Home / Studium przypadku  / Lider bez etykietki

Lider bez etykietki

Wojciech Florczyk

jest człowiekiem, który udowadnia, że zostanie przywódcą z misją nie jest tylko naiwnym życzeniem. Swoją postawą i upartym dążeniem do wyznaczonych celów pokazuje, iż można realizować projekty, nie rezygnując z wartości takich jak szacunek, uczciwość, wrażliwość. Prowadząc sprawnie funkcjonujące firmy, zachowuje wszystkie cechy dobrego lidera; słucha innych, deleguje obowiązki, wprowadza nowe rozwiązania, nie rezygnuje z ciągłego rozwoju.

Wojciech Florczyk urodził się w Krakowie, 22 października 1980 roku. Od najmłodszych lat fascynowały go rysunki ojca. Przeglądał jego szkolne kroniki i marzył o tym, by posiąść taki talent. Niestety, szybko okazało się, że chłopiec nie odziedziczył tej zdolności, dlatego zaczął szukać innych form wyrazu. Był to pierwszy sygnał wskazujący na to, że w przyszłości może zostać liderem efektywnie zarządzającym zespołem i procesami zachodzącymi w firmie – kiedy pojawiła się przeszkoda na pozór nie do pokonania, młodziutki chłopak nie porzucił swoich marzeń, ale jeszcze usilniej poszukiwał sposobu, by osiągnąć cel.

Już w szkole podstawowej trudnił się wydawaniem szkolnej gazetki.

Początki były skromne: domowy pecet i drukarka, na których łamał tekst, składał go i drukował, a następnie rozprowadzał w szkolnym sklepiku i bibliotece. Pierwsze gazetki miały formę prostej kartki, ale uczeń starał się, by były coraz lepsze, toteż z każdym kolejnym numerem udoskonalał je, eksperymentował z formą. To kolejna cecha dobrego lidera, który nie porzuca swojej pracy, kiedy osiągnie zamierzony efekt, ale ciągle pracuje nad jej ulepszeniem.

Kilka lat później, będąc już licealistą, razem z kolegami ze szkoły wydawał szkolne czasopismo. Wówczas nie tylko pisał pierwsze autorskie artykuły i recenzje, ale też nadal rozwijał swoje umiejętności związane ze składem gazety. Był nim tak zafascynowany, że zakupił nawet książkę o poprawnym składzie tekstu. Te doświadczenia sprawiły, że chłopak zaczął eksperymentować z grafiką i tworzeniem stron internetowych. Chociaż był samoukiem, bardzo sprawnie poruszał się w nowej wtedy rzeczywistości Internetu. Pierwsze poważne zlecenie na zrobienie strony internetowej otrzymał już w trzeciej klasie liceum od swojego nauczyciela fizyki prowadzącego instytucję naukową. I chociaż niezmiernie interesowało go tworzenie nowych rzeczy przy pomocy komputera, w głowie zaczęła świtać mu myśl o studiach dziennikarskich.

W wieku 18 lat, jeszcze przed rozpoczęciem studiów,

Wojciech Florczyk miał już całkiem solidne doświadczenie dziennikarskie, potrafił przygotować tekst do druku, tworzyć grafiki i złożone, jak na tamte czasy, strony internetowe, opierające się na kodzie HTML. Ciągle rozwijał swoje umiejętności i próbował sił w nowych dziedzinach. Wtedy też zrealizował poważne zlecenie na zrobienie strony WWW dla Radia Plus, które otrzymał za pośrednictwem pracującego tam brata. Ponieważ Internet w Polsce był w tym czasie nowością i niewielu mogło sobie na niego pozwolić, siłą rzeczy treści tam zamieszczane nie trafiały do szerokiego grona odbiorców. Dlatego też firmy nie przykładały dużej wagi do stosowanych rozwiązań i pozostawiały młodym ludziom dużą swobodę działania. Dzięki temu wkraczający w dorosłość chłopak „na żywym organizmie” mógł sprawdzać różne rozwiązania, uczyć się nowych rzeczy, eksperymentować, zaspokajać ciągłą potrzebę tworzenia. W wyniku tego, co kilka miesięcy diametralnie zmieniał interfejs całej strony radia, a przy okazji stawał się coraz lepszy w swoim fachu.

Kolejnym etapem rozwoju było stworzenie strony internetowej dla Archidiecezji Krakowskiej, do której należało Radio Plus. W tym momencie nastąpił pewien przełom w karierze młodego mężczyzny. Współpraca z Archidiecezją splotła się w czasie z pielgrzymką Jana Pawła II do Polski w 1999 roku. Wojciech Florczyk zyskał szansę stworzenia osobnego serwisu informacyjnego, którym zarządzał od strony technicznej, redagował newsy, pisał własne teksty.

Udało mu się nawet uruchomić transmisję na żywo z okna papieskiego.

I chociaż możliwości techniczne pozwalały na dostęp do transmisji tylko pięćdziesięciu osobom jednocześnie, a podłączenie użytkownika było bardzo trudne, fakt ten odnotowano nawet w prasie – bez wątpienia, uruchomienie transmisji online u schyłku XX wieku, uznano za niezwykłą innowację. Telewizja wkroczyła do świata Internetu.

Mimo że po zdaniu matury mężczyzna wiedział już, iż zdecydowanie bardziej chciałby zostać grafikiem, niż webmasterem, to zdecydował się na pójście znacznie wcześniej obraną ścieżką i wybrał studia z Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tam, w takcie studiów szybko doszedł do wniosku, że nie sprawdzi się w roli dziennikarza, ponieważ długie, zmarnowane godziny oczekiwania na rozmówcę, by zadać mu kilka pytań to nie jest to, czym chciałby się w życiu zajmować. Nie rzucił jednak studiów i poświęcał dużo czasu na to, by je ukończyć, ale równocześnie rozpoczął pracę w raczkującym wtedy portalu Interia.pl, który wystartował końcówką roku 1999. Po dwóch latach, w wyniku Amerykańskiego kryzysu dotcomowego, który nie ominął Polski, został zwolniony wraz z kilkoma innymi pracownikami. Jak przyznał w jednym z wywiadów, nie żałuje, bo po dwóch latach pracy przy portalu internetowym miał wrażenie, że nauczył się już wszystkiego i nie miał tam możliwości dalszego rozwoju. Ta postawa pokazuje niesamowitą intuicję mężczyzny. Po wyrzuceniu z Interii nie załamał się, ale pracował jeszcze ciężej, by osiągnąć maksymalny rozwój. Nie zależało mu na karierze, czy bezpiecznej posadzie. Kwestie finansowe były odsunięte na dalszy plan. Jedyną istotną rzeczą było stawanie się coraz lepszym – dla własnej satysfakcji.

Po tych wydarzeniach planował zostać freelancerem i spokojnie ukończyć studia, jednak w niedługim czasie, w porozumieniu z kolegami z Interia.pl postanowił założyć swoją pierwszą firmę zajmującą się tworzeniem stron internetowych na zlecenie. Początkowo firma nazywała się L-Design, w 2002 roku została przemianowana na Softhis.

Nastąpił okres wytężonej pracy.

Założyciele Softhis poświęcali firmie 12 godzin dziennie, czasem musieli pracować w weekendy. Jak wszyscy raczkujący przedsiębiorcy, borykali się z problemami finansowymi. Zdarzało się tak, że nie wypłacali sobie honorariów – wszystkie zarobione pieniądze inwestowali w pensje pracowników i rozwój firmy. W tym momencie nie miało to dla nich żadnego znaczenia. Pracowali, robili to, co lubią, zarabiali na tym i ciągle zyskiwali nowych klientów. Obserwowanie wyników tej pracy dawało im szczególną radość. Wojciech Florczyk w tym czasie przechodził ważną próbę. Musiał wykazać się jako dobry lider. Stawiał czoła wszystkim problemom, z uporem i optymizmem walczył o przetrwanie firmy na rynku, spotykał się z wieloma ludźmi, rozmawiał, słuchał, analizował. Był to czas szczególnego rozwoju. Oprócz nabywanych umiejętności miękkich, zdobył także mnóstwo technicznych sprawności, jak prowadzenie rozliczeń w firmie czy pozyskiwanie nowych klientów. Wydawać by się mogło, że w firmie informatycznej nie ma miejsca na dziennikarstwo. A jednak, na każdym kroku mężczyzna wykorzystywał wiedzę nabytą w trakcie studiów. Wiedział, jak mówić, by zostać zrozumianym, jak przekazać informacje, sformułować przekonujący komunikat, zjednać sobie ludzi. Miał wielką świadomość roli komunikacji w życiu firmy i zdawał sobie sprawę z tego, jak istotne jest, by sprawnie przebiegała.

Można by zadać sobie pytanie, „po co ten trud?”. Skoro pół swojego życia spędzał w firmie, która początkowo nie przynosiła mu zysków, to czy nie lepiej byłoby mu na bezpiecznym etacie, na którym obowiązków byłoby o wiele mniej, a zawsze na koniec miesiąca otrzymałby pewne pieniądze. Tutaj również mężczyzna pokazał się jako dobry lider. Zrobił nie to, co się opłaca, ale to, co zrobić warto.

Znał swoje mocne i słabe strony, doskonale wiedział, że będzie w stanie poprowadzić firmę. Zrealizował swój plan.

Początkowo było to wręcz proste marzenie: chcę mieć firmę. Chcę się usamodzielnić, robić to, co potrafię, mieć coś swojego. Nie były potrzebne żadne argumenty za ani przeciw. Młody przedsiębiorca chciał mieć firmę, założył ją i od 2002 nieustannie poświęca się i robi wszystko, żeby jej nie stracić.

Jak już wspomnieliśmy, Wojciech Florczyk miał wielką świadomość roli komunikacji interpersonalnej, toteż wiele czasu poświęcał na spotkania z różnymi ludźmi. Pośród nich spotykał osoby, z którymi potem tworzył obiecujące projekty. Najbardziej cenne było jednak poznanie ludzi, którzy zostali jego wspólnikami w założonej w 2006 roku firmie No Label. Ciężka praca i walka o swoje się opłaciła. Softhis zaczął przynosić wymierne zyski, zleceń było coraz więcej, toteż w 4 lata po wkroczeniu na rynek informatyczny, powstała potrzeba wyodrębnienia z firmy nowego działu zajmującego się animacją i postprodukcją. Początkowo No Label działał z ramienia Softhis, a już po roku funkcjonował jako osobna firma.

Właściciel Softhis i No Label miał coraz mniej czasu na wykonanie codziennych zadań, a procesy w firmie stawały się coraz bardziej skomplikowane, wymagały specjalistycznej wiedzy. W związku z tym, mężczyzna znów wykazał się jako mądry lider, który nie zatrzymuje pełnej kontroli dla siebie, ale deleguje obowiązki na innych pracowników. Jest to bardzo ważny aspekt zarządzania firmą i zespołem. Trzeba zatrzymywać dla siebie tylko te obowiązki, w których inni nie mogą nas zastąpić, a pozostałe kompetencje delegować na pracowników, dając im szanse na rozwój i wykazanie się w nowej sytuacji.

Kiedy firma wkraczała na rynek, Wojciech Florczyk zajmował się wszystkimi aspektami związanymi z prowadzeniem własnego przedsiębiorstwa. Teraz jego kluczowymi kompetencjami było podejmowanie ważnych decyzji, bieżące wsparcie całego zespołu, kontrola procesów, usprawnianie ich. Pozostałe umiejętności (fakturowanie, pozyskiwanie klientów, webdesign, grafika) oddał innym. Z rolą grafika było mu się szczególnie trudno rozstać, jednak doskonale rozumiał, że nie może zatrzymać tej kompetencji dla siebie, jeśli chce sprawnie i efektywnie zarządzać firmą.

Dzięki temu, że przeszedł przez wszystkie szczeble kariery we własnej firmie, wie jak ona funkcjonuje.

Pomimo rozwoju i zmian, zachowuje jej bezcenny kapitał – zgromadzoną wiedzę. Znajomość własnej firmy od podszewki ma też tą zaletę, że mężczyzna jest w stanie porozmawiać z każdym pracownikiem na dowolny temat dotyczący jej funkcjonowania. Nie jest ekspertem, ale jest osobą kompetentną, by porozmawiać z nim o finansach, kadrach, marketingu, grafice, projektach… Rozumie, o czym się mówi i ma coś do powiedzenia. Każdy pracownik może do niego przyjść i porozmawiać – orientuje się we wszystkim, dzięki czemu potwierdza swoje kompetencje i buduje autorytet. Przyznaje, że właściwie co pięć lat wykonuje całkiem inny zawód. Marzył o zostaniu dziennikarzem, projektował strony internetowe, grafiki i potem złożone animacje, a obecnie tworzy prezentacje multimedialne.

Upór, wytrwałość, dążenie do ciągłego rozwoju i mądrość Wojciecha Florczyka, owocowały coraz to większymi sukcesami prowadzonych firm. Oba przedsiębiorstwa zyskiwały poważniejszych klientów, realizowały rosnącą liczbę zleceń, więc już po trzech latach funkcjonowania No Label powstała potrzeba wyodrębnienia z niej nowej firmy, specjalizującej się w tworzeniu instalacji multimedialnych. Tak w 2009 roku powstała New Amsterdam. Wbrew pozorom, podział firmy nie oznaczał kryzysu, ale był odważnym krokiem pozwalającym na dalszy rozwój. Oczywiście, proces wydzielania całkiem nowego przedsiębiorstwa z dobrze prosperującej firmy wiązał się z ogromnym niebezpieczeństwem niepowodzenia i pogrążeniem całego przedsięwzięcia, jednak postanowiono podjąć to ryzyko. Mężczyzna wydzielił trzy przedsiębiorstwa samodzielnie funkcjonujące na rynku i pozwolił im specjalizować się w swoich dziedzinach. Pomimo autonomii poszczególnych firm, Softhis, No Label i New Amsterdam pozostają w ścisłej współpracy. Ich pracownicy nie rywalizują ze sobą, ale uzupełniają się kompetencjami, by wspólnie realizować projekty zakrojone na szeroką skalę.

Taka kooperacja i specjalizacja we własnych dziedzinach daje wymierne rezultaty.

Do największych osiągnięć No Label można zaliczyć tworzenie efektów specjalnych do filmu „Powidoki” Andrzeja Wajdy. New Amsterdam z kolei może poszczycić się stworzeniem instalacji Hydropolis we Wrocławiu, czy projekcji multimedialnych dla Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Przygotowanie instalacji multimedialnej dla wspomnianego muzeum jest najnowszym, a zarazem największym osiągnięciem firmy. Ekspozycja jest największą tego typu w Polsce. Jej zbudowanie zajęło blisko trzy lata, liczy 290 stanowisk multimedialnych, a do jej zrobienia wykorzystano 400 minut filmów, 6 tysięcy zdjęć, map, plakatów i mnóstwo tekstów historycznych.

Tworzenie instalacji multimedialnych jest wyjątkową częścią działalności Wojciecha Florczyka. Na jego stronie internetowej widnieje dewiza, że innowacje napędza publiczność, a nie technologie. Projekcje multimedialne są raczej tłem dla przedstawionych wydarzeń, a nie ich centrum. Widz skupia się nie na wykorzystanych rozwiązaniach, ale na przedstawionej historii. To zbliża go do realnego przeżycia pokazanych wydarzeń, uruchamia wszystkie jego zmysły. Chodzi o to, by za pomocą fabuły i atrakcyjnego sposobu przedstawienia historii, stworzyć swoisty „spektakl”, w którym udział bierze zwiedzający. Wyjątkowa wystawa, wpisując się w nurt muzeum narracyjnego, pozwala odbiorcom na głębszą interakcję. Osoba oglądająca ekspozycję poświęca jej więcej uwagi, lepiej ją rozumie, a dzięki temu łatwiej zapamiętuje. Wykorzystywanie multimedialnych instalacji w instytucjach tego typu ma zatem nieoceniony wymiar edukacyjny.

Chociaż proces powstawania muzeum został zainicjowany już w 2008 roku, to konkurs na instalację multimedialną rozstrzygnięto dopiero w maju 2013. Wynikało to ze specyfiki tworzenia multimediów obecnych na wystawie. Nie mogły one dominować całości. Miały być jej atrakcyjnym uzupełnieniem. Wszystkie elementy instalacji musiały ze sobą współgrać. Istotne były informacje, na jakiej powierzchni i w jakim formacie multimedia będą wyświetlane, dlatego proces ich powstawania mógł rozpocząć się dopiero w momencie, w którym wiadomo było, jak będzie wyglądał budynek i „niecyfrowe” elementy ekspozycji. New Amsterdam stanęło do przetargu i wygrało go, pokonując konkurencję.

Nastąpił czas jeszcze bardziej wytężonej pracy. Aby przygotowana przez firmę instalacja odpowiadała oczekiwaniom dyrektora muzeum, Wojciech Florczyk musiał znów udowodnić, że jest doskonałym liderem. Musiał być otwarty na dialog, uważnie słuchać drugiej strony, zrozumieć jej punkt widzenia, dociec do tego, co i jak ma być przedstawione. Ponadto, poświęcił wiele czasu, by zgłębić temat II Wojny Światowej, zapoznać się z dostępnymi materiałami, rzetelnie ocenić możliwość ich wykorzystania i wykonania poszczególnych elementów.

Proponował alternatywne rozwiązania, ale ich nie narzucał.

Współpracę między New Amsterdam, a powstającym Muzeum II Wojny Światowej zdecydowanie ułatwiał fakt, że klient był zdecydowany i doskonale wiedział, czego chce. W zamyśle Muzeum miało przedstawiać II Wojnę Światową z perspektywy cywila wciągniętego w wojnę, którego codzienność to państwo ogarnięte konfliktem zbrojnym. Muzeum miało pokazać dramat wojny z perspektywy zwykłego cywila, a nie generała. Po wtóre, Muzeum miało stanowić uzupełnienie oferty innych placówek tego typu, a nie być dla nich konkurencją. Ponieważ na ograniczonej powierzchni nie da się przedstawić całości okrucieństwa wojny, założyciele muzeum zdecydowali się na rezygnację z głośnych tematów (Powstanie Warszawskie, Holocaust) na rzecz ukazania cichych dramatów cywili, z którymi zwiedzającym będzie się prościej utożsamić. Muzeum ogłaszając przetarg miało już zgromadzone filmy i zdjęcia, które chciało wykorzystać. New Amsterdam musiało wsłuchać się tylko w potrzeby klienta i przedstawić wszystko zgodnie z jego wizją. Obie strony wykazały się dużą wrażliwością, a doskonała komunikacja, tak ważna dla Wojciecha Florczyka pozwoliła na nawiązanie owocnej współpracy i uniknięcie wielu błędów już na etapie koncepcyjnym.

Na różnych etapach prac, w tworzenie instalacji było zaangażowanych wielu różnych pracowników, w sumie ponad 70 osób.

Kilkuletnia praca w tak dynamicznej grupie ludzi o szerokim wachlarzu kompetencji, wymagała formułowania zrozumiałych komunikatów, słuchania ich, rozumienia i odpowiedniego reagowania na nie. Im więcej problemów udało się zdefiniować na początku, tym mniej kłopotów powstawało na kolejnych etapach prac. Ponad to, dobra współpraca oraz sprawna komunikacja przyniosła ciekawe rozwiązania, które bez wzajemnego zrozumienia byłyby niemożliwe do wykonania.

Przykładowo, w strefie dzieci miał zostać zamontowany ekran – „okno” ze statycznym widokiem na Warszawę. New Amsterdam zaproponował, aby obraz w oknie zmieniał się z biegiem lat i pokazywał, jak wyglądało miasto przed wojną oraz w jej trakcie. Pomysł zaakceptowano. Dzięki propozycji pracowników Wojciecha Florczyka, dzieci obserwując „widok za oknem” uczą się bardzo ważnej lekcji na temat historii Polski. Zaczynają rozumieć, jak niewiele potrzeba do eskalacji konfliktu i jak nieuchronny on bywa.

Kierownik działu naukowego muzeum przyznał, że niektóre pomysły nigdy nie zostałyby zrealizowane, gdyby nie kooperacja z firmą New Amsterdam, która dbała o najdrobniejszy szczegół ekspozycji. Czasami modyfikacji ulegały małe, ale znaczące elementy, wpływające na charakter i odbiór całości. Takim elementem było zastąpienie zwykłej prezentacji z automatycznie zmieniającymi się slajdami, interaktywną księgą, która pozwalała uczestnikowi, by sam „przewracał” jej karty.

Tworzenie instalacji multimedialnej zakończyło się w styczniu 2017 roku. Muzeum otwarto dwa miesiące później. W przeciągu niespełna 3 tygodni, placówkę odwiedziło ponad 20 tysięcy zwiedzających. Dzięki niezwykłemu połączeniu tradycyjnego przedstawienia historii z elementami interaktywnymi, poznali oni nieznaną historię Polski z całkiem nowej perspektywy.

Dziś New Amsterdam jest rozpoznawalną firmą tworzącą ekspozycje multimedialne nie tylko dla muzeów narracyjnych, ale także dla galerii handlowych czy prywatnych przedsiębiorców zainteresowanych storytellingiem.

Wydaje się, że Wojciech Florczyk z łatwością osiągnął sukces. Był w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie. Jego młodość przypadła na okres, w którym nowe media nie były jeszcze powszechnie dostępne i nie trzeba było mierzyć się z konkurencją. Ale to tylko pozory. Mężczyzna od najmłodszych lat ciężko pracował nad własnym rozwojem, próbował nowych rozwiązań, nigdy nie uznawał rzeczy za skończone, szukał innowacyjnych sposobów na samorealizację, ciągle przesuwał granicę własnych ograniczeń. Pierwsze sukcesy motywowały go do jeszcze bardziej wzmożonego wysiłku. Doświadczenie nauczyło go, by ani na chwilę nie przestawać się starać. Za każdym razem, kiedy chciał odsunąć sprawy firmowe na dalszy tor, wiązało się to z poważnymi konsekwencjami dla firmy. Mężczyzna ciągle pracuje nad rozwojem własnym, rozwojem firmy, udoskonala procesy, deleguje zadania, słucha i jest słuchany.

NO COMMENTS

POST A COMMENT