Home / Wywiad  / Dużo dla siebie i dużo dla innych – Bożena Biskupska

Dużo dla siebie i dużo dla innych – Bożena Biskupska

Bożenna Biskupska

Malarka, rzeźbiarka, autorka instalacji. Jej prace znajdują się w wielu zbiorach muzealnych, prywatnych kolekcjach w Polsce i za granicą, miała kilkadziesiąt wystaw indywidualnych, brała też udział w wystawach zbiorowych. W 2004 roku wspólnie z Zygmuntem Rytką (artystą zajmującym się fotografią, instalacjami i video-artem) i córką, Zuzanną Fogtt (architektem) założyła Fundację In Situ, której celem jest zapewnienie warunków do eksperymentowania w sztuce oraz stworzenie galerii sztuki współczesnej. Od 2007 roku Fundacja działa w Sokołowsku, gdzie rekonstruuje zabytkowe budowle, organizuje warsztaty oraz trzy festiwale: Międzynarodowy Festiwal Sztuki Efemerycznej Konteksty, Międzynarodowy Festiwal Filmowy Hommage a Kieślowski i Sanatorium Dźwięku. Fundacja prowadzi też Archiwum Twórczości Krzysztofa Kieślowskiego.

Sokołowsko – miasteczko na Dolnym Śląsku dynamicznie rozwinięte w II połowie XIX wieku dzięki doktorowi H. Brehmerowi, który w wybudowanym przez siebie neogotyckim sanatorium wdrażał innowacyjną wówczas klimatyczną metodę leczenia gruźlicy. Do miejscowości zaczęli zjeżdżać zamożni kuracjusze z wielu krajów, a także otwierano kolejne lecznice. Metody stosowane w Sokołowsku znalazły naśladowców w Szwajcarii, gdzie na wzór śląskiego uzdrowiska wybudowano Davos. Od lat 70-tych, z powodu wynalezienia nowych metod zwalczania gruźlicy, miejscowość popadała w ruinę – obecnie działają tylko trzy obiekty sanatoryjne. Sanatorium dr Brehmera zostało spalone w 2005 roku.

***
Artystka realizuje inwestycję budowlaną, która wykończyłaby doświadczonego dewelopera? Trzyosobowa fundacja rewitalizuje miasteczko, na którym samorządowcy postawili krzyżyk? Bożenna Biskupska może zawstydzić biznesmenów i polityków. A także trenerów fitness, bo spotkanie z nią, choć mówi bardzo spokojnie, daje więcej energii niż trening. Jej historia przekonuje, że duże przedsięwzięcia tylko wtedy mają szansę powodzenia, jeśli rodzą się z pasji, a nie chęci zysku. I że zasoby do wykorzystania znajdą się zawsze, trzeba mieć tylko wizję, żeby je dostrzec.
***

Jagoda Komusińska:Zacznijmy może od tego, że z talentu i “zawodowo”, jest Pani artystką. Przeważnie artyści zamykają się w pracowni i malują, rzeźbią, potem chodzą na przyjęcia w minimalistycznych galeriach w dużych miastach. A Pani zabrała się za prace ziemne.

Bożena Biskupska:Jak by tu zacząć… Cały czas muszę coś zmieniać. W momencie, kiedy osiągnę w czymś satysfakcję, spełnię się, to zaczyna mnie to nużyć i chcę czegoś więcej. W młodości zajmowałam się równolegle malarstwem figuratywnym i rzeźbą. W tym samym czasie powstawały cykle obrazów i rzeźb. To, że teraz zajmuję się odbudową Zamku (budynek Sanatorium dr Brehmera – przyp. red), nie znaczy, że porzuciłam sztukę. Cały czas spełniam się artystycznie w tych dwóch dziedzinach – malarstwie i rzeźbie – na przemian, tylko na rzeźbę mam mniej czasu i niestety, nie mam narazie miejsca na dużą pracownię…

Przy tych ogromnych przestrzeniach, które już udało się zrekonstruować?
Niestety, akurat do studia rzeźby są potrzebne bardzo konkretne warunki – tak naprawdę powinno być na parterze, odpowiednio wysokie, z odpowiednio dużymi drzwiami itd. W pierwszym etapie pomyślałam o salach wystawowych, pomyślałam o sali projekcyjnej, warsztatowej… wszystko jest, żeby organizować festiwale, laboratorium muzyczne, warsztaty. Częściej więc maluję, ale na pewno do rzeźby wrócę.

Niektórzy ograniczają się tylko do jednej dyscypliny sztuki, nie mówiąc o konserwacji zabytków…
Cała moja praca artystyczna przeszła dużą ewolucję. Tak jak wspominałam, zaczęłam od malarstwa figuratywnego. Z czasem zaczęłam od niego odchodzić, wciągnął mnie inny wymiar sztuki, bardziej konceptualny, abstrakcyjny. Powiedziałabym, że to był pierwszy ważny przełom w mojej sztuce. Cały czas miałam sporo wystaw – zbiorowych i indywidualnych, jeździłam na wernisaże. Pewnego dnia pomyślałam z jakimś rozczarowaniem: to już zawsze tak będzie? Powoli zaczął rodzić się pomysł, żeby zrobić coś dla siebie i innych artystów oraz dla ludzi którzy myślą w podobny sposób. Czyli przestrzeń dla środowiska artystycznego do swobodnego eksperymentowania ze sztuką. Taka myśl początkowo bardzo niezdefiniowana. Dopiero z czasem – a trwało to lata i w tym okresie dalej działałam artystycznie – zaczęłam konkretyzować to pragnienie. Chciałabym stworzyć miejsce, przestrzeń zupełnie realną, na którą składają się różnorodne przestrzenie na instalacje i zróżnicowane działania ze wszystkich dziedzin sztuki (przestrzeń parkowa, sale ekspozycyjne, koncertowe, warsztatowe). W międzyczasie zdobyłam doświadczenie w renowacji zabytkowych budynków. Przeprowadziłam się do Podkowy Leśnej, gdzie odrestaurowałam zabytkowy pałacyk myśliwski Lilpopów, który też był pokaźnych rozmiarów! Tam zaczęliśmy prowadzić animowanie kultury, tzn. organizować działania artystyczne, wystawy i pierwsze działania w sztuce efemerycznej.

Podkowa Leśna to chyba wymarzone miejsce na takie działania – miejscowość ma silną artystyczną markę i jest blisko Warszawy. Dlaczego zdecydowała się Pani wyjechać stamtąd na “koniec” Polski?
Z jednej strony, podejmowanie decyzji o przeprowadzce trwało bardzo długo (jakieś dwa lata od pierwszej myśli), a z drugiej, to była momentalna, impulsywna decyzja, bez wahania. Krystalizował się pomysł stworzenia miejsca z duszą, w którym mogłabym tworzyć, i w którym powstałaby przestrzeń dla innych artystów. Dlatego wspólnie z Zygmuntem Rytką i Zuzanną Fogtt założyliśmy Fundację Sztuki Współczesnej In Situ. W samej nazwie zawarliśmy element związania się z miejscem o konkretnej identyfikacji i działaniem w konkretnej przestrzeni. Zresztą kwestia przestrzeni sztuki, przestrzeni dzieła sztuki, to też jeden z powracających motywów w mojej twórczości. Podkowa była piękna i zapewniała idealną komunikację z Warszawą, to prawda. Ale to jeszcze nie było to, tam jeszcze nie czułam, że robię coś, co by mnie naprawdę wciągnęło, to nie było moje miejsce. Zaczęłam jeździć po różnych miejscach w Polsce z zamiarem przejęcia ruiny do renowacji. W tym sensie można powiedzieć, że psychicznie od dawna byłam gotowa na “roboty ziemne” i wszystkie trudy, jakie się z tym wiążą. Do odwiedzenia Sokołowska namówił mnie przyjaciel, artysta i konserwator zabytków, który akurat wtedy tu pracował nad renowacją historycznej cerkiewki. Przyjechałam i zakochałam się momentalnie. Po prostu wiedziałam, że to jest moje miejsce. Przyroda, architektura, urbanistyka, ale przede wszystkim historia tego miejsca są tak niezwykłe i piękne, że nie miałam wątpliwości.

Ciekawe jest to, że jeśli ktoś nie słyszał o Sokołowsku wcześniej, to się dziwi, skąd nagle sztuka w takiej małej miejscowości.
Ale przecież ja tu nie wprowadzam sztuki do próżni, ja tak naprawdę przywracam do życia to, co tutaj już kiedyś się rozwijało w innej formie, wykorzystuję potencjał tego miejsca. Na przykład podczas festiwalu sztuki performatywnej wychodzimy w przestrzeń miejską, angażujemy w nasze działania społeczność lokalną i uczestników festiwalu — i to jest nasz pomysł. Ale 50 lat temu podobne działania robił dr Domin – prowadził arteterapię dla chorych na gruźlicę, zachęcał ich do wykonywania drobnej architektury, mebli i ozdabiania fasad budynków. To samo dotyczy festiwalu Hommage a Kieślowski – my go organizujemy, ale od najmłodszych lat Sokołowsko inspirowało przyszłego reżysera i było źródłem inspiracji dla jego twórczości. Wnosimy więc coś nowego, ale pozostając w ciągłości z historią miejsca.

I w ogóle nie brakuje Pani wielkomiejskości?
Absolutnie nie. Często jeżdżę do Warszawy, do Wrocławia, do innych dużych miast w związku z działalnością fundacji oraz artystyczną. Nazywanie tak magicznego miejsca moim domem sprawia mi niesamowitą przyjemność. Lubię miejsca z duszą, którą miasta często zatracają, w miarę jak się rozrastają. Tutaj, w Sokołowsku, inaczej patrzy się na świat, jakoś bardziej autentycznie, na serio. Mam wielu przyjaciół, którzy na stałe mieszkają w Warszawie, w Łodzi czy Poznaniu i to, że mieszkam “daleko” w żaden sposób nie osłabiło naszych relacji. Wręcz przeciwnie, oni uwielbiają tu przyjeżdżać. Są to ludzie w większości związani ze sztuką i podobnie jak ja czerpią z tego miejsca inspirację, ładują duszę pozytywną energią artystyczną i działają twórczo. Villa Rosa (dawny pensjonat, obecnie siedziba fundacji In Situ – przyp. red.) jest wypełniona dziełami sztuki stworzonymi w jej murach. Sokołowsko liczy oficjalnie bodaj 800 mieszkańców, a w ciągu ostatnich kilku lat sprzedano tutaj wiele nieruchomości. Mieszkańcy wielkich miast ściągają tutaj i osiedlają się na stałe.W innych małych miastach, czy w mniej rozwiniętych regionach, mogą się dziać niesamowite projekty.

Tak naprawdę to dużo można zrobić tam, gdzie nikt inny nic nie robi, wtedy ma się więcej przestrzeni, wolności do działania.

“Nudzą się tylko nudni ludzie”?
Daje do myślenia.

Skąd się bierze Pani determinacja? Nigdy nie jest Pani zmęczona, nie boi się Pani?
Ja wiele wyniosłam z rodzinnego domu. Mój ojciec żył według zasady: dużo dla siebie i dużo dla innych. Staraj się, sięgaj po wiele, działaj jak najwięcej, jak najwięcej z siebie dawaj. Wtedy będzie zachowana równowaga. Ja tak działam. Owszem, lubię mieć hektary parku, ogromną przestrzeń, lubię działać na dużą skalę. Ale nie przyszłoby mi do głowy, żeby zachować coś tylko dla siebie. Uwielbiam piękne, wybitne prace innych artystów, więc je kolekcjonuję. Ale żeby tak tylko dla siebie? Dzielę się nimi z innymi. W moich planach zawsze są inni ludzie. To jest dla mnie naturalne, nie potrafiłabym żyć inaczej. Faktycznie nie ma we mnie strachu, który by mnie przed czymś powstrzymywał. Żeby fundacja miała miejsce do działań, czyli żeby zakupić zrujnowany Zamek i Willę Różankę musiałam sprzedać wszystko, co miałam. Zaryzykowałam także wszystkim, co odziedziczyłam po rodzicach, ale wiem, że oni by to zrozumieli i poparliby mnie, bo podążałam za wizją, z pasji. Ale bez wsparcia rodziny – partnera i córki – chyba nie zdecydowałabym się na to przedsięwzięcie. To, że możemy być tu razem, że razem pracujemy, bo zależy nam na tym samym, jest wspaniałe.

Jaki miała Pani plan na początku, zaraz po zakupie? Udało się go spełnić?

Przyjechałam tutaj z konkretną wizją, tzn. ja wiedziałam, jakie funkcje to miejsce ma spełniać. Wiedziałam, czego mi brakuje. Wiedziałam, że chcę poprzez sztukę wpłynąć na tę okolicę, ale też zapewnić przestrzeń artystycznej działalności dla środowiska twórców.

To był cel i byłam absolutnie zdeterminowana, żeby go osiągnąć. Po kolei zbudowaliśmy zespół pracujący wokół fundacji. Priorytetowe było stworzenie zaplecza merytorycznego, znawców kultury i sztuki, działających wspólnie nad tworzeniem programów artystycznych. Efektem tego są trzy festiwale (Hommage a Kieślowski, Sanatorium Dźwięku oraz Konteksty) oraz niezliczone pomniejsze działalności i przedsięwzięcia. Zrealizowana koncepcja odbywa się cyklicznie i jest oceniana bardzo wysoko przez zawodowych krytyków oraz samych uczestników. Dzięki opiece merytorycznej wybitnych kuratorów i patronów sztuki, współpracujemy z międzynarodowej klasy artystami z całego świata. Dzięki ciężkiej pracy i pasji całego zespołu peryferyczność stała się centrum kulturowym Europy. Artyści z innych krajów wiedzą, że jest Dolny Śląsk i że dzieją się tu wspaniałe rzeczy.

Zrobiłaby Pani wszystko jeszcze raz tak samo?
Jeśli chodzi o samo Sokołowsko, to absolutnie tak. To jest moje miejsce na Ziemi, absolutnie nie żałuję decyzji. Moje wyobrażenia z 2007 roku co do tego, jak będą postępować różnorodne, trudne prace nie sprawdziły się. Ale to dlatego, że spotkało mnie wiele niespodziewanych rzeczy – katastrofy, huragan w parku który powalił 140 starych drzew, ale też i rzeczy wspaniałe. Na początku nie brałam pod uwagę domu, w którym teraz mieszkamy (Willa Różanka – przyp.red.), byłam skupiona całkowicie na kompleksie dawnego sanatorium. Ze względów praktycznych, to szczerze mówiąc chciałam, żeby ten budynek, który wtedy był kompletną ruiną, przestał istnieć, byłoby mi łatwiej! Dopiero mój przyjaciel uświadomił mi, że to powinien być mój dom, pomógł mi to zobaczyć. Remont Willi Różanki niestety opóźnił rekonstrukcję Zamku. O Kinie (trzeci obiekt, który należy do Fundacji- przyp.red.) też na początku nie było mowy, bo w ogóle o nim nie wiedzieliśmy. W 2007 roku widzieliśmy, że w centrum miasteczka był sklep warzywny, dopiero później odkryliśmy, że ten sklep był zaaranżowany w przedwojennym teatrze, klasycznym, z dobrą akustyką, ale też poważnie zdewastowanym, który po wojnie działał jako Kino Zdrowie. To w tym budynku mały Krzyś Kieślowski zakochał się w filmie… Nie mogliśmy pozwolić na unicestwienie tego miejsca.

Nie mogę powiedzieć, że czegoś żałuję. Jeśli do tej pory jeszcze czegoś nie zrobiłam, a chciałabym, to zrobię to w przyszłości.


Na przykład dopiero niedawno zaczęliśmy prowadzić projekty przygraniczne. To miejsce to powód do dumy dla Niemców, bo doktor Brehmer, który założył Sokołowsko, był Niemcem i to było niemieckie sanatorium i założenie urbanistyczne z kompleksem parkowym, niespotykane na skalę europejską. Zapraszamy niemieckich artystów do współpracy. Ale teraz chodzi mi o to, żeby zaangażować szerszą społeczność, władze lokalne przygraniczne, polityków, aktywistów i kuratorów dziedzictwa narodowego. Coraz częściej zastanawiam się, jak by można zaangażować naszych sąsiadów w to wielonarodowe dziedzictwo. Już mam kilka pomysłów, ale wymagają jeszcze dopracowania. Także można by powiedzieć, że żałuję, że nie pomyślałam o tym wcześniej. Ale ja wolę myśleć: po prostu trzeba to zrobić.

Jeden z artykułów o odbudowie Sokołowska został zatytułowany “Szaleństwo”. I faktycznie, porywanie się na takie przedsięwzięcie samemu, bez zagwarantowanego wieloletniego wsparcia publicznego, zakrawa na szaleństwo…
Na początku działalności zaangażowaliśmy środki prywatne i jednocześnie wystąpiliśmy o dofinansowanie ze środków publicznych. Zarówno na rewitalizację obiektu sanatorium i przylegających terenów parkowych, jak i kina na zasadzie otwartego konkursu. Tak samo finansowane są działania w zakresie kultury, sztuki i edukacji. Prowadzimy też jako instytucja pożytku publicznego akcję 1% podatku na odbudowę. Dzięki tym działaniom znaczna część kompleksu jest oddana do użytku publicznego, w szczególności całkowicie odrestaurowana Eko – wieża z tarasem widokowym. Mamy tam do dyspozycji salę multimedialną gdzie odbywają się koncerty, wystawy, sympozja oraz sale warsztatowe. Tryb finansowania konkursowego jest niepewnym źródłem finansowania, bardzo czasochłonnym i bez gwarancji stałych środków. Pomimo tego udało nam się zachować ciągłość działania, cyklicznie organizując trzy duże festiwale: filmowy Hommage a Kieślowski, muzyczny Sanatorium Dźwięku oraz sztuki efemerycznej Konteksty. Nieocenione jest również wsparcie grupy mecenasów sztuki.

Czy uważa Pani, że ci, co dopiero teraz zaczynają karierę, mają łatwiej?
Żeby coś osiągnąć, trzeba mieć konkretną pasję, konkretny cel w życiu. Wtedy ma sens edukacja w tym kierunku. Jak ja studiowałam, było nas 20-30 osób na roku. Każdy miał bliski kontakt z wykładowcami. Byli to świetni wykładowcy i każdy student był indywidualnością, bardzo utalentowanym artystą. Myślę, że odsetek artystów w populacji wcale się nie zmienił od tego czasu, a na studiach jest 10 razy więcej studentów. Każdy powinien znaleźć swoją ścieżkę i odkryć swoją pasję, niekoniecznie w formie studiów i robienia niesłychanych rzeczy.

Festiwale zyskują coraz większy rozgłos, przyjeżdża więcej osób, udało się otworzyć część Sanatorium…jest już tu Pani trochę łatwiej?
Ja bym nawet powiedziała, że może na początku było mi jakoś lżej.

Chodzi mi o to, że na początku, jak się zaczyna jakieś przedsięwzięcie, to nie ma nic. I wtedy wystarczy mieć tę ideę, wizję, o której wspominałam wcześniej, ideę, która wypełni to wszystko, czego nie ma. Jak ma się taką silną motywację, chęć do zmiany i jakąś wizję tej zmiany – nawet nie do końca ze wszystkimi szczegółami – to się nie zauważa ogromu pracy, jaki się przy okazji pokonuje.

Człowiek idzie trochę jak buldożer przez masę gruzu, jakby w ogóle jej nie zauważa. A z czasem robi się tak: budynek już stoi, dobra, fajnie, że stoi. Ale ma swoją formę, już jej teraz nie zmienię, już teraz jestem ograniczona tą formą. Konstrukcja jest piękna, dobrze zrobiona, i to mnie cieszy, można by powiedzieć, że osiągnęłam już jakiś sukces – ale ja ciągle myślę o tym, ile jeszcze jest do zrobienia, ile jeszcze przede mną, a jednocześnie dociera do mnie właśnie teraz ogrom tej pracy, która już jest wykonana, i która musi być jeszcze wykonana. Chyba ten etap początkowy tak naprawdę jest najłatwiejszy, wtedy, jak człowiek bardzo chce i patrzy przez pryzmat swojej wizji.

A coś Panią w ogóle denerwuje?
Jestem raczej spokojną osobą, taką pogodną. Jasne, że dużo osób i rzeczy mnie denerwuje w taki sposób, że mnie irytuje, ale staram się skupiać na pozytywach. Dobre rzeczy same się obronią, tak jak dobra sztuka, są silniejsze od ludzkiej negatywności.

Jak się pracuje z mieszkańcami malutkiej miejscowości, którzy chyba nie marzyli o eksperymentalnym ośrodku sztuki współczesnej? Miejscowi to doceniają?
Myślę, że tak. Wiadomo, nie ma szans, żeby wszystkich zainteresować sztuką. Ale widzę, jak obcowanie ze sztuką zmienia ludzi nawet, jeśli tego nie chcą. Najważniejsze, że odkąd tu przyjechałam, zauważyłam, że ludzie są dla siebie bardziej życzliwi. Witamy się serdecznie mijając się na ulicy, całe rodziny wspólnie przychodzą na występy, społeczność jest bardzo zżyta. Nie powiem, że angażujemy wszystkich, ale prowadzimy serie projektów edukacyjnych dla dzieci i młodzieży. Robimy liczne projekty fotograficzne, które mocno angażują mieszkańców. Wiele osób z regionu przyjeżdża na projekcje podczas festiwalu Kieślowskiego. Bardzo liczna publiczność zbiera się na koncerty w ramach Sanatorium Dźwięku. Wydaje się nam, że wszyscy doceniają postępy w rewitalizacji i zagospodarowaniu obiektów dla sztuki.

*

Z Bożeną Biskupską rozmawiała Jagoda Komusińska – Współpracownik Fundacji Warsztat Innowacji Społecznych, doktorantka Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Edukator w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau. Ukończyła Kulturoznawstwo; Filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim i Międzynarodowe Stosunki Gospodarcze na UEK. Dzięki stypendium Erasmus i Erasmus Practice część studiów odbyła we Włoszech. Autorka publikacji naukowych z zakresu filozofii ekonomii i ekonomii kultury.

NO COMMENTS

POST A COMMENT