, nasz czas płynie tylko w jedną stronę. Tu, na tym świecie, jesteśmy poddani przemijaniu. I jeśli człowiek w okresie od 20 do 30 roku życia wykonuje takie ruchy Browna, to powinien dostrzec, że przez te lata nic jeszcze nie zbudował i w jego głowie powinna się zapalić „czerwona lampka”. To ostatni moment by zmienić filozofię życiową i nie rozmienić swego życia na drobne. Jeśli bowiem nic się w nim nie zmieni, to w wieku 40 lat człowiek znajdzie się dokładnie w tym samym punkcie w którym był, tyle że upłynęło już kolejne 10 lat i dokonanie fundamentalnych życiowych zmian jest wtedy znacznie trudniejsze. I z każdym rokiem staje się jeszcze bardziej trudne, a licznik nieuchronnie bije – mijają kolejne lata…

Dlatego tak ważna jest konsekwencja w budowaniu, osiąganiu celów, a także wytrwałość w przezwyciężeniu kryzysów, które zawsze się pojawiają. Takie sinusoidy, zarówno psychiczne, jak i fizyczne, są wpisane w ludzką kondycję. Człowiek, który w obliczu kryzysu, porzuca swoje cele, gwałtownie zmienia priorytety, wycofuje się z budowania relacji, niczego w życiu nie osiągnie. Trzeba umieć przytrzymać trudny okres, starać się zrozumieć ewentualne błędy i je naprawiać oraz cierpliwie budować. Taka konsekwencja i wytrwałość w dążeniu do celu mają ogromną wartość, a tego dziś często brakuje.

Jeśli chodzi o te braki, Ojciec zajmuje się propagowaniem myśli Jana Pawła II również poprzez kształtowanie młodych liderów.
Nie powiedziałbym, że liderów – po prostu świadomych chrześcijan, aktywnych na polu ekonomii, kultury i życia społecznego. Martwię się bowiem faktem, że na spuściznę Jana Pawła II spoglądamy dzisiaj trochę tak jak na „owada w bursztynie” – na coś bezcennego, pięknego, ale zastygłego przed wielu laty, piękne świadectwo minionego czasu. Natomiast to, co Papież pisał i mówił, jest mądre i ożywcze, mogące pomóc ludziom także dzisiaj. Niesłychanie precyzyjnie diagnozujące dzisiejsze problemy w Kościele, w Polsce i świecie oraz ukazujące kierunki skutecznych rozwiązań. Tyle tylko, że teraz trzeba się bardziej namęczyć, aby to ciekawie, w sposób atrakcyjny i dostosowany do obecnej sytuacji, opowiedzieć ludziom, którzy już nie pamiętają Jana Pawła II. Trzeba pokazać dzisiejszym młodym ludziom, jak przemyślenia Karola Wojtyły mogą im się przydać w ich konkretnym życiu, a nie uczyć ich tylko, że jakiś Jan Paweł II kiedyś był i zrobił coś wyjątkowego. To jest dla nich fajna, optymistyczna opowieść, ale opowieść historyczna, mówiąca o czasie już dawno minionym Taka narracja nie posiada już jednak związku z dniem dzisiejszym, nie zmienia mojego życia. Chodzi więc o to, aby pokazać młodym, którzy właśnie wchodzą w życie zawodowe i rodzinne oraz polityczne i społeczne, jak być dojrzałym chrześcijaninem, ukazać co w życiu jest ważne, jak podejmować dojrzałe decyzje, dopomóc by dobrze rozumieli otaczającą ich rzeczywistość i by ją mądrze zmieniali. To co robię wspiera się na nauczaniu Jana Pawła II, ale nie tylko jego – chodzi o to, aby wesprzeć młodych ludzi w odkrywaniu tego jak dobrze przeżyć swoje życie, jak być świadomym i twórczym chrześcijaninem w dzisiejszym świecie i Polsce.

Czy widać wśród młodych ludzi jakieś umiejętności, których ewidentnie brakuje?
Każda osoba jest inna, stąd wszystkie takie uwagi mają jedynie charakter statystyczny. Myślę, że wśród młodych 20+ widać dobre wykształcenie, obycie w świecie, ale też słabość psychiczną, większą kruchość, brak wytrzymałości. Często jest to młodzież, których rodzice się rozwiedli i to też się jakoś wpisuje w psychikę dzieci. W nawiązywane przez nich relacje. Żyją też w świecie dużo bardziej sprywatyzowanym, podzielonym na własne szkoły, własny tok studiów, własne zajęcia pozalekcyjne, każdy zajmuje się swoją karierą. Nie mają też czasu, bo bardzo często łączą studia z pracą zawodową. Dużo większy wpływ ma na nich świat wirtualny, co jednak oducza życia w „realu”, utrudnia budowanie głębszych relacji pomiędzy ludźmi. Z drugiej strony, młodzi ludzie są otwarci, tolerancyjni, chłonni. Tak więc, jak zawsze widać i mankamenty i wiele zalet.

Czy spotykając się z tymi młodymi ludźmi dostrzega Ojciec jakieś tematy na które jest szczególne zapotrzebowanie?
Co mnie cieszy i sprawia, że czuję się im potrzebny, to fakt, że to, co ich głównie interesuje to są tematy ponadczasowe. Owszem, podobnie jak moja generacja, są w wielkiej mierze niewolnikami mód: w stroju, obyczaju, własnym slangu, sposobach komunikacji, selekcjonowaniu informacji, poglądach na świat i na innych ludzi. I – podobnie jak moja generacja – zupełnie nie są świadomi, że są to jedynie mody, po których za parę lat nie będzie śladu. Ale, na szczęście, pod spodem istnieje warstwa głębsza, a w niej pojawiają się tematy podstawowe – takie same z którymi borykała się moja generacja – nauka-wiara, problem sensu życia, odkrywania powołania życiowego, istnienie Boga, relacje chłopak-dziewczyna i mąż-żona oraz dzieci-rodzice, budowanie przyjaźni. A dzisiaj jest bardzo mało poważnego myślenia i mówienia na ten temat. Dominują banalne, by nie rzec, prostackie „poradniki” i niezbyt mądre fora internetowe. Myślę, że wielkim sukcesem Jana Pawła II było to, że – mimo iż używał trudnego języka – mówił bardzo dużo o miłości, o przyjaźni. Ludzie nadal tego potrzebują. I ja to widzę wśród wielu moich młodych znajomych i przyjaciół. Ten powszechny dziś pop-hedonizm wcale ich nie zadowala, choć często wpadają w jego pułapkę. Jednak widzę też, że szukają czegoś więcej, czegoś czego dzisiejszy świat im nie daje. Uczy on bowiem głównie tego, że liczą się szybko i łatwo osiągane przyjemności. A w relacjach międzyludzkich jest to wręcz śmiercionośne. Nie da się zbudować głębszej relacji bez ponawianego wysiłku wierności oraz bez kryzysów – bolesnych zderzeń dwóch egocentryzmów. A dzisiaj ludzie powszechnie sądzą, że sens ma tylko bycie ze sobą dopóki jest nam miło, a jeśli przestanie być sympatycznie, to wtedy się rozstajemy i szukamy nowych partnerów. W taki sposób jednak nigdy nie zbudujemy bliższych relacji, nie poznamy trudu, ale i wielkiej radości przyjaźni. A bardzo jej potrzebujemy, potrzebujemy głębokiego wzajemnego zaufania, intelektualnej i duchowej wspólnoty, powierzenia się, poczucia akceptacji i bezpieczeństwa, dzielenia się smutkami oraz radością (a także, dodam, wspólnie dzielonego poczucia humoru).

Czy można powiedzieć, jakie cechy powinni mieć liderzy za 5-10 lat? Czego powinno się ich dzisiaj uczyć by byli lepszymi liderami w przyszłości?
Myślę, że te cechy są dosyć uniwersalne. Kontakt z Pismem Świętym, które wyraża doświadczenia sprzed paru tysięcy lat, również z wielką literaturą, od Sofoklesa, przez Shakespeara i Thomasa Manna, po Josifa Brodskiego, pokazuje że podobne są ludzkie dramaty oraz dylematy. Ich bohaterowie występują w innych kostiumach historycznych i w odmiennym otoczeniu kulturowym, ale ciągle przeżywają podobne nam problemy. I chyba tego trzeba uczyć dzisiejszych młodych liderów – że oni też są częścią historii. Że jeżeli zostają liderami to ciąży na nich odpowiedzialność za przyszłość. Bardzo bowiem jest niebezpieczne to, że od końca drugiej wojny światowej w tej połaci ziemi, którą obejmuje kultura Zachodu byliśmy przekonani, że rozwiązaliśmy wszystkie problemy, a teraz będziemy żyć w świecie syto-stabilno-bezpiecznym i to w świecie zwycięskim, świecie, który samoczynnie się będzie rozszerzał w jedynie słusznym kierunku. To absurd. Naiwny i groźny. I coraz wyraźniej to widać. Wiele takich cech, jak solidarność, mądry patriotyzm, odpowiedzialność, ofiarność, odstawiono do lamusa, bo przecież każdy ma swoje wartości, są one całkowicie równoprawne, każdy ma prawo do pełni swojej ekspresji, a wszelka intelektualna dystynkcja lub ocena etyczna, to – w najlepszym wypadku – akt przemocy symbolicznej lub mikroprzemocy (microviolence). Z życia społecznego wyrugowano też chrześcijaństwo, które ongiś zszyło mozaikę różnych plemion, religii, języków i kultur w jedną Europę (nie chodzi o rozdzielenie Kościoła i państwa, które jest ze wszech miar pożądane, ale o skuteczne stworzenie „czarnej legendy” chrześcijaństwa, która odcięła kulturę od wartości). To wszystko niesłychanie pokiereszowało poczucie wspólnoty – wspólnoty, którą jednoczą wspólnie wyznawane wartości i która jest gotowa ich bronić. Historia nadal biegnie i przyśpiesza na naszych oczach, a Europa ewidentnie – z roku na rok – słabnie ekonomicznie, politycznie, demograficznie i duchowo. Sądzę więc, że za 10 lat przyjdzie czas dużo poważniejszych wyzwań niż te które mamy teraz. I trzeba się do tych wyzwań przygotować. Usłyszałem niedawno od świetnie wykształconych, mających wysokie stanowiska młodych ludzi, że jeśli ktoś zaatakowałby Polską, to oni natychmiast pędzą na lotnisko i uciekają. Owszem, można tak zareagować, ale na tym nie zbuduje się dobrego życia. Nie ucieknie się przed przeznaczeniem. Cały świat zachodni, jeśli nie zrozumie swoich problemów i nie zacznie reperować swojej sfery duchowej, sfery wartości, nie zacznie odbudowywać wspólnotowych fundamentów, to stanie bezbronny wobec stojących przed nim wyzwań. A wtedy będziemy oglądać zmierzch Zachodu, „bezpłodnej babci” jak powiedział o Europie papież Franciszek, i zapewne nie będzie to proces bezbolesny. Przed generacją dzisiejszych dwudziestoparolatków staną więc za 10 lat bardzo poważne wyzwania. Dlatego powinni wiedzieć już dzisiaj, że za ich życia już na pewno nie będzie tak optymistycznie i tak pogodnie jak to było kiedyś, całkiem jeszcze niedawno.

*

Rozmawiał Dawid Sobolak – prezes Fundacji Warsztat Innowacji Społecznych. Od wielu lat projektuje i koordynuje działania na rzecz dobra publicznego, m. in. Media Lab Innowacji Społecznej. Doświadczenie zawodowe zdobywał również w biznesie, rozwijając kompetencje analityczne, m. in. w agencji konsultingowej Sedlak&Sedlak, a także w State Street Bank.

NO COMMENTS

POST A COMMENT