Home / Wywiad  / Przyszłość to kwestionowanie standardu – Edwin Bendyk

Przyszłość to kwestionowanie standardu – Edwin Bendyk

Edwin Bendyk

Dziennikarz, koncentrujący się w swojej pracy na problematyce cywilizacji i oddziaływania techniki na życie społeczne. Od lat 90-tych związany z Tygodnikiem Polityka. Jest także nauczycielem akademickim, wykłada w Collegium Civitas, gdzie kieruje Ośrodkiem Badań nad Przyszłością, którego był inicjatorem. Uznany ekspert, współautor i realizator szeregu projektów naukowo-badawczych oraz społecznych, jednym z ostatnich jest „Miasto Przyszłości – Laboratorium Wrocław” realizowany, jako element obchodów Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016.

***
Rozmowa z Edwinem Bendykiem to dyskusja z osobą, która fascynuje się przyszłością i bada ją od kilkunastu lat. Wspólnie staramy się prognozować, jakie kompetencje będą potrzebne liderom w perspektywie kilkunastu najbliższych lat. To jednak nie wszystko. Poniższy wywiad, pokazuje jak zaskakująco może przebiegać ścieżka kariery i jak bardzo otwartym trzeba być podczas swojej zawodowej wędrówki. Edwin Bendyk zaczynał od magisterium z chemii by ostatecznie zostać dziennikarzem. Dziś jest kierownikiem działu naukowego Tygodnika Polityka, prowadzi Ośrodek Badań nad Przyszłością przy Collegium Civitas, kreuje i bada wydarzenia kulturalne, a to dopiero początek długiej listy jego aktywności…

***

Łukasz Maźnica: Panie Redaktorze, jest Pan człowiekiem, którego ciężko opisać w prosty sposób. Kierownik działu naukowego tygodnika Polityka, pisarz, ekspert od zmian społecznych i kulturowych w świecie nowych technologii… Można długo wymieniać. Wszystko jednak zaczęło się od chemii, którą Pan studiował… To nie jest najbardziej oczywista ścieżka kariery.

Edwin Bendyk: Oczywista może nie, ale stoi za tym dość prosta historia. Od wczesnych lat licealnych myślałem o tym, żeby zostać naukowcem, chemia była takim marzeniem i do końca studiów wydawało mi się, że marzenie to zostanie zrealizowane. Studia skończyłem w 1989 roku, zacząłem asystenturę na Wydziale Chemii UW ale nie był to najlepszy moment na zaczynanie kariery w nauce. Tym bardziej, że przez cały okres studiów angażowałem się w niezależny ruch wydawniczy. Wydawaliśmy z kolegami z Uniwersytetu Warszawskiego dwie podziemne gazety studenckie – tygodnik „Miś” i bardziej eseistyczny miesięcznik „Grizzly”. To była solidna szkoła dziennikarstwa i zarazem przepustka do różnych kontaktów, które można było wykorzystać po roku 89 w prawdziwym dziennikarstwie. W dużej mierze dzięki nim niedługo po przemianach ustrojowych dostałem propozycję pracy ze Stefanem Bratkowskim, legendą dziennikarstwa. Nie sposób było odmówić. Wybrałem tamtą ścieżkę i tak już zostało.

Jest Pan także twórcą Ośrodka Badań nad Przyszłością w Collegium Civitas. To kolejny ciekawy punkt w życiorysie. Czemu badania nad przyszłością?

Powstanie Ośrodka to bardziej skutek zainteresowań. Dziennikarstwo jest metodą dochodzenia do prawdy. Podobne cele ma nauka, stąd łączenie dziennikarstwa i badań naukowych wydaje mi się komplementarne. Stworzenie Ośrodka Badań nad Przyszłością było w pewnym sensie dodatkowym pretekstem do poszerzania wiedzy i zgłębiania nowych tematów.

W gruncie rzeczy zawsze interesowały mnie też możliwości patrzenia w przyszłość. Może dlatego, że wychowałem się pod dużym wpływem książek Lema, Tofflera, Bratkowskiego.

Ośrodek jako jednostka funkcjonuje już od kilku lat, czy da się coś powiedzieć na temat wyników prowadzonych tam badań?

Formalnie Ośrodek powstał w 2009 roku. Ta data nie jest przypadkowa. Wtedy bowiem zakończyły się prace nad Narodowym Programem Foresight– Polska 2020, w którym uczestniczyłem jako członek Panelu Głównego i redaktor raportów końcowych. Warto o Foresighcie wspomnieć, bo było to prekursorskie w Polsce przedsięwzięcie. Niestety, zamiast stać się instytucją padł ofiarą „projektozy”. Po ogłoszeniu wyników konsorcjum realizacyjne rozwiązało się. A co dalej ze zdobytą wiedzą, doświadczeniem?

Czy dobrze podejrzewam, że Ośrodek był formą kontynuacji tych działań badawczych?

Częściowo tak. Foresight dał nam sporo wiedzy formalnej, ale jeszcze cenniejsza była wiedza milcząca ukryta w wypracowanych w trakcie projektu praktykach, nawiązanych interdyscyplinarnych relacjach. Istniało ryzyko, że to wszystko się rozpadnie i przepadnie w sposób nieodwracalny. W ramach zespołu realizującego tamte działania dyskutowaliśmy o tym, jak do tego nie dopuścić i w ten sposób zrodził się pomysł Ośrodka Badań nad Przyszłością. Jednocześnie, Collegium Civitas wydawało się być idealnym miejscem na stworzenie tego rodzaju miejsca. Z jednej strony jest to uczelnia założona przez instytuty Polskiej Akademii Nauk, z drugiej strony prowadziłem tam zajęcia jako wykładowca. Zaproponowałem więc założenie takiego Centrum, na co ówczesny rektor Collegium, nieżyjący już prof. Edmund Wnuk-Lipiński, socjolog i pisarz science-fiction przystał z radością.

Wrócę więc do wcześniejszego pytania – co możemy powiedzieć o pracach Ośrodka i ich efektach?

W naszej działalności skupialiśmy się głównie na rozwijaniu metodyki foresightu. Trafiliśmy na dobry czas, gdy startowaliśmy z Ośrodkiem pojawiły się duże środki na działania foresightowe w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Były znaczne zasoby finansowe, a brakowało kompetencji by realizować tego rodzaju działania. Zdecydowaliśmy się więc uruchomić studia podyplomowe, gdzie uczyliśmy ludzi tej metodyki. Cieszyły się dużą popularnością i udało nam się stworzyć zespół wykładowców angażujący wielu znakomitych ekspertów ze środowiska akademickiego, biznesu i administracji.

Powiedział Pan „cieszyły” – czy to oznacza, że dziś nie ma już popytu na tego rodzaju wiedzę?

Gdy skończył się poprzedni okres programowania środków unijnych, to równocześnie zapotrzebowanie na foresight znacząco spadło. Spadło też zainteresowanie przyszłością. Zapał rządu do myślenia w kategoriach strategii i foresightu po prezentacji raportu Polska 2030 też znacznie osłabł. Wtedy prowadził to Michał Boni, którego później objął ministerstwo cyfryzacji i musiał koncentrować się na innych zagadnieniach. Nie zdołaliśmy zinstytucjonalizować na tyle naszej działalności, by stać się czymś w rodzaju namiastki dla rozwiązanego w 2006 r. Rządowego Centrum Studiów Strategicznych. Owszem, na poziomie indywidualnego zaangażowania pojedynczych członków zespołu angażowaliśmy się w takie przedsięwzięcia, jak Strategia Rozwoju Kraju 2020, czy Strategia Rozwoju Kapitału Społecznego.

Jest Pan z perspektywy czasu w stanie odpowiedzieć na pytanie co zawiodło?

Jestem przekonany, że nie da się niestety prowadzić badań nad przyszłością w sposób projektowy. Jest to rodzaj działalności, który musi cechować ciągłość i stabilność finansowania. Pracując w gazecie nie byłem w stanie angażować się w poszukiwanie projektów. Zresztą, kwestia ekonomii i efektywności kazała mi zastanowić się, jak lepiej angażować indywidualną energię: czy tworzyć nową instytucję, czy lepiej korzystać z potencjału takiej instytucji, jak „Polityka”. Gdy tak się postawi pytanie, wówczas ujawnia się siła tygodnikowego projektu. „Polityka” to więcej niż medium, to współczesny odpowiednik tradycyjnego uniwersytetu, gdzie pracując na etacie w mam możliwość myślenia, czytania, spotykania ciekawych ludzi, prowadzenia debat, a potem komunikowania rezultatów przemyśleń i dociekań szerokiemu gronu inteligentnych, krytycznych odbiorców.

Jest Pan jednym z bardziej rozpoznawalnych w kraju ekspertów z zakresu nowych technologii. Zainteresowanie tym tematem to także pokłosie Foresightu Narodowego?

Nie do końca, wątek nauki, nowych technologii, komputerów i Internetu był dla mnie zawsze istotnym elementem zainteresowań. To taki temat, który łatwo pozwala wchodzić w inne, bardzo różne obszary. Na początku zajmowałem się głównie popularyzowaniem wiedzy, wyjaśnianiem jak działają nowe technologie. Z czasem jednak, wraz z rozwojem możliwości urządzeń mobilnych i świata wirtualnego, zaczęły się nasilać analizy na temat tego, jak świat cyfrowy zmienia społeczeństwo, gospodarkę, czy kulturę. Okazało się, że zajmując się cyfrowymi mediami, trzeba było rozszerzyć kompetencje na te szczególne pola. Patrząc z perspektywy czasu, widzę, że ta wiedza się akumuluje. Oznacza to, że

będąc świadkiem historii od samego początku – można dużo łatwiej interpretować co się dzieje dookoła i w efekcie ta wiedza ekspercka zaczyna mieć unikatowy charakter.

Tak się złożyło, że w czasie pierwszej dekady XXI wieku pojawiło się duże zapotrzebowanie na analizy eksperckie dotyczące cyfryzacji i jej następstw. Zrobiłem wówczas kilka ekspertyz dla Ministerstwa Kultury, to później skutkowało moim udziałem w Kongresie Kultury Polskiej w 2009 roku. To wydarzenie potoczyło się wówczas w dość nieoczekiwanym kierunku i pamiętam, że nagle okazało się, że narzędzia którymi dysponuję – wynikające również ze zmian w kulturze w następstwie cyfryzacji – pozwoliły mi wnieść sporo do interpretacji ustaleń kongresowych.

Z tego co wiem skutkowało to kolejnymi przedsięwzięciami, które Pan realizował i realizuje od zakończenia Kongresu.

Tak, bezpośrednio po Kongresie Ministerstwo stwierdziło, że warto systematycznie rozmawiać o kulturze, także poza dużymi konferencjami. Pokłosiem tego było prowadzone przeze mnie seminarium „Kultura i rozwój”, organizowane przez Narodowe Centrum Kultury i Collegium Civitas. Dla mnie było to fascynujące wydarzenie. Z jednej strony doskonale uzupełniało mi robotę, którą jako dziennikarz i tak robiłem. Z drugiej natomiast, udało nam się podczas seminaryjnych spotkań wyjść poza mocno ograniczone rozumienie hasła „Kultura się liczy”, które pojawiło się podczas Kongresu Kultury Polskiej. Chcieliśmy spotkać kulturę i ekonomię ale szukając głębszych, niż tylko rynkowe mechanizmów wzajemnych relacji. Pierwsze spotkanie w ramach tego cyklu nosiło tytuł „Muzea i (czy) stadiony: co się bardziej opłaca”, ostatnie dotyczyły przyszłości kultury i polityk kulturalnych. Dla mnie całe to seminarium było dużą przygodą intelektualną. Pomogło mi zrozumieć co się dzieje dookoła i zdobyć narzędzia, które to zrozumienie umożliwiały. A działo się przecież bardzo dużo – protesty przeciw ACTA, ruch Obywateli Kultury, regionalne kongresy kultury, wtedy ruszył też konkurs na Europejską Stolicę Kultury 2016.

Tu dochodzimy do kolejnego obszaru Pana aktywności. Europejska Stolica Kultury we Wrocławiu i Pana blok tematyczny w ramach obchodów tego wydarzenia – „Miasto przyszłości”.

Jeśli mówimy o Wrocławiu to jest on faktycznie kolejnym krokiem i efektem – trochę ubocznym – tych wszystkich wcześniejszych działań. Ta sprawa pojawiła się w dużej mierze przez przypadek. Żeby to wszystko wyjaśnić, warto powiedzieć, że projekt „Kultura i rozwój” realizowany był systematycznie od 2010 do 2015 roku. W międzyczasie odbywało się w Polsce Euro2012. Wówczas jako obywatele odkryliśmy temat miasta. Okazało się, że to jest ważna kwestia i Euro było katalizatorem intensywnych dyskusji na ten temat i – także – pewnej emancypacji obywateli miast. Na to wszystko nałożyły się przygotowania do Europejskiej Stolicy Kultury i jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać w różnych zakątkach kraju aktywne ruchy miejskie – ludzie zainteresowali się rozwojem na poziomie lokalnym. Poprzez seminarium i pracę dziennikarską od początku byłem zaangażowany we wszystkie te kwestie. Tak m.in. trafiłem do Lublina przygotowującego aplikację do ESK. To był okres zbierania kolejnych interesujących doświadczeń. Później konkurs został rozstrzygnięty. Wygrał Wrocław, Krzysztof Czyżewski, twórca aplikacji lubelskiej został dyrektorem artystycznym programu Wrocław 2016 i zaprosił mnie do współpracy. Później z kolei, gdy Krzysztof odszedł, dyrekcja ESK poprosiła mnie o przygotowanie projektu przedsięwzięcia o nazwie „Festiwal Przyszłości”, który ewoluował do projektu Miasto Przyszłości – Laboratorium Wrocław”.

Można chyba zatem powiedzieć, że znów zadecydował przypadek i duże zaangażowanie w różne tematy związane z kulturą.

Raczej tak, trochę było w tym szczęścia i przypadku, ale obu tym rzeczom trzeba pomagać. Tak się złożyło, że w pracach przy aplikacji lubelskiej zacząłem się jeszcze mocniej interesować miastem jako tematem dziennikarskim. A nieco później zapoczątkowaliśmy w „Polityce” serię „Portrety polskich miast”, czyli cykl analiz, gdzie tematem w każdej kolejnej odsłonie stało się inne, konkretne miasto. Cieszył się on dużą popularnością i historię z Wrocławiem postrzegam w pewnym stopniu jako pokłosie tego przedsięwzięcia.

O co zatem chodzi w tym przedsięwzięciu? Miasto przyszłości brzmi intrygująco.

Jak można się domyślić, to projekt, który łączy dwa kluczowe tematy: miasto i przyszłość. Kiedy powstawała idea tego przedsięwzięcia, to większość osób była przekonana, że w 2016 roku będziemy już dawno po kryzysie i wszystko co złe, jeśli chodzi o ekonomię i zjawiska społeczne, będzie już za nami. Od początku uważałem, że historia potoczy się trochę inaczej i to się potwierdza. Mam przez to na myśli, że kryzys, który trwa już blisko dziesięć lat, jest problemem z systemem, w którym funkcjonujemy.

W tym kontekście ten rok 2016 postrzegam jako moment, w którym staniemy przed wyzwaniem nie tyle dalszej naprawiania systemu, co koniecznością poszukiwania nowych rozwiązań. To wielka szansa, bo obecnie nikt nie ma sprawdzonych i gotowych pomysłów. One mogą pojawić się dosłownie w każdej chwili i w każdym miejscu na świecie.

Także we Wrocławiu. To co chcemy tutaj zrobić w ramach ESK, to trochę takie laboratorium do poszukiwań nowych definicji tego, czym jest dobre życie i jakie miejsce ma w nim kultura.

Miasto, kultura, przyszłość, nowe technologie – wszystkie Pana zainteresowania skupione w jednym miejscu.

Trochę tak to wygląda, dodatkowo warto dodać, że jednym z ważnych elementów tego eksperymentu ma być właśnie foresight miejski. Maksymalnie uspołeczniony i ukierunkowany na ujawnienie niewidocznych zasobów i potencjałów miasta. Jestem przekonany, że duża ich część jest daleko schowana za instytucjami. Kiedy już je zauważymy i ujawnimy, to kolejnym krokiem będzie próba zbudowania modelu, który zapewni im wsparcie i pozwoli włączać te zasoby do rozwojowej energii. Jestem przekonany, że dla Wrocławia kluczowe jest teraz to, co wydarzy się po 2016 roku. Na ile miasto będzie potrafiło podtrzymać pozytywne efekty, które się tam pojawią przez najbliższe miesiące na skutek napływu dużej puli środków. Trzeba jak najlepiej wykorzystać energię uwolnioną przy okazji ESK, bo druga taka okazja na jej uruchomienie może się szybko nie pojawić.

Teraz tylko pytanie, jak to zrobić by trwale uwalniać ukryte zasoby, o których Pan mówi?

To jest w gruncie rzeczy najtrudniejsze pytanie.

Niestety, wiemy już, że proste mechanizmy polegające na tym, żeby „dać wędkę” nie wystarczą, żeby obdarowani zaczęli skutecznie łowić ryby, nawet jeśli mają ku temu potencjał. Chodzi o subtelniejszy proces budowania mechanizmów współzależności między mieszkańcami i grupami mieszkańców.

Współzależności, czyli symetrycznej relacji polegającej na uznaniu, że każdy dysponuje potencjałem i indywidualnymi możliwościami, które nie są identyczne mogą być jednak podstawą tworzenia we współdziałaniu tego co wspólne, czyli miasta i jego przyszłości. Mechanizm ten dobrze przećwiczył dr Tomasz Rakowski, etnolog z Uniwersytetu Warszawskiego który przez wiele lat prowadził badania i działania animacyjne we wsiach pod Szydłowcem, m.in. w Broniowie. Mieszkańcy tej biednej wsi kiedyś w większości byli chłoporobotnikami, w fabrykach nauczyli się konkretnych politechnicznych umiejętności, żyjąc na wsi przechowali z kolei umiejętności tradycyjne, „przednowoczesne”. Dziś okazuje się, że synteza tych doświadczeń może być cennym zasobem – co drugi mieszkaniec Broniowa to we współczesnym hipsterskim języku maker i hacker. Ludzi ci tworzą traktory, kosiarki, siłownie, zajmują się tuningiem samochodów. Żyją poza narzucanym przez rynek standardem i jednocześnie potrafią budować dość złożone konstrukcje. Przejawiają dużą niechęć do standardu. Świadomie lub nie stale kwestionują wiele elementów świata materialnego i są w tym bardzo podobni to środowisk typowo hakerskich.

Co to znaczy? Czy możemy to jakoś wyjaśnić?

Ta grupa ludzi potrafi rozwiązywać swoje potrzeby materialne poprzez robienie rzeczy niestandardowych. Może na przykładzie – kiedy w społeczności, takiej jak ta w Broniowie, kupuje się kosiarkę, to często pierwszą rzeczą, jaką się robi, jest jej rozkręcenie i dostosowanie do własnych potrzeb. To jest niezwykła cecha, która ratuje przed pełną alienacją w świecie kapitalistycznym. To jest też umiejętność, która we współczesnych miastach już właściwie zaginęła. I teraz chodzi o to, żeby dostrzec ten nieoczywisty, ukryty zasób i włączyć go do procesu kreowania innowacji. Zderzyć te oddolne praktyki z innymi kompetencjami i uzyskać efekty synergiczne. Tu z kolei potrzebni są brokerzy i miejsca, które umożliwią takie swobodne eksperymentowanie. Wydaje mi się, że kwestionowanie standardu, o którym tu mówimy, będzie jedną z ważnych kompetencji przyszłości – szczególnie w zakresie wytwarzania obiektów materialnych. Polski system edukacji zupełnie zarzucił uczenie doświadczenia materialności.

Pozostańmy na chwilę przy kompetencjach. Zapytam Pana, jako eksperta od przyszłości – jak Pan sądzi, co będzie potrzebne by być liderem za 10, czy 15 lat? Jak może zmienić się pod tym kątem rynek pracy?

Za coś absolutnie niezbędnego postrzegam zdolność do ciągłego rozwijania się – tak zdobywania nowej wiedzy, jak i kwestionowania swoich kompetencji. To dość banalne i oczywiste, ale trzeba jednak uważać, żeby uznając konieczność ciągłego uczenia się nie dać się uwieść prostej kapitalistycznej logice i nie paść ofiarą rynku edukacyjnego, który kolejnymi kursami i aktywnością marketingową przekonuje do konieczności sięgania po coraz to nowe narzędzia i dziedziny edukowania się, często nie wiadomo po co.

Wiedza to nie towar, to kapitał a więc rodzaj relacji społecznej.

Druga rzecz, o której już rozmawialiśmy, to ta zdolność do kwestionowania standardu, obecna wśród ultranowoczesnych enklaw współczesności – innowatorów, hakerów. Standard nie jest tam traktowany jako norma, ale raczej jako wyzwanie i dzięki temu rodzą się w ramach tej grupy przełomowe inicjatywy. Obie te kompetencje to pewna baza, na której można budować.

Co oprócz tego?

Wydaje mi się, że istotną, a

być może kluczową umiejętnością, będzie zdolność do kreowania symetrycznych relacji współzależności między osobami, które dysponują różnymi kapitałami. Mowa tu o predyspozycjach, jakie powinien posiadać broker, czyli swego rodzaju łącznik, umożliwiający spotkanie i czerpanie ze wzajemnych zasobów.

Ważne by potrafić identyfikować te kapitały u różnych osób, ale równie istotne jest by mieć umiejętność do animowania i katalizowania współpracy pomiędzy różnymi środowiskami.

Dlaczego jest to aż tak istotne? Wielu badaczy dowodzi, że dziś państwo, ale także firmy, czy społeczeństwo myślą i funkcjonują w sposób silosowy, niemniej jednak nie przeszkadza nam to uzyskiwać pozytywnych wartości wskaźników obrazujących sytuację społeczno-gospodarczą.

Jestem przekonany, że przyszłe strategie rozwoju będą rozwijane w modelach intensywnych, a nie – jak to ma miejsce obecnie – ekstensywnych. Oznacza to, że będziemy musieli korzystać z zamykającej się puli zasobów i – by osiągnąć rozwój – niezbędna będzie maksymalizacja efektów, jakie można uzyskać w ramach tego co posiadamy (materialnie i intelektualnie). Przypuszczam, że lider przyszłości będzie musiał umieć zmobilizować te zasoby, zamienić je w projekty i różnego rodzaju przedsięwzięcia.

Czy w obecnej rzeczywistości wokół nas dostrzega Pan przykłady takich osób?

W moim przekonaniu uosobieniem takiego lidera jest Paweł Łysak, dyrektor Teatru Powszechnego w Warszawie, a wcześniej twórca sukcesu Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Wykorzystuje on swoje możliwości i kapitały, jakie posiada, do tego by budować zaufanie i dzięki temu jest partnerem wiarygodnym dla różnych stron. Też funkcja jaką sprawuje dodatkowo go legitymuje. Działa w teatrze publicznym, nie jest kapitalistą, trudno podejrzewać go o chęć wyzysku. W dodatku jego teatr (niezależnie od konkretnej instytucji, którą reprezentuje) jest zawsze uspołeczniony, szuka kontaktu z otoczeniem i czerpie z tego kontaktu. Włącza i zaprasza do zarządzanej przez siebie przestrzeni bardzo różnych ludzi. Buduje przy tym również relację uznania. Jeśli zaprasza kogoś do wspólnych przedsięwzięć, to ma się odczucie, że nie dzieje się to przypadkowo i to buduje podmiotowość różnych aktorów (mówiąc dosłownie i w przenośni), z którymi się styka. To się sprawdza przy projektach o charakterze społecznym, ale mechanizm ten zadziałał także, gdy budował w Bydgoszczy ruch Obywateli Kultury. To co go dodatkowo wyróżnia, to fakt, że zawsze procesy, o których mówię robił w sposób bardzo miękki. Nigdy nie był wodzem, czy szefem, tylko właśnie – w moim rozumieniu – liderem. Ma swoją wizję świata i do niej konsekwentnie dąży.

*

Rozmawiał Łukasz Maźnica – ekonomista, zawodowo związany z Fundacją Warsztat Innowacji Społecznych, gdzie pełni funkcję członka zarządu odpowiadającego za rozwijanie działalności badawczej. Ponadto, doktorant na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Jego zainteresowania naukowe skupiają się wokół ekonomii kultury i zarządzania publicznego. Autor i współautor kilkudziesięciu artykułów naukowych, raportów i publikacji z tego zakresu.

NO COMMENTS

POST A COMMENT